Na Węgrzech od niespełna dwóch tygodni trwa oficjalna kampania wyborcza. Ta nieoficjalna trwa już nieprzerwanie od blisko dwóch lat. We wtorek, 13 stycznia, prezydent Węgier zarządził wybory parlamentarne. Odbędą się one tydzień po Świętach Wielkanocnych – 12 kwietnia. Od dawna żaden polityczny plebiscyt nie budził takich emocji. Chociaż sondaże wieszczą zmianę, wyniki są niemożliwe do przewidzenia. Orbán liczy na czwarte z rzędu, a piąte w ogóle zwycięstwo. Jego największym rywalem jest Péter Magyar – człowiek, który w Fidesz spędził niemal całe polityczne życie. Jeden i drugi wierzy we własną siłę.
Rywal w wyborach, uciekinier z Fideszu
O ile środowisko Fideszu jest opinii publicznej znane i większość Węgrów ma wobec niego określone stanowisko, o tyle Péter Magyar wciąż pozostaje zagadką. Pewne jest, że nie proponuje on rewolucji. Warto pamiętać, że do rozpoczęcia samodzielnej politycznej drogi w zasadzie został zmuszony przez okoliczności. W 2023 r. Węgry żyły jego rozwodem z minister sprawiedliwości Judit Vargą. Jak w swoim tekście z marca 2025 r. napisali András Szabó i Patrik Galavits, dziennikarze portalu śledczego Direkt36, w listopadzie 2023 r. jeden z prominentnych działaczy Fideszu przekazał mu, że nie jest już w kręgu zaufanych ludzi władzy. Dla ambitnego działacza – wtedy dyrektora Centrum Kredytów Studenckich – oznaczało to koniec okresu czerpania korzyści z orbánowskiego systemu. Wcześniej pracował w Stałym Przedstawicielstwie Węgier przy Unii Europejskiej w Brukseli.
Katalizatorem zmiany było ujawnienie afery wokół ułaskawienia osoby pomagającej tuszować pedofilię w jednym z domów dziecka. Polityczne konsekwencje dotknęły zarówno ówczesną prezydent Katalin Novák, która ustąpiła z urzędu, jak i b. minister sprawiedliwości Vargę, która wycofała się z polityki. Tego samego dnia Péter Magyar ujawnił się jako polityczny przeciwnik Fideszu. Jego program, wciąż nie w pełni zaprezentowany, sprowadza się jednak przede wszystkim do walki z korupcją, rozliczenia rządów Fideszu, uwolnienia unijnych środków, a także poprawy sytuacji w służbie zdrowia i szkołach.
Gdy wiosną 2024 r. Magyar ogłosił chęć startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego, okazało się, że nie zdąży dopełnić formalności związanych z założeniem własnej partii. Znalazł więc już istniejące ugrupowanie o nazwie, która mu odpowiadała – TISZA (to węgierska nazwa rzeki Cisy, ale także akronim słów Szacunek i Wolność) – i porozumiał się z jego założycielami co do przejęcia. Ideowo Fidesz i TISZA w zasadzie się nie różnią. Może się okazać, że dzisiejsze rozgrywki są przynajmniej w jakiejś mierze walką o przywództwo na prawicy po Viktorze Orbánie.
Viktor Orbán planuje rządy do 2040 r.
Viktor Orbán rządzi nieprzerwanie od 16 lat, a gdy dodać do tego okres między 1998 a 2002 r., to daje dwie dekady. Od lat wybory na Węgrzech w zasadzie mogłyby się nie odbywać, ich rezultat był bowiem łatwy do przewidzenia – cokolwiek się stanie, wygra Fidesz, a premier Orbán pozostanie szefem rządu. Działo się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, żadna siła polityczna nie była w stanie mierzyć się z machiną polityczno-państwową Fideszu. Po drugie, ordynację wyborczą dostosowywano do rozkładu poparcia dla partii rządzącej. Dzięki temu nawet ze spadającym poparciem Fidesz gwarantował sobie większość.
Nieraz już czytaliśmy komentarze, że „tym razem to Orbán już na pewno przegra”. Tak wynikało z prognoz, a kończyło się utrzymaniem przez Fidesz władzy. Warto dodać, że w exposé z 2018 r. Viktor Orbán stwierdził, że będzie rządzić do 2030 r. Pięć lat później podbił stawkę o dekadę. Uznał, że utrzymanie władzy do 2040 r. jest możliwe.
Rządzącym sprzyjają, poza ordynacją, także media (ok. 80 proc. rynku sympatyzuje z parlamentarną większością) oraz nieograniczony dostęp do finansowego zaplecza, którego dysponentem jest stworzona przez rządzących klasa oligarchów. Przestrzeń medialna pozostaje zdecydowanie zdominowana przez środowiska prorządowe. Mowa tu i o mediach państwowych, i o prywatnych, które przez lata powstawały, by wspierać rządzących. Nowe elity gospodarcze, które co prawda zastąpiły po 2010 r. te postkomunistyczne, ale szybko rozpoczęły proces patologicznej tranzycji w oligarchię, zaciągały u rządzących dług wdzięczności, który do dziś spłacają. Między innymi zakładały gazety, telewizje, portale internetowe. Skupowały tytuły niesprzyjające władzy po to, by je następnie zamknąć (tak w 2016 r. stało się z największą lewicową gazetą „Népszabadság”) lub przestawić na „właściwe tory”, jak miało to miejsce w przypadku portali Origo oraz Index. Nieustająca nagonka na opozycję wypływa absolutnie zewsząd.
Jeżeli tym razem sondaże się ziszczą, do parlamentu wejdą prawdopodobnie dwie partie – Fidesz i TISZA, a więc Orbán z Magyarem podzielą się tortem. Na granicy progu wyborczego balansują jeszcze dwa ugrupowania, których przyszłość do końca nie będzie jasna. Chodzi o skrajnie prawicową Naszą Ojczyznę i liberalną Koalicję Demokratyczną. Większe szanse na wejście do parlamentu ma Mi Hazánk Mozgalom (Ruch Naszej Ojczyzny). Jeżeli to się jej uda, to w parlamencie znajdą się trzy partie prawicowe, które różnią się jedynie stopniem skrajności. W tym porównaniu TISZA byłaby „na lewo”, Fidesz w środku, a przy prawej ścianie Mi Hazánk.
Coraz więcej małych partii wycofuje się z rywalizacji. To pomoże Magyarowi z uwagi na to, że osoby zdecydowane na udział w wyborach najczęściej oddawały głosy na Fidesz. Jakiekolwiek inne byty, także „polityczny plankton”, który po węgiersku określa się mianem „partyjek kanapowych”, odbierał poparcie opozycji. W ten sposób wycofała się z wyborczej rywalizacji np. partia Polityka może być inna, która w owej polityce funkcjonuje od wielu lat. Działania poszczególnych ugrupowań nie są jednak realizacją jakiegoś szerszego porozumienia między Péterem Magyarem a poszczególnymi liderami, nie jest to ruch „anty-Fidesz”. Co ciekawe, Gábor Vona, niegdyś lider prawicowego Jobbiku, a teraz partii pod nazwą Druga Era Reform, poinformował, że nie ufa Magyarowi, ale innym kandydatom TISZA już tak.
Przed wyborami wraca straszenie wojną
Przyglądając się kampanii wyborczej, można się poczuć, jakbyśmy się cofnęli o cztery lata. Narracja rządzących jest identyczna jak w 2022 r. Jedynie głosowanie na Fidesz ma gwarantować „trzymanie się z daleka od wojny”. Od miesięcy parlamentarzyści Fideszu i prorządowe media wmawiają Węgrom, że partię TISZA założyła Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, a Magyar jest tak naprawdę marionetką w rękach prezydenta Zełenskiego. Teza ta jest o tyle absurdalna, że stanowiska obu konkurentów w sprawie Ukrainy pokrywają się. Oba środowiska nie chcą wysyłania wojsk na wschód, finansowania broni i Kijowa, a także jego członkostwa w NATO. Partie różni nieco podejście do obecności Ukrainy w Unii Europejskiej. O ile Orbán taką możliwość całkowicie wyklucza, o tyle Magyar nie, jednak obstaje przy tym, by rozmowy akcesyjne toczyły się w normalnym tempie, a nie w procedurze przyśpieszonej.
Przekaz o ukraińskich korzeniach partii Magyara dominuje jednak w mediach prorządowych, które docierają do największego odsetka odbiorców, co szczególnie ważne, także poza dużymi ośrodkami miejskimi. TISZA jednak bardzo wysoko zawiesiła poprzeczkę w mediach społecznościowych, które zazwyczaj były domeną Orbána. Magyar pozostaje aktywny w założonej przez siebie grupie na Facebooku, na której wchodzi w regularne interakcje. Jego przekaz zaczął trafiać do młodszych odbiorców
Dość żenujące próby odbicia tej grupy i ocieplenia wizerunku widać na profilu Viktora Orbána, lecz także profilach rządowych w mediach społecznościowych. Zaczęły się na nich pojawiać absurdalne i nielicujące z powagą urzędu materiały filmowe, np. o sposobach radzenia sobie z jetlagiem. W okresie świątecznym pytano o to, czy ministrowie kupili już prezenty.
Z uwagi na to, że Péter Magyar nie liczy na przepływ elektoratu Fidesz i wziął pod skrzydła niemal cały osierocony elektorat opozycji, nie musi się tak przejmować tym, jakie informacje dopływają do miejscowości, w których i tak nie ma szans wygrać.
Dla wyborczego rezultatu kluczowa będzie frekwencja. Przewagą Fideszu jest to, że dysponuje bardzo zdyscyplinowanym elektoratem. W ostatni poniedziałek, w przemówieniu na Narodowym Forum Samorządów Terytorialnych, Viktor Orbán stwierdził jednak, że to lokalni włodarze powinni zadbać o skuteczną mobilizację i dyscyplinę wyborców. To o tyle istotne, że Fidesz po wyborach samorządowych w 2024 r. kontroluje wszystkie sejmiki komitackie (wojewódzkie) i prawie trzy czwarte miast na prawach komitatów (odpowiednik polskich miast na prawach powiatów). W swoim wystąpieniu premier podkreślił, że rządzenie krajem bez silnych powiązań z administracją samorządową jest niemożliwe, ponieważ prawdziwy autorytet i zaufanie buduje się na lokalnych doświadczeniach, a nie na krótkich kampaniach wyborczych. To jednak Fidesz w 2010 r. dokonał radykalnej centralizacji państwa poprzez odebranie kompetencji samorządom, m.in. w zakresie prowadzenia szkół podstawowych i średnich, a także szpitali – wraz ze znaczną częścią finansowania.
Ordynacja wciąż w służbie Fideszu?
W dniu wyborów Węgrzy otrzymują dwie karty do głosowania. Jedną na kandydata w danym okręgu jednomandatowym (jest ich 106), drugi na listę krajową (partyjną), z której do parlamentu wejdzie 93 parlamentarzystów. Przeprowadzając reformę ordynacji w 2011 r., Fidesz zdecydowanie zwiększył udział posłów wywodzących się z JOW. Mapa tych okręgów pokrywa się z poparciem Fideszu, a ostatnia aktualizacja okręgów została przeprowadzona pod koniec 2024 r. Zniesiono też dwie tury głosowania. W okręgu jednomandatowym można więc wygrać jednym głosem. To sprawia, że w wielu okręgach kandydat Fideszu uzyskuje np. 35 proc. i zgarnia całą pulę. Rzecz jasna w niektórych przewaga osiąga kilkadziesiąt punktów procentowych.
Fidesz wprowadził zasady kompensacji zwycięzcy i przegranego. O ile ta druga jest stosowana w innych systemach wyborczych, o tyle ta pierwsza jest węgierskim fenomenem. Kompensacja przegranego: jeżeli kandydat B zajął w okręgu 2. lub 3. miejsce i nie zdobył mandatu, jego głosy nie przepadają – są dodawane do ogólnokrajowej puli na liście partyjnej, co ma umożliwić ugrupowaniu zdobycie dodatkowych mandatów z listy. Ale jest także lista zwycięzcy. Jeśli kandydat Fideszu wygra w okręgu, to głosy, które zdobył ponad to, co było mu potrzebne do zwycięstwa, również trafiają na listę krajową. Trzeba wiedzieć, że Fidesz zazwyczaj wygrywał z opozycją znacznie.
Jak to wygląda w praktyce? Jeśli kandydat A uzyskał 20 tys. głosów, a kandydat B – 10 tys., to znaczy, że do wygranej potrzebnych było 10 001 głosów. W takiej sytuacji 9999 głosów zwycięzcy trafia do puli listy krajowej. W 2022 r. takich „matematycznych” głosów, będących wynikiem systemu liczenia, a nie rzeczywistego poparcia, było w ogólnej puli głosów aż 40 proc., a w 2018 r. Fidesz zdobył ok. 49 proc. rzeczywistych głosów, ale dzięki temu mechanizmowi (i kilku innym) uzyskał 67 proc. miejsc w parlamencie, co dało mu większość konstytucyjną.
Dlaczego sytuacja w tych wyborach jest inna? Prawdopodobnie po raz pierwszy w historii opozycyjna partia, w tym przypadku TISZA, nie będzie miała kontrkandydatów. Oznacza to, że ugrupowania antyrządowe nie będą się kanibalizować. Gdyby w 2018 r. opozycja współpracowała, to w samym Budapeszcie mogła zgarnąć aż sześć mandatów, co skutkowałoby niedopuszczeniem do większości konstytucyjnej Fideszu. Z dzisiejszej perspektywy byłyby to zupełnie inne Węgry.
W 2022 r., chociaż opozycja szła pod jednym szyldem, wybory odbyły się sześć tygodni po rosyjskim ataku na Ukrainę. Zadziałały „efekt flagi” oraz medialna nagonka na opozycję, w której twierdzono, że ta wyśle wojska węgierskie na pomoc Kijowowi.
Warto wspomnieć o głosach korespondencyjnych. Oddawać je może w zasadzie wyłącznie diaspora – potencjalnie kilkaset tysięcy osób, z których co najmniej 90 proc. popiera Fidesz z wdzięczności m.in. za przyznanie Węgrom z zagranicy obywatelstwa i czynnego prawa wyborczego.
Czy Trump przyleci z pomocą Orbánowi?
Wiele przedwyborczych predykcji formułowanych było na podstawie danych z Polymarket, portalu, którego użytkownicy mogą obstawiać wyniki różnych wydarzeń na świecie (w polityce, sporcie czy popkulturze). Niejednokrotnie przewidywania tego portalu pokrywały się następnie z rzeczywistością.
Prognoza z początku tego tygodnia (19 stycznia) dotycząca tego, kto będzie nowym premierem, wskazuje, że Magyar i Orbán idą łeb w łeb (odpowiednio uzyskując 51 proc. i 48 proc.). Natomiast w ujęciu ostatnich tygodni widać coraz większą wiarę w zwycięstwo Orbána. Różnica pomiędzy politykami jest najmniejsza od sierpnia. Bardziej wiążące prognozy będzie można sformułować dopiero bliżej wyborów. Obie strony szykują zapewne wydarzenia, które mają pomóc w przekonaniu wyborców niezdecydowanych do wzięcia udziału w wyborach. Ten odsetek w niektórych badaniach opinii publicznej sięga nawet 30 proc. Co przygotuje TISZA, nie wiadomo. Dla Fideszu punktem zwrotnym ma być natomiast konferencja Conservative Political Action Conference, która ma odbyć się pod koniec marca. Prawicowe środowisko bardzo liczy na udział w niej Donalda Trumpa, który miałby wesprzeć obecnego węgierskiego premiera. Wizyta prezydenta USA wciąż nie została jednak oficjalnie potwierdzona. ©Ⓟ