„Skoro już mowa o mapach, to wiecie co? Byłem ostatnio w Mongolii…” – premier Armenii Nikol Paszynian zawiesza głos i uśmiecha się zawadiacko. Widać, że wystąpienia publiczne to jego żywioł, że napawa się każdą sekundą swojego przemówienia, a poczucie władzy, którą ma nad publiką, sprawia mu ogromną przyjemność. Przypomina w tym dobrego stand-upera, który doskonale wie, jak zarządzać tempem skeczu, żeby żart siadł w odpowiednim momencie. „I jak byłem w tej Mongolii, to pomyślałem sobie: O mój Boże, żeby tylko oni nie pokazali mi jakiejś starej mapy, dowodząc swoich praw do naszych ziem!”. Dowcip zadziałał – sala wybuchła śmiechem, doceniając sposób, w jaki Paszynian próbował sobie poradzić z tymi, którzy zarzucają mu, że zdradza Armenię, bo dąży do porozumienia z Azerbejdżanem. Z państwem, które tak niedawno, w 2023 r., doprowadziło do ogólnoarmeńskiej traumy. Jej przyczyną była operacja wojskowa sił azerbejdżańskich skutkująca likwidacją nieuznawanej międzynarodowo Republiki Górskiego Karabachu – parapaństwa zamieszkiwanego przez Ormian.

Nowy pokój na Kaukazie

Premier przemawiał w ten sposób na początku listopada 2025 r. podczas Orbeli Forum – organizowanej w Erywaniu konferencji międzynarodowej o perspektywach pokoju na Kaukazie Południowym. Mówił o pokoju między Armenią a Azerbejdżanem. Wspominał, że jest on czymś zupełnie nowym, a przez to niezrozumiałym – trudno się do niego przyzwyczaić i politykom, i społeczeństwom funkcjonującym przecież od ponad 30 lat w paradygmacie konfliktu. Podkreślał, że dostrzega ryzyko, iż mentalność będzie sprzyjać konfrontacyjnym wypowiedziom po obu stronach. Przekonywał jednak, że ma wizję, jak obecne porozumienie między państwami przekształcić w długoterminowy pokój – m.in. dzięki wzajemnemu poszanowaniu integralności terytorialnej, otwarciu korytarzy transportowych i handlowych w regionie. Dlatego za plecami Paszyniana wyświetlana była mapa, która obrazowała potencjał gospodarczo-transportowy Kaukazu Południowego.

Ktoś, kto zapadłby w śpiączkę w okolicach 2020 r., by obudzić się podczas przemówienia premiera, przecierałby oczy ze zdumienia. A gdyby jeszcze dotrwał do panelu, w którym analitycy z Armenii i Azerbejdżanu ramię w ramię dawali odpór Rosjaninowi twierdzącemu, że bez jego państwa nie może być mowy o pokoju na Kaukazie, uznałby, że znalazł się we wszechświecie równoległym.

Azerbejdżan chce swojej roli

ADA University – wiodąca uczelnia państwowa w Baku – też ma swoją flagową konferencję. W 2025 r. odbywała się ona w kwietniu, a jej motywem przewodnim był wyłaniający się wielobiegunowy porządek międzynarodowy. Azerbejdżan chce w nim odgrywać ważną rolę jako państwo zwornikowe – element stabilizujący sytuację na Kaukazie Południowym, a także niezbędny łącznik Europy z Azją Centralną.

Rozwiązanie problemu Górskiego Karabachu pozwoliło odblokować część zasobów, które dotychczas były poświęcane na odzyskanie spornego terytorium i przywrócenie integralności terytorialnej państwa. Dzięki wygranej w konflikcie o Górski Karabach Azerbejdżan nabrał też pewności siebie. Wojciech Górecki, analityk zajmujący się Kaukazem w Ośrodku Studiów Wschodnich, nazywał ten stan „zawrotem głowy od sukcesów”. To poczucie mocy widać w Azerbejdżanie na każdym kroku. Imponują działania, które Baku już teraz podjęło na rzecz odbudowy Górskiego Karabachu, przede wszystkim infrastruktury, a jeszcze ambitniejsze są plany na przyszłość tego obszaru. Zakładają jego transformację w biznesowe centrum – napędzane zieloną energią i zaludniane przez obywateli zamieszkujących inteligentne miasta i wsie. Niełatwo będzie to osiągnąć, choćby ze względu na zaminowanie olbrzymiej części terytorium, ale Baku jest przekonane, że z czasem i ten problem da się rozwiązać.

Tę pewność siebie było widać także podczas wystąpienia prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa na konferencji organizowanej przez ADA University. Polityk zaznaczył, że konflikt się wyczerpał, ponieważ Baku osiągnęło cel w postaci zapewnienia integralności terytorialnej, jednak był mocno sceptyczny co do przyszłości stosunków z Erywaniem. Jak stwierdził, nie ma w Armenii polityka, który nie życzyłby sobie odzyskania Górskiego Karabachu, nie wyłączając Paszyniana. Nie chciał się rozwodzić na temat długoterminowej wizji dla Kaukazu, powołując się na dotychczasowe doświadczenia, które nauczyły go, że armeński sąsiad nie dąży do integracji regionu. Zdaniem Alijewa Erywań działał w ten sposób przeciw własnym interesom, jakby nie dostrzegając, że mógłby być korytarzem transportowym dla azerbejdżańskich surowców.

Według prezydenta Azerbejdżanu pokój jest możliwy, ale dopiero po zmianie armeńskiej konstytucji. W preambule dokumentu znajduje się bowiem odwołanie do deklaracji niepodległości Armenii, która wspomina o Górskim Karabachu. Paszynian przedstawiał się jako zwolennik takiej zmiany, ale wtedy, w kwietniu 2025 r., na drodze do jej wprowadzenia stanęły konieczność zorganizowania referendum konstytucyjnego i nieufność. W Armenii wierzyło się, że konflikt jest Alijewowi niezbędny do zachowania stabilności wewnętrznej.

Co się zmieniło przez te kilka miesięcy, że przynajmniej jedna z tych przeszkód przestała mieć fundamentalne znaczenie?

USA godzi Azerbejdżan z Armenią. Albo z Albanią

Coachingowe porzekadło mówi, że jeśli czegoś nie da się zrobić, to trzeba powierzyć to komuś, kto o tym nie wie. Zdaje się, że jest to też postawa prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Jak inaczej tłumaczyć zgłaszane przez niego – jak wyliczył CNN, do kwietnia 2025 r. przynajmniej 53 razy – aspiracje do zakończenia wojny w Ukrainie w 24 godziny?

To jednak, czego nie udało się osiągnąć na froncie rosyjsko-ukraińskim, okazało się w zasięgu ręki w odniesieniu do Armenii i Azerbejdżanu. 8 sierpnia 2025 r. Paszynian i Alijew pojawili się w Waszyngtonie, by w towarzystwie amerykańskiego prezydenta podpisać deklarację pokojową. Ogłosili przy okazji, że będą pracować nad odbudową szlaków komunikacyjnych, a kluczowy z nich – łączący Azerbejdżan z eksklawą nachiczewańską i przebiegający przez terytorium Armenii – będzie się nazywał Szlakiem Trumpa na rzecz Międzynarodowego Pokoju i Dobrobytu (ang. Troump Route for International Peace and Prosperity, TRIPP). Deklaracja waszyngtońska nie była równoznaczna z zawarciem pokoju – na ten wciąż trzeba poczekać, najpewniej do zmiany konstytucji przez Armenię – a szczegóły funkcjonowania korytarzy transportowych pozostają przedmiotem niełatwych negocjacji. Panowie mogli jednak zasygnalizować światu, że traktują normalizację poważnie, na co dowodem były zapisy deklaracji o wzajemnym poszanowaniu integralności terytorialnej i suwerenności państw. Trump zyskał zaś argument do twierdzenia, że udało mu się rozwiązać kolejny konflikt, tym razem ten między Azerbejdżanem a… Albanią.

Nawet to przejęzyczenie czy czołobitne deklaracje Paszyniana i Alijewa, którzy apelowali o przyznanie amerykańskiemu prezydentowi pokojowego Nobla, nie mogły przyćmić rangi wydarzenia. Po pierwsze, pokazywało ono, że to, co dzieje się między Baku a Erywaniem, jest realnym procesem politycznym, a nie maskaradą. Po drugie, włączenie w uzgodnienia Stanów Zjednoczonych – państwa, z którym i Armenia, i Azerbejdżan próbują zbudować silne stosunki bilateralne – wzmacniało jego ciężar. Z jednej strony zbudowało przekonanie, że projekty infrastrukturalno-gospodarcze mogą się zmaterializować dzięki adekwatnemu wsparciu inwestycyjnemu, z drugiej – że USA mogą odgrywać rolę tego trzeciego, który pomoże przezwyciężyć nieufność między kaukaskimi państwami. Wsparcie Waszyngtonu mogłoby np. dotyczyć jednej z najbardziej kłopotliwych kwestii, jaką jest kontrola nad elementami infrastruktury granicznej i transportowej. Armenia chce, aby transfer korytarzem przez jej terytorium odbywał się z poszanowaniem jej suwerenności. Azerbejdżan wolałby, aby jego obywatele podróżujący korytarzem przez Armenię nie byli niepokojeni przez pograniczników i celników. Nietrudno sobie wyobrazić scenariusz – podobno już omawiany między Erywaniem a Baku – w którym rozwiązaniem będzie (amerykańska?) technologia.

Amerykanie nie byli jednak jedynymi zainteresowanymi tym, żeby Armenia i Azerbejdżan zabrały się za normalizację na poważnie. Liczyła na to również Ankara, która kilkanaście lat temu podjęła już próbę odbudowy swych stosunków z Erywaniem – wtedy zablokowaną m.in. przez Baku. Turcy także uważali, że na początek trzeba rozwiązać problem Górskiego Karabachu, a tajemnicą poliszynela było to, że antyarmeńskie deklaracje Azerbejdżanu wywołują w Ankarze irytację. Bliskość kulturowa wyrażana hasłem „jeden naród, dwa państwa”, znaczenie Azerbejdżanu dla gospodarki Turcji (wystarczy wspomnieć o ropie i gazie) czy rzekome wsparcie finansowe Baku podczas wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2023 r. powodowały jednak, że Turcja konsekwentnie podkreślała zasadę „najpierw Azerbejdżan”. Ankara miała jednak wywierać zakulisowe naciski na Baku, argumentując, że lepszej szansy na normalizację nie będzie, bo Paszynian zawiesił na niej całą swoją karierę polityczną. Najpewniej czuła również, że w związku z zaangażowaniem Rosji w Ukrainie jest to ostatni moment, aby przybliżyć marzenie o „pantureckim Kaukazie”. W jego ramach Ankara miałaby się stać aktorem stabilizującym sytuację bezpieczeństwa w regionie i kluczowym graczem gospodarczym. Otwarcie granic z Armenią stanowiłoby łakomy kąsek dla tureckich firm budowlanych – i szansę na rozwój Anatolii północno-wschodniej – ale plany Turcji sięgają dużo dalej. W jej strategii Kaukaz Południowy jest postrzegany jako most łączący Turcję z Azją Centralną. Bez jego stabilizacji Ankarze trudno będzie wypracować efektywną politykę względem państw centralnoazjatyckich.

Wyścig z czasem

Po spotkaniu w Waszyngtonie sprawy nabrały tempa. W październiku Baku ogłosiło zniesienie obowiązującej od ponad trzech dekad blokady na tranzyt towarów do Armenii. Decyzja nie była aż tak ważna z punktu widzenia gospodarki – taka będzie dopiero po otwarciu granic między państwami. Była natomiast istotnym sygnałem politycznym – Alijew ogłosił ją w Kazachstanie, a pierwszym transportem miało pojechać zboże z Kazachstanu. Armenia jest skrajnie uzależniona od dostaw z Rosji (najłagodniejsze szacunki mówią o 80 proc.). Doszło także do wymiany delegacji między przedstawicielami „społeczeństwa obywatelskiego” Armenii i Azerbejdżanu – analityków z ośrodków bliskich władzom. W pierwszej połowie grudnia gruchnęła zaś wiadomość o kolejnym historycznym „pierwszym razie” – państwa porozumiały się w sprawie zakupu ropy, a Gruzja ogłosiła, że wyjątkowo nie pobierze żadnych opłat za tranzyt. W tle tych wydarzeń część środowisk analitycznych z Armenii i Azerbejdżanu zaczęła promować platformę K3+, argumentując, że Erywań, Baku i Tbilisi powinny występować solidarnie wobec aktorów zewnętrznych.

Wysokie tempo jest podyktowane kalendarzem wyborczym – w zaplanowanych na czerwiec 2026 r. wyborach parlamentarnych Paszynian będzie się ubiegał o przedłużenie swoich rządów. Mało kto ma wątpliwości, że kontynuacja zbliżenia z Azerbejdżanem jest możliwa tylko pod jego kierownictwem. Premier zresztą doskonale zdaje sobie z tego sprawę. W ostatnich miesiącach rozpoczął rozprawę z opozycją, m.in. tzw. klanem karabaskim, wywołując szczególne kontrowersje atakiem na władze cieszącego się sporym społecznym poparciem Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. W Erywaniu można usłyszeć, że Paszynian wypowiada się gładko, gdy mówi do zagranicznych gości, natomiast nie jest tak subtelny wobec własnego społeczeństwa. Kontrowersje rodzi też tempo forsowanych przez niego zmian, np. decyzja o usunięciu z pieczątki paszportowej Araratu, ważnego dla Ormian symbolu tożsamościowego, wdrożona niemalże z dnia na dzień.

Baku zachowuje się, jakby wreszcie zrozumiało, że dalej może iść tylko z Paszynianem. Dlatego na Kaukazie spekuluje się, że Azerbejdżan może się zdecydować na udzielenie mu wyraźniejszego wsparcia. Obserwatorzy zastanawiają się np., czy Alijew, w towarzystwie prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana, nie pojawi się na zaplanowanym na maj 2026 r. szczycie Europejskiej Wspólnoty Politycznej w Erywaniu. Z kolei środowiska analityczne w Armenii spodziewają się, że na wiosnę może się odbyć zaimprowizowana na szybko ceremonia otwarcia budowy TRIPP-u. Od dziennikarzy w Ankarze można usłyszeć, że tym razem to Baku namawia tureckich polityków do normalizacji stosunków z Armenią przed zmianą ormiańskiej konstytucji. Plotki pojawiają się niemal tak dynamicznie, jak kolejne decyzje Paszyniana – najnowsza głosi np., że premier ogra wszystkich i zdecyduje się na wcześniejsze wybory, aby zredukować ryzyko porażki do zera.

Przykład ukraiński

Trudno uniknąć wrażenia, że na to olbrzymie tempo procesu politycznego między Armenią a Azerbejdżanem wpływają wydarzenia wokół Ukrainy. Oba państwa nie mają złudzeń co do tego, że Rosja „powróci” na Kaukaz, a znając jej wieloletnią tradycję do rozgrywania Armenii i Azerbejdżanu przeciw sobie, chcą się jak najlepiej do tego powrotu przygotować. To przekonanie nie jest nieuzasadnione, gdy weźmie się pod uwagę już teraz nasilone działania dezinformacyjne Rosji w Armenii. Ranga tych obaw wzrasta jednak dodatkowo w obliczu wyrozumiałości administracji Trumpa wobec rosyjskich interesów czy zapisów Strategii Bezpieczeństwa Narodowego sugerujących, że również USA może podobać się świat podzielony na strefy wpływów.

Czy przy tych uwarunkowaniach ktoś może zagwarantować, że Amerykanie nie wpadną na brawurowy pomysł współpracy z Rosjanami w ramach TRIPP-u albo po prostu nie stracą zainteresowania Armenią i Azerbejdżanem? A czy bez ich zaangażowania możliwe będzie ostateczne przezwyciężenie nieufności między Erywaniem a Baku? Analitycy lubią odpowiadać na takie pytania, używając frazy „czas pokaże”. W tym przypadku rezerwa jest zbędna, bo przy tak skomplikowanej układance, z jaką mamy do czynienia na Kaukazie Południowym, usunięcie istotnego klocka może spowodować wywrócenie całej konstrukcji. Armenia i Azerbejdżan muszą się zatem spieszyć, jeśli nie chcą wrócić do rzeczywistości, w której żarty o mapach są opowiadane tylko przez aktorów zewnętrznych. ©Ⓟ