Jestem zdumiony i coraz bardziej zaniepokojony. Do tej pory agenci ICE (Immigration and Customs Enforcement) nie byli angażowani do zaprowadzania porządku publicznego na ulicach. Nie mają zresztą takich uprawnień. Zatrzymywanie samochodów i legitymowanie kierowców to funkcje policji. Do śmierci Renee Good doszło na osiedlowej uliczce, gdzie ICE przyznało sobie prawo kierowania ruchem drogowym. Funkcjonariusze działają tak od miesięcy, ale dopiero za sprawą uwiecznionej na filmie tragedii w przestrzeni publicznej zaczęły wybrzmiewać fundamentalne pytania o legalność taktyk operacyjnych, a nawet sam cel ICE.
Przez ponad 20 lat istnienia ICE jej agenci zajmowali się głównie skomplikowanymi sprawami dotyczącymi imigrantów. Prowadzili śledztwa, których celem było ustalenie tzw. probable cause, czyli gromadzenie dowodów potwierdzających, że dana osoba przebywa w kraju nielegalnie. Na tej podstawie wszczynano postępowanie deportacyjne. Nie twierdzę, że nie dokonywano aresztowań – również na ulicach – ale nie na taką skalę jak teraz. Co najważniejsze, w przeszłości większość agentów ICE pracowała w strefie przygranicznej, która rozciąga się na szerokość 150 km od granicy. Na tym obszarze mogą oni zatrzymywać, rewidować i aresztować ludzi bez nakazu sądowego. Potocznie mówi się, że jest to „strefa wolna od konstytucji”. Wygląda na to, że ICE działa dziś wewnątrz kraju, tak jak wcześniej działała tylko przy granicy.
To nie jest jednoznaczne, po prostu obowiązują tu pewne normy i tradycje. Przyjęło się uważać, że orzeczenie Sądu Najwyższego sprzed pół wieku nadało służbom granicznym specjalne uprawnienia, co zwalnia je z przestrzegania czwartej poprawki do konstytucji, która stanowi, że nie można nikogo aresztować ani wejść na jego prywatną posesję bez nakazu sądowego. Oczywiście SN odnosił się do działań przy granicy, na lotniskach i w portach. Minneapolis, Los Angeles czy Chicago nie są miastami przygranicznymi.
To już bardzo szara strefa. Powiem tak: przemoc i brutalność zawsze były częścią pracy tych służb.
Po co? Przemoc jest bardzo skutecznym narzędziem wymuszania współpracy i przynosi szybsze efekty. Tereny przy południowej granicy USA są pustynne i słabo zaludnione. Złapanych tam ludzi praktycznie nie chroni amerykańskie prawo, bo nie są obywatelami. Ich możliwości odwołania się do amerykańskiego sądu na naruszenia praw człowieka są bardzo ograniczone. Ich głosów po prostu nie ma w przestrzeni publicznej. Dopiero teraz, gdy agenci ICE wkroczyli do miast, rodzi się szersza świadomość na temat metod pracy służb.
Nie wiem, czy znam odpowiedź na to pytanie. Mogę tylko wyjaśnić, co wpływa na to, jak Amerykanie interpretują sytuacje, w których dochodzi do eskalacji przemocy ze strony służb bezpieczeństwa. Zwłaszcza nieuzasadnionej przemocy. Po pierwsze, ważna jest reakcja naszych władz i polityków. W pierwszym odruchu niemal zawsze dostajemy narrację, że doszło do wynaturzenia. Zawinił pojedynczy funkcjonariusz, a nie cały system. Dla mnie, badacza historii tych służb, jest to w najlepszym wypadku mylący argument, a w istocie fałszywy. Stosowanie nieakceptowalnych, brutalnych metod to część systemu. Jednocześnie system ten ma narzędzia, by blokować inne narracje. W jaki sposób? Ano taki, że ludziom wnoszącym pozwy rutynowo przykleja łatkę członków radykalnych organizacji i dowodzi, że ich skargi mają podłoże nie merytoryczne, lecz polityczne. A na koniec ich sprawy się oddala. To powoduje, że nawet jeśli jakieś zdarzenie wywołuje powszechne oburzenie, to zwycięża przekonanie, że było ono wyjątkiem. Nie tworzy się gruntu pod szerszą debatę o tym, czy agresja służb nie jest czymś wpisanym w system. Po drugie, trzeba zwrócić uwagę na specyficzne uwarunkowania amerykańskiej kultury, w której przemoc i jej symbole zawsze były mocno obecne. Jesteśmy najbardziej uzbrojonym społeczeństwem na świecie, a opowieści o naszych początkach wprost ociekają krwią. W popkulturze wciąż celebrowany jest vigilantism (ruch samozwańczych strażników prawa – red.) i archetyp kowboja, który bierze sprawy w swoje ręce, bo sprawiedliwość sama do niego przyjdzie. Nasączone agresją przemocą filmy i literatura fantastyczna cieszą się ogromną popularnością. Co ciekawe, równie silnie obecne są głosy potępiające przemoc, zwłaszcza polityczną.
Zapewne jedno i drugie. Kluczowe jest to, że uwarunkowana kulturowo przemoc w pewnym sensie kojarzy się Amerykanom z prawem i porządkiem. To też tłumaczy, dlaczego popierają Donalda Trumpa. Dlaczego głosując na niego po raz drugi, przymknęli oko na fakt, że był skazanym przestępcą? Dlatego, że gdy ogłosił „jestem waszym prawem i porządkiem, jestem waszą zemstą”, mocno pogrywało na strunach kultury, która wyrasta z tradycji przemocy. To też pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego ludzie, którzy wybrali program „America First”, poparli bombardowanie Iranu i porwanie Maduro. Trump godzi obecne w kulturze sprzeczności i paradoksy. Daje głos i polityczne znaczenie ludziom, których światopogląd jest kształtowany równocześnie przez obie te siły. Mamy tu żądzę przemocy przy jednoczesnym piętnowaniu przestępczości.
Ważny jest tu argument, że ICE ściga kryminalistów, czyli występuje w roli dobrego szeryfa. Dobry szeryf nie może być zły, nawet jeśli dokonuje kontrowersyjnych wyborów. Wszystkie jego decyzje są właściwe. Wreszcie – ICE szturmuje głównie miasta rządzone przez demokratów, a administracja je demonizuje. Im większy opór stawiają lokalne władze i mieszkańcy, tym większymi wrogami stają się dla Białego Domu. W oczach wyborców Trumpa stosowanie wobec nich drastycznych taktyk jest usprawiedliwione, bo przeszkadzają działać służbom.
Nie robiłbym takiego uogólnienia. Po śmierci George’a Floyda w 2020 r. mieliśmy największe protesty w historii. Sondaże wskazują, że po śmierci Renee Good spadło poparcie dla działań ICE. Ale oczywiście ma pani rację, istnieje tradycja większej tolerancji dla przemocy przeciwko mniejszościom rasowym, szczególnie Afroamerykanom i ludności rdzennej.
Są historycy, którzy w ten sposób tłumaczą, dlaczego do dziś policja w Stanach Zjednoczonych brutalniej traktuje osoby niebiałe. Zadaniem tamtych patroli było utrzymanie porządku w posegregowanym rasowo społeczeństwie i zapewnienie białemu człowiekowi pełni władzy. Sam uważam, że duży wpływ na to, jak dziś pracuje amerykańska policja, miało też kilka innych czynników. Pierwszy to nasza ekspansja terytorialna na Zachód. Państwo nieustannie rosło, a jednocześnie znajdowało się w ciągłym konflikcie z rdzennymi mieszkańcami. Sposób, w jaki wojsko patrolowało nowe terytoria, był formą działalności policyjnej, w której broń i przemoc odgrywały główne role. Drugi czynnik to rozwój przemysłowy w drugiej połowie XIX w. Do miast, głównie na północy, ściągnęły wtedy wielkie fale imigrantów z Europy, w związku z czym narastała potrzeba zwiększania sił porządkowych do rozwiązywania konfliktów, walki z przestępczością i działań kryzysowych. A wkrótce również po to, by rozprawiać się ze strajkującymi robotnikami. Władze oczekiwały efektów, co prowadziło do stosowania brutalnych metod. I wreszcie trzeci czynnik – działania antyterrorystyczne w XX w. To okres, gdy aktywna globalnie Ameryka pomagała obalać reżimy, tłumić rewolucje i szkolić zagraniczne służby, umacniając swoją imperialną pozycję. To, co i jak robiono poza granicami, nie pozostawało bez wpływu na to, jak działały służby wewnątrz kraju.
Podręcznik napisany na potrzeby wojny z partyzantkami stwierdza, że walkę należy prowadzić nie z samymi rebeliantami, lecz z całymi społecznościami, z których się oni wywodzą. Weźmy teraz ruch praw obywatelskich z lat 60. XX w. Potępiając wojnę w Wietnamie, Martin Luther King powiedział, że potępia też rząd amerykański jako największy aparat przemocy na świecie. King odnosił się również do działań policji i jej relacji z mniejszościami rasowymi. Jako społeczny aktywista z południowego stanu wiedział na ten temat wszystko. Ciekawa jest też historia imigranckich społeczności, których przedstawiciele z czasem zaczęli wstępować do policji, by poprawić swoją pozycję i mieć udział w sprawowaniu władzy. To przypadek Włochów i Irlandczyków. Ci pierwsi w XIX w. nie byli nawet uważani przez Amerykanów za białych. Ale w pewnym momencie komisariaty policji w Nowym Jorku stały się zdominowane najpierw przez osoby pochodzenia irlandzkiego, a potem włoskiego. Odsetek czarnych policjantów wciąż nie odzwierciedla udziału Afroamerykanów w społeczeństwie USA, choć od dekad rośnie. To także efekt świadomych wysiłków czarnej społeczności związanych z próbami reform policji.
Ruch na rzecz reform pojawił się już w latach 2014–2015, po pierwszej fali protestów Black Lives Matter. Eksperci podkreślali wtedy, że brak zaufania do policji wśród mniejszości delegitymizuje jej działania w oczach opinii publicznej i utrudnia funkcjonariuszom wykonywanie obowiązków. W 2020 r. stało się jasne, że próby reform nie przyniosły efektów. Dlaczego? Bo koncentrowały się na zmianie wizerunku zamiast na zmianie zasad funkcjonowania. Najlepszym przykładem są kamery nasobne, w które 2015 r. powszechnie inwestowano. Większa przejrzystość obróciła się przeciwko policji. Nadal dochodziło do nadużyć, tyle że były one jeszcze lepiej udokumentowane. Do tego okazało się, że nagrania z tych kamer rzadko wykorzystywano jako materiał dowodowy w postępowaniach przeciwko funkcjonariuszom, choć takie było pierwotne założenie. Pozytywna zmiana to niewielki spadek liczby przypadków, w których policjanci naciskają na spust.
To kolejny problem. ICE ściga nielegalnych imigrantów, ale jej agresywne operacje przy okazji podkopują zaufanie do policji. W społeczeństwie tak przemocowym jak amerykańskie często jest ona pierwszą i jedyną instancją do rozwiązywania problemów, którymi powinny zajmować się instytucje pomocy społecznej. Mam na myśli nadużywanie narkotyków, bezdomność, kradzieże. Ludzie nie mają do kogo się zwrócić, więc interweniuje policja. Zamiast rozwiązywania problemów wymierzamy kary. To powoduje, że przemoc się nasila.
Gdyby zapytała mnie pani o to 10 lat temu, to bym kategorycznie zaprzeczył. Wciąż nie uważam, że Stany Zjednoczone się rozpadną, ale po tym, czego doświadczyliśmy w ostatnim roku, prawdopodobieństwo ziszczenia się czarnych scenariuszy wzrosło. Po pierwsze, Donald Trump prowokuje dezintegrację USA, uderzając w miasta i stany, które na niego nie głosowały. O to właśnie chodzi w sporze o wysyłanie tam żołnierzy Gwardii Narodowej. O to chodzi w prężeniu muskułów przez ICE i paraliżowaniu życia mieszkańców Minneapolis. Mieszkańcy Miami czy Dallas nie mają tych problemów, choć w tych miastach mieszka dużo więcej nielegalnych imigrantów. Po drugie, przestaliśmy się liczyć z konstytucją. Czwarta poprawka wyfrunęła przez okno. Przegłosowane po abolicji poprawki czternasta i piętnasta – największe osiągnięcia naszej demokracji ostatnich 150 lat – zostały zadeptane przez Sąd Najwyższy. Myślę, że przetrwamy, ale w formie zombi. Pozostaniemy siłą ekonomiczną i militarną, ale czy nadal będziemy ostoją wolności, swobód i różnorodności kulturowej? To się okaże.
Możliwości takie jak śledzenie naszej aktywności przez hakowanie naszych komórek. To ryzyko istnieje. Jednak powtórzę, że w USA są grupy, które od dawna żyją w atmosferze strachu i inwigilacji. Czy całe państwo zmieni się w Minneapolis? W to nie wierzę. Głównie dlatego, że jesteśmy ogromnym krajem. ICE stara się stworzyć wrażenie, że działa jak tajna policja, bo to świetne narzędzia zastraszania i kontroli. Ma to zniechęcić ludzi do protestowania. Tym bardziej powinniśmy wychodzić na ulice. To jest nasz obywatelski test, lepiej byśmy go nie oblali. ©Ⓟ