Całkiem niedawno mniejszościowy gabinet Sébastiena Lecornu z trudem obronił się w Zgromadzeniu Narodowym przed wotum nieufności. Wszystko przez brak skuteczności w blokowaniu umowy o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a państwami Mercosuru. W środę mieliśmy jednak gwałtowny zwrot akcji – oto Parlament Europejski odesłał do Trybunału Sprawiedliwości UE tę umowę, negocjowaną żmudnie przez ćwierć wieku i bardzo istotną dla wzmocnienia Unii jako samodzielnego gracza na arenie globalnej oraz do zdynamizowania jej gospodarki. W praktyce może to oznaczać całkowite wyrzucenie porozumienia handlowego do kosza, a przynajmniej zatrzymanie procesu jego wdrażania na długie miesiące.
Pretekst Mercosuru
Francuzi, zrzeszeni w różnych frakcjach, głosowali rzecz jasna gremialnie za wnioskiem. Polacy też, podobnie liczni europosłowie z innych krajów wcześniej przeciwnych umowie. Tu nie było zaskoczenia, ale do tego doszło ponad 150 głosów deputowanych z państw, których rządy popierają porozumienie. I to nie tylko z partii eurosceptycznych, bo to akurat też było do przewidzenia. Z tych euroentuzjastycznych również. De facto to ich głosy minimalnie przeważyły szalę, bardzo komplikując plany przewodniczącej Ursuli von der Leyen. A prezydent Emmanuel Macron i premier Lecornu mogą się teraz chwalić, że oto zadziałał ich dyskretny lobbing – i że ku radości francuskich rolników i związkowców udało się utrzeć nosa Komisji Europejskiej, Niemcom i innym wrażym siłom dybiącym na suwerenne prawa dumnego narodu znad Sekwany. Paradoks – niemal ci sami francuscy wyborcy, którzy z entuzjazmem przyjmują dzisiaj ten rezultat głosowania, równocześnie kibicują politykom wznoszącym hasła budowy „supermocarstwa Europa” i zerwania strategicznych więzów ze Stanami Zjednoczonymi. I już to powinno dać do myślenia fanom owej opcji spoza Francji. Bo akurat słabsze więzy Unii z Ameryką Łacińską to dobra wiadomość dla USA. Dla Chin także.
Emmanuel Macron ma kłopoty na swoim podwórku
Emmanuel Macron nieraz dowiódł swej gotowości do hazardowych zagrywek. Na przykład po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego, bardzo udanych dla francuskiej opozycji, gdy niespodziewanie ogłosił rozwiązanie Zgromadzenia Narodowego. Liczył, że w atmosferze szoku poprawi w ten sposób stan posiadania swych popleczników w obu izbach krajowej legislatywy. Plan się nie powiódł, jednym z jego skutków jest dzisiaj funkcjonowanie już kolejnego rządu mniejszościowego, tworzonego przez powiązane z prezydentem partie centrowe – i coraz większe problemy z prowadzeniem sensownej i skutecznej polityki wewnętrznej. Opozycja natomiast nadal może zdobywać punkty, piętnując bezradność władzy m.in. w kwestiach migracji i bezpieczeństwa publicznego (prawica) oraz wysokiego bezrobocia (lewica). Do tego – wszyscy solidarnie narzekają na rosnący dług publiczny (jeden z najwyższych w strefie euro, po Grecji i Włochach), deficyt budżetowy (grubo powyżej unijnych limitów) czy nikły wzrost PKB (ostatnio na poziomie 0,7 proc., z realnym ryzykiem recesji w kolejnych miesiącach).
W miniony wtorek Lecornu musiał zaszarżować, korzystając ze specjalnego uprawnienia konstytucyjnego (art. 49 ust. 3), by bez głosowania w izbie niższej przeforsować dotyczącą dochodów państwa część projektu budżetu na 2026 r. Przeciął w ten sposób, przynajmniej częściowo, wielomiesięczny pat w tej kwestii, ale jednocześnie sprowokował furię opozycji (i nowe wnioski o wotum nieufności) oraz merytoryczną krytykę licznych ekspertów. Francuski premier bardzo optymistycznie zakłada, że w lutym całość ustawy zostanie ostatecznie uchwalona, bo podobno zdołał przekonać do jej poparcia deputowanych z Partii Socjalistycznej. Jeśli nawet, to ceną jest odpuszczenie kilku niezbędnych, acz niepopularnych reform fiskalnych oraz planu oszczędności w rozbuchanym sektorze państwowym, co de facto będzie oznaczać tylko odroczenie politycznej egzekucji. W grudniu 2025 r. z niepokojem o sytuacji ekonomicznej i perspektywach jej zmiany wypowiadało się aż 85 proc. respondentów sondażu niezależnego instytutu badawczego ODOXA – a już w 2027 r. Francję czekają przecież wybory prezydenckie.
Sam Macron nie może startować (kończy drugą kadencję), ale jest oczywiste, że musi przynajmniej nieformalnie namaścić następcę reprezentującego obóz umiarkowany, lewicowo-liberalny i centroprawicowy. Na razie przypomina to pocałunek śmierci, urzędujący prezydent należy bowiem do najbardziej nielubianych polityków nad Sekwaną. Sondaże są zaś nieubłagane: wynika z nich, że każdy polityk obozu rządzącego (opozycyjnej lewicy zresztą też), który stanie przeciwko najbardziej prawdopodobnemu kandydatowi prawicy Jordanowi Bardelli, zapewne zbierze ostatecznie tęgie lanie. Jeśli Macron nie chce zatopić francuskiego centrum politycznego wraz z przyległościami, musi pilnie próbować ucieczki do przodu. W polityce wewnętrznej – już raczej zero szans. W zagranicznej – to co innego. W dużej mierze dzięki… Donaldowi Trumpowi. Nastroje antyamerykańskie są we Francji tradycyjnie silne, przynajmniej od czasu domniemanej „zdrady” USA w czasach wojny w Indochinach. Potem doszły inne czynniki natury politycznej i kulturowej.
Polityka w kontrze do Donalda Trumpa
Stany Zjednoczone bodaj nigdy w historii nie prosiły się swoimi działaniami aż tak bardzo, żeby się od nich odwrócić. Krytyka postępowania administracji Trumpa łączy na całym świecie ludzi o bardzo różnych poglądach. Francja nie jest w tej sprawie wyjątkiem, a więc zbijanie kapitału politycznego na atakowaniu polityki Waszyngtonu jest obecnie łatwe i obiecujące. Trzeba tylko wykazać stosowną determinację i talent do autopromocji, żeby nie zniknąć w tłumie.
Te atuty Macron akurat ma. A do tego inne. Francuską energetykę jądrową, zapewniającą przyzwoite pokrycie potrzeb własnej gospodarki i niebagatelne możliwości eksportowe (zarówno odnośnie do prądu, jak i technologii). Potencjał finansowy i naukowo-badawczy, wojskowy (z własnym komponentem nuklearnym) i wywiadowczy o skali globalnej, a do tego sprawną i profesjonalną dyplomację oraz wciąż niezłe zdolności z zakresu soft power. Last, but not least – budowany latami, w trudnej, acz generalnie efektywnej kooperacji z Niemcami, wspólny „silnik integracji europejskiej”. Czyli m.in. autorytet i nieformalne wpływy w licznych instytucjach unijnych.
Gdyby udało się teraz przekuć to wszystko w spektakularny sukces, polegający co najmniej na utarciu nosa Trumpowi, a w wersji maksimum na otwarciu realnej drogi do wypchnięcia Amerykanów ze Starego Kontynentu – wdzięczny wyborca francuski, na fali chwilowego entuzjazmu, pewnie byłby w stanie wybaczyć Macronowi wiele wcześniejszych błędów, wypaczeń i zaniedbań. I zagłosować w 2027 r. na popieranego przezeń kandydata, a wkrótce potem, prawdopodobnie, także na partie stanowiące zaplecze tej operacji. Dodajmy od razu: to wizja atrakcyjna nie tylko dla samego prezydenta oraz dla francuskich sił umiarkowanych, lecz także dla wielu obywateli innych państw Europy przerażonych zarówno słowną fanfaronadą Trumpa, jak i realnymi skutkami jego działań, demolujących stary, oswojony świat Zachodu.
Emmanuel Macron wyjeżdża, Donald Trump przyjeżdża
Dlatego obecny lokator Pałacu Elizejskiego tak bardzo stara się stanąć w pierwszej linii oporu przeciwko polityce Waszyngtonu, a premier Lecornu i jego ministrowie dzielnie sekundują szefowi. Udzielili wsparcia Duńczykom w sprawie Grenlandii, od razu wysłali tam kontyngent wojskowy (symboliczny, ale jednak), mimo groźby 200-proc. amerykańskich ceł na swoje alkohole zadeklarowali następnie gotowość kolejnych działań, w tym przeprowadzenia na arktycznej wyspie zakrojonych na większą skalę ćwiczeń NATO ze swoim udziałem. W Davos prezydent Francji wygłosił buńczuczne przemówienie, po czym demonstracyjnie wyjechał przed przybyciem Donalda Trumpa (choć kilkanaście godzin wcze niej proponował mu szybkie zorganizowanie w Paryżu szczytu G7). Po drodze zdezawuował pomysł kierowanej przez Trumpa „rady pokoju”, a francuscy politycy i dyplomaci usilnie lansowali w różnych gremiach tezę, że ewentualne sankcje na ich kraj i firmy będą karą za „obronę demokracji i zasad współpracy międzynarodowej” oraz wspólnego interesu Europy. I głośno poparli pomysł zawieszenia już wynegocjowanej umowy handlowej USA–UE.
Można by temu nawet przyklasnąć, bo już wiemy, że Trump – trochę podobnie jak Władimir Putin – łatwiej ustępuje przed argumentem siły niż przed siłą argumentów. Pojawiają się jednak dwie kwestie, na które warto tu zwrócić uwagę.
Pierwsza to realność tej ofensywy, czyli szanse na szybkie zbudowanie europejskiej podmiotowości strategicznej już nie tylko „obok”, ale wręcz w kontrze do USA. A co najważniejsze, także wyborczo, na znaczące ożywienie gospodarcze, którego stara Europa dramatycznie potrzebuje.
Rzecz w tym, że ani Francja, ani Niemcy same w sobie nie mają do tego wystarczającego potencjału. Tym bardziej że gospodarka naszego zachodniego sąsiada też przeżywa poważne kłopoty. Z nieoficjalnych informacji wynika, że prognozy tegorocznego wzrostu gospodarczego właśnie skorygowano w dół – do poziomu 1 proc. – i bynajmniej nie są to problemy chwilowe. Mają podłoże strukturalne i raczej będą się pogłębiać. Nawet przy załagodzeniu sporów polityczno-handlowych z Amerykanami, a tym bardziej w przypadku ich eskalacji, bo Niemcy są znacznie bardziej niż Francuzi uzależnieni od współpracy ekonomicznej z USA.
Szorstkie przyjaźnie w Europie
To zresztą jeden z powodów, dla których determinacja Berlina w antyamerykańskich szarżach jest zauważalnie słabsza niż w przypadku Paryża. Niemcy co prawda łakomym okiem patrzą na Amerykę Łacińską i jej rynki, co zapewne nie jest w smak Waszyngtonowi, ale pamiętajmy, że kanclerz Friedrich Merz całkiem niedawno sugerował Amerykanom, że liczy na status specjalnego partnera i jest gotów wpisać się w nowy nurt polityki USA. I że raczej negocjuje warunki tego „wpisania” niż faktycznie dąży do zwarcia.
Są też inne problemy w relacjach dwóch największych graczy unijnych. Do starego sporu o model transformacji energetycznej i rolę atomu doszła właśnie wspomniana batalia o umowę z Mercosurem, a także coraz ostrzejsza rywalizacja obu przemysłów zbrojeniowych i branż motoryzacyjnych o ten sam kawałek rynkowego tortu. Różne są także polityczne interesy i rachuby choćby na Bliskim Wschodzie, a w bliskiej perspektywie wisi awantura o nową obsadę kluczowych stanowisk we władzach Europejskiego Banku Centralnego (w związku z zakończeniem kadencji Francuzki Christine Lagarde), czyli o kontrolę nad wspólną walutą.
W efekcie mało kto wierzy dziś w sprawne działanie osławionego „motoru francusko-niemieckiego”. Bardziej prawdopodobna wydaje się albo jego dalsza praca na niewielkich obrotach, acz z głośnym terkotem, albo wręcz spektakularna eksplozja. Czyli powstanie w ramach Unii dwóch bloków, z których jeden, chcąc nie chcąc, w końcu i tak postara się o nieco bliższe i lepsze relacje z USA (zwłaszcza gdyby w międzyczasie demokratyczni przeciwnicy Trumpa zdołali uzyskać większość w Kongresie, a w dalszej perspektywie odwojowali Biały Dom, lub gdyby nastąpiło przebudzenie i skuteczny bunt w samej partii republikańskiej).
Takiemu scenariuszowi może też sprzyjać przynajmniej chwilowe złagodzenie amerykańskiej presji na Danię i Unię Europejską lub nawet jej względne „ucywilizowanie”. Czyli to, na co nieśmiało chyba możemy liczyć po środowych sygnałach ze strony administracji USA. Mamy bowiem zapowiedź negocjacji w sprawie warunków i statusu amerykańskiej aktywności na Grenlandii zamiast gróźb militarnych i szantaży handlowych. Ktoś powie: oto dobry skutek tego, że Europa się postawiła. Być może też, acz ważniejsza dla zmiany tonu Trumpa mogła być presja między narodowych rynków finansowych oraz – przede wszystkim – sprzeciwy wewnątrz obozu republikańskiego w USA.
Gdyby ten trend się utrzymał, Macron ze swym radykalizmem znalazłby się na marginesie gry o przyszłość „projektu Europa”, z rujnującymi konsekwencjami dla swojego środowiska w polityce wewnętrznej.
Otwieranie drzwi dla Chin
Francuski prezydent zapewne zdaje sobie sprawę z tego ryzyka i dlatego od razu podejmuje działania mające mu zrekompensować deficyty istniejące w relacjach z Berlinem. I to jest ta druga kwestia warta zauważenia, bo chodzi o propozycję strategicznej reorientacji Unii i zacieśniania kooperacji z Chinami. Na początek gospodarczych, czyli zdecydowanego otwierania się na chińskie inwestycje. W dalszej perspektywie – zapewne uprzywilejowanego dostępu do rynku chińskiego w zamian za koncesje polityczne, nawet z opcją wspólnych działań na rzecz dedolaryzacji globalnej gospodarki.
Macron wprost zasugerował taką opcję przy okazji wyjazdu do Davos (starannie udając, że nie stoi to w sprzeczności z jego krytycznymi słowami o „tyranach” i hasłem promowania demokracji). Nie jest w tym wśród przywódców ważnych państw Zachodu odosobniony. Bodaj jako pierwszy wykonał taki gest premier Kanady, a równolegle z Francuzami gotowość gry na Pekin zgłosił rząd Keira Starmera w Wielkiej Brytanii, po długich miesiącach kluczenia akurat teraz akceptując plan budowy wielkiej ambasady ChRL w prestiżowym punkcie Londynu mimo ponadpartyjnego sprzeciwu i negatywnej opinii specjalistów od bezpieczeństwa oraz prodemokratycznej diaspory chińskiej. W nagrodę Starmer natychmiast dostał ofertę wizyty w Pekinie nawet w przyszłym tygodniu, a także rozmowy wraz z szefami kluczowych firm o „nowej złotej erze” dla biznesu.
Władze w Paryżu tymczasem nieoficjalnie rozważają m.in. zmianę polityki wobec wielkiej fabryki Huawei, wybudowanej opodal Strasburga, od pewnego czasu stojącej bezużytecznie wskutek coraz bardziej restrykcyjnego stanowiska UE wobec chińskich technologii zagrażających bezpieczeństwu (jeszcze pod koniec ubiegłego roku agencje informowały, że koncern planuje sprzedaż obiektu). Dla Amerykanów taki powrót Chińczyków do gry byłby mocnym policzkiem. Z kolei ci ostatni wyraźnie oczekują takiej europejskiej reorientacji i ciężko nad nią pracują, także propagandowo (w Davos było to wyraźnie widać). Dla nich to też gigantyczna szansa, być może niepowtarzalna.
Nawet jeśli te europejskie ukłony w stronę Pekinu to tylko blef i straszak na Stany Zjednoczone, to należy odnotować, że takie działania – o ile będą kontynuowane – rychło spowodują zamknięcie dróg do współpracy już nie tylko z politykami spod znaku MAGA, lecz w ogóle z Amerykanami. Także z tymi, którzy wciąż jeszcze liczą na powrót do normalności w relacjach transatlantyckich, zresztą ku oczywistemu, wspólnemu pożytkowi, a którzy prędzej czy później mogą dojść do władzy. Ponadto mocniejsze uchylanie drzwi dla ekspansji ChRL, która i tak jest przecież obecna w wielu sektorach naszej gospodarki, a prawdopodobnie rozciągnęła także niewidzialne macki w świecie polityki, mediów i w branży eksperckiej, grozi szybkim przekroczeniem punktu krytycznego. Potem już nie będzie odwrotu. Nawet jeśli zechcemy, to Chińczycy będą mieli wystarczający potencjał, by nam na to nie pozwolić. I z amerykańskiego deszczu wpadniemy na trwałe pod chińską rynnę. ©Ⓟ