Jeśli ktoś miał nadzieję, że środowe spotkanie wiceprezydenta JD Vance’a i sekretarza stanu Marca Rubia z ministrami spraw zagranicznych Grenlandii i Danii przyniesie przełom w sprawie arktycznej wyspy, to wykazał się naiwnością. Spektakl będzie trwał.

Na razie wszystko wskazuje na to, że Europa zamierza być w tej rozgrywce reaktywna – biernie czekać, co zrobi Donald Trump, próbować go spowalniać, bombardować dyplomatycznymi protestami, gestami polityków i celebrytów, a nawet złośliwymi memami (dopóki amerykańskie platformy medialne nie obejmą ich cenzurą). Problem w tym, że jeśli Stary Kontynent ma zamiar liczyć się w dalszej grze, potrzebuje czegoś więcej. Na początek chłodnej oceny sytuacji, a potem pomysłu na przejęcie inicjatywy.

Scenariusze dla Grenlandii to też scenariusze dla UE i NATO

Przyjmijmy najpierw roboczo (i bardzo optymistycznie), że Donald Trump wcale nie jest na serio zainteresowany przejęciem Grenlandii, że chodzi jedynie o gonienie króliczka. Że prawdziwym celem jest np. medialne przykrycie licznych problemów wewnętrznych, a do tego dalsze zmiękczanie europejskich sojuszników. Owszem, te czynniki niewątpliwie mają swoje znaczenie. Tyle że nawet jeśli nie ma tu nic więcej, to przecież wspomniane polityczne potrzeby lokatora Białego Domu i tak nie znikną z dnia na dzień. A już na pewno nie dlatego, że ktoś przedstawi mu choćby najbardziej racjonalne argumenty odwołujące się do prawa międzynarodowego, uniwersalnych wartości i dobra wspólnego. Nie, nawet w takim przypadku publiczne grillowanie Danii (a przy okazji Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej) będzie kontynuowane ku uciesze fanów Donalda Trumpa, bynajmniej nie tylko tych amerykańskich, wewnątrzunijnych też. A także, oczywiście, Chińczyków i Rosjan.

Były prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew już ogłosił, że w przypadku dalszego buksowania operacji anektowania Grenlandii przez USA mieszkańcy wyspy mogą i powinni się opowiedzieć za wejściem w skład tejże Federacji. Niby można się śmiać z Miedwiediewa, niegdyś nadziei moskiewskich i petersburskich liberałów, ostatnio delegowanego do zadań propagandysty reżimu, ale publiczne napięcia w obozie transatlantyckim i tak obiektywnie wzmacniają globalną oś zła.

Sytuacja robi się jeszcze trudniejsza, gdy założymy, że Amerykanom faktycznie chodzi o przejęcie Grenlandii. Chwilowo tempo działań w tym kierunku zapewne zmaleje, bo uwaga Waszyngtonu skupi się doraźnie na kryzysie irańskim, a także na dokończeniu spraw w Wenezueli. Można przy tym w ciemno obstawiać z niewielkim ryzykiem błędu, że na obu frontach też rychło nie zapanuje spokój, a Donald Trump nie odniesie na żadnym z nich spektakularnego sukcesu, o jakim marzy. Opór materii jest zbyt duży, a sprawczość USA – niewątpliwie ogromna – dotyczy jednak głównie czynników wojskowych i makroekonomicznych, a to nie załatwi sprawy.

Wniosek jest taki, że po prawdopodobnej pauzie Waszyngton wkrótce wróci do kwestii grenlandzkiej – z jeszcze większym przytupem. A my powinniśmy wykorzystać darowany czas na pilne opracowanie sensownej strategii.

Przejęcie Grenlandii siłą lub sposobem

Przy całkiem realistycznym założeniu, że Amerykanie nie odpuszczą, mamy trzy scenariusze. Pierwszy, już wspomniany, to przedłużanie przez nich presji politycznej i medialnej nawet w nieskończoność, ale bez podejmowania konkretnych, ostatecznych działań w terenie. To wariant mało prawdopodobny, bo z czasem zamiast zysków przynosiłby Trumpowi coraz poważniejsze straty wizerunkowe – przyprawiałby mu gębę polityka po prostu nieskutecznego. Ponadto nie należy lekceważyć rozbudzonych aspiracji biznesowego zaplecza prezydenta, które już liczy potencjalne zyski z dobrania się do grenlandzkich zasobów naturalnych, zwłaszcza gdy przyjdzie do zbierania funduszy na kampanię wyborczą.

Dlatego prędzej czy później (raczej jednak nieco prędzej) pozostaną scenariusze nr 2 – rozwiązanie siłowe – oraz nr 3, czyli sprowokowanie referendum na wyspie, wygranie go i zmuszenie Danii i reszty Europy do zaakceptowania tych decyzji. Z opcjonalnymi wersjami, czyli np. z rozłożeniem całego procesu inkorporacji Grenlandii na etapy. Ale sens będzie z grubsza ten sam.

Powiedzmy sobie szczerze: Stany Zjednoczone mają dobre instrumenty do przeprowadzenia obu scenariuszy zdobycia Grenlandii. Zapewne wolałyby ten miękki, przynajmniej tak wynika z licznych deklaracji. To teoretycznie ma sens, ale uważajmy. Równie dobrze możemy mieć do czynienia z celowym usypianiem czujności kontrpartnerów, gdy tymczasem przygotowania do inwazji wojskowej idą w Pentagonie i kilku wyznaczonych sztabach pełną parą, a element zaskoczenia ma ułatwić błyskotliwy sukces. Nieźle by to pasowało do mentalności ekipy rządzącej dzisiaj Stanami Zjednoczonymi. Także z czysto profesjonalnego, militarnego i wywiadowczego punktu widzenia jest to plan sensowny. Jedynym problemem dla generałów byłby brak zielonego światła od polityków. Ale że stary świat norm i wartości kona, to generałowie mogą sobie pozwolić na więcej. Zwłaszcza ci, którzy dysponują najlepszymi śmiercionośnymi narzędziami na świecie i obiecają politykom nie tylko sukces taktyczny czy operacyjny, lecz także efekt mrożący wobec przeciwników na poziomie strategicznym.

A jeśli nawet nie, to korupcja wyborcza czyni cuda. Dowód tzw. anegdotyczny, czyli oparty na jednostkowym przypadku: oto jeden z portali internetowych z USA zapytał grupę mieszkańców Grenlandii, czy sprzedaliby Danię za 20 tys. dol. na głowę. Ci z oburzeniem odpowiedzieli, że nie, bo pieniądze to nie wszystko. Ale gdy zmieniono kwotę łapówki na 100 tys. dol., odpowiedzi były już twierdzące. Może to fejk i manipulacja, ale i tak świetnie pokazuje mechanizm, na który Trump może liczyć. Sprowokowanie ciągu zdarzeń, pożądanych przez Waszyngton, to kwestia determinacji i odpowiednio dużych pieniędzy. Ani jednego, ani drugiego po stronie amerykańskiej raczej nie zabraknie.

NATO i UR brakuje nie tylko armat

Jeśli USA zdecydują się na scenariusz miękki, to sytuacja Europy oczywiście będzie ciut lepsza. Samej Danii niekoniecznie, ale już Komisja Europejska jest w stanie wyasygnować środki na podjęcie licytacji z Amerykanami, czyli na walkę o serca (i portfele) Grenlandczyków. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce może się okazać, że solidarność europejska znów jest większa na parlamentarnych mównicach i w studiach telewizyjnych niż przy kasie. Tym bardziej że europejscy sojusznicy Trumpa nie darują sobie okazji, by pytać głośno o sens płacenia przez podatnika słowackiego, polskiego, portugalskiego, a zwłaszcza francuskiego i niemieckiego za duńskie panowanie nad Grenlandią. Usłużne farmy trolli i algorytmy poniosą te pytania w przestrzeń. Suflowane odpowiedzi też. A politycy będą mieli na karku jakieś wybory i postanowią nie drażnić elektoratu…

Nawet ten pozornie lepszy dla Europy scenariusz może więc doprowadzić do naszej klęski. Podwójnej – bo Grenlandia i tak będzie za jakiś czas amerykańska, natomiast Unia okaże się bezzębna nawet w obliczu wyzwań pozamilitarnych, co poważnie podkopie jej autorytet również w oczach dotychczasowych zwolenników. W dodatku można się spodziewać festiwalu wzajemnych oskarżeń i żali – pomiędzy poszczególnymi państwami i partiami politycznymi. I znów: poza Trumpem najbardziej ucieszą się Rosjanie i Chińczycy, bo w tym wzburzonym stawie łatwiej będzie łowić nowe rybki, a te złowione uprzednio zadaniować do dalszego kołysania łódkami.

Podobnych efektów można oczekiwać, gdy Waszyngton postawi na scenariusz siłowy. Albo dlatego, że uzna go za lepszy marketingowo i w dodatku, paradoksalnie, być może tańszy – a na pewno szybszy, co może się okazać decydujące w kalkulacji. Albo dlatego, że ten „pokojowy” będzie jednak buksował bez wyraźnych widoków powodzenia. Tak naprawdę wszystko jedno, bo gdy Amerykanie zdecydują się dokonać precedensowego uderzenia na terytorium formalnego sojusznika, mleko rozleje się ostatecznie.

Znów warto zawczasu spojrzeć prawdzie w oczy. Z powodów geograficznych obrona odległej wyspy przed USA – mającymi na jej terenie bazy wojskowe oraz relatywnie krótki dystans do przerzutu wojsk z własnego terytorium, bez trudu pokrywającymi spodziewany teatr wojenny nawet rakietami i lotnictwem średniego zasięgu – to zadanie bardzo trudne już przy porównywalnym potencjale militarnym stron. Tymczasem Stany Zjednoczone mają gigantyczną przewagę wojskową nie tylko nad małą Danią. Także nad najsilniejszymi członkami Unii, takimi jak Niemcy i Francja. Również nad Wielką Brytanią, gdyby ta zechciała się zaangażować, co skądinąd wydaje się skrajnie nieprawdopodobne ze względów politycznych i gospodarczych. Co więcej, amerykańska przewaga dotyczy akurat tych zdolności, w których europejskie deficyty są najbardziej dotkliwe, czyli wywiadu i rozpoznania satelitarnego, zaawansowanej łączności (i zdolności jej zakłócania), logistyki dalekiego zasięgu, w tym ciężkich samolotów transportowych, liczby i siły ognia jednostek pływających.

Groźna fikcja wspólnoty

W tej sytuacji, znanej przecież doskonale europejskim wojskowym i chyba nawet większości polityków, jakiekolwiek plany zbrojnego oporu są fikcją. Trudno się przy tym dziwić rządowi w Kopenhadze, który robi dobrą minę do złej gry, zapowiadając, że stacjonujące na miejscu jednostki duńskie w razie ataku podejmą walkę. Po cichu autorzy takich rozkazów, o ile faktycznie zostaną wydane, zapewne liczą, że Trump nie powie „sprawdzam”. A także – już całkiem cynicznie – że ewentualna ofiara z życia garstki dzielnych ludzi, których napastnicy bez wątpienia zmasakrują bez wysiłku, przyniesie profity polityczne decydentom siedzącym w bezpiecznym oddaleniu.

Nieco bardziej dziwią buńczuczne zapowiedzi polityków z innych państw, deklarujących przyjście Duńczykom z odsieczą. Francuzom, bodaj najbardziej chętnym do takich gestów, pewnie leje to miód na skołatane serca, biorąc od uwagę żywy antyamerykański resentyment i wspomnienie własnej dawnej świetności. Odnotujmy też, że akurat V Republika pod względem wojskowym na tle zdolności unijnych partnerów i tak wyróżnia się pozytywnie, także w zakresie instrumentów ekspedycyjnych (choć z wyposażeniem i szkoleniem bardziej pod kątem interwencji w Afryce, niż w warunkach polarnych). Niemcy natomiast ani nie mają czym walczyć z USA, ani zapewne nie widzą w tym sensu. Polityczny Berlin nie zaryzykuje nawet symbolicznego gestu militarnego, zbyt wiele ma do stracenia w relacjach ekonomicznych ze Stanami Zjednoczonymi. A elektorat przyjąłby to schowanie głowy w piasek z pełnym zrozumieniem, chociaż na razie w niektórych badaniach opinii mówi co innego. O pozostałych państwach unijnych z oczywistych względów nawet nie ma co wspominać.

W tej sytuacji ostentacyjne potrząsanie szabelką oznacza nie tylko hipokryzję. Gorzej – to szalenie ryzykowne rozbudzanie wśród zwykłych Europejczyków, coraz bardziej napompowanych retoryką antyamerykańską, złudnych nadziei. Przebudzenie z tego snu będzie bardzo bolesne. I znowu – z korzyścią dla wszystkich przeciwników europejskiej integracji, nie tylko tych amerykańskich. Można bowiem zakładać, że zarówno Rosja, jak i Chiny nie tylko zadeklarują swoje poparcie dla duńskiej Grenlandii (a przy okazji prawa międzynarodowego, standardów oraz wartości), lecz nawet – w przeciwieństwie do państw Europy – podejmą jakieś symboliczne działania militarne. Oczywiście niebezpośrednie, ale rękami swoich trzeciorzędnych sojuszników. Zamach Hutich na amerykańskie bazy, północnokoreańska zbłąkana rakieta balistyczna, zielone (czy raczej niebieskie) ludziki w kombinezonach bez oznaczeń podczepiające ładunki wybuchowe pod kadłubem amerykańskiego niszczyciela na polarnych wodach… Wszystko poniżej progu otwartej wojny, ale wystarczające, by dać wiatr w żagle propagandzie i skusić wielu Europejczyków do geostrategicznej reorientacji.

Grenlandia za bezpieczeństwo?

W tym wszystkim bodaj najbardziej żal byłoby NATO. Paktu co prawda niepozbawionego wad, ale jednak ostatnio – pod wpływem rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie – zdecydowanie poprawiającego swoje zdolności, przynajmniej na interesującej nas flance wschodniej. Doskonalącego także niezwykle istotne narzędzia rozpoznania, szybkiej reakcji, zwalczania zagrożeń asymetrycznych – czyli tego, co kluczowe dla polskiego bezpieczeństwa. Tymczasem w scenariuszu ataku Stanów Zjednoczonych na innego członka sojuszu to właśnie NATO przyjęłoby najbardziej bolesny cios. Nawet gdyby formalnie go przetrwało, bo mimo wszystko zainteresowane państwa uznałyby, że sojusz nadal jest im do czegoś potrzebny, organizacja byłaby już tylko cieniem samej siebie. W najlepszym razie odbudowa zaufania i ponowne udrożnienie opartych na nim wewnętrznych procedur zajęłoby pewnie dekady.

I dlatego zanim dojdzie do najczarniejszych scenariuszy, warto zadać sobie niepoprawne politycznie i niewygodne pytanie. Być może kraje Europy – wskutek własnych, wieloletnich błędów i zaniedbań nie tylko w dziedzinie bezpieczeństwa – po prostu nie mają aktualnie innego wyjścia niż pogodzenie się z oddaniem Grenlandii Amerykanom? Może powinny schować dumę do kieszeni i przynajmniej tymczasowo skupić się na minimalizowaniu strat? Czyli nie pytać „czy?”, ale raczej „jak?” – jak to przeprowadzić, żeby jak najmniej ucierpiała sama Unia, a przede wszystkim, żeby nie doprowadzić do katastrofy NATO?

Taki plan ma liczne, oczywiste wady, ale po pierwsze, pozwala przejąć inicjatywę, choćby częściowo. Po drugie, wytrąca sporą część narzędzi z rąk chińskich i rosyjskich – gdy będziemy odpowiednio starannie udawać, że uznajemy „słuszne aspiracje amerykańskie” i negocjujemy jedynie technikalia, a nie popadamy w obłęd niszczącego konfliktu pomiędzy najsilniejszymi politycznie i ekonomicznie państwami Zachodu. Po trzecie, przy odrobinie szczęścia i talentu w zamian za hołd złożony geniuszowi Donalda Trumpa i potędze Ameryki (wiem, to będzie bolesne dla wykonawców, ale płacimy politykom za robienie z uśmiechem gorszych rzeczy) może da się coś wynegocjować? Coś, co zaspokoi zranione ambicje, ale też realnie zrekompensuje straty. Nie tylko w sensie czysto materialnym. Dla Kopenhagi, ale również wielu innych stolic i narodów Europy, sensownym zamiennikiem panowania nad Grenlandią (i tak przecież w gruncie rzeczy mało efektywnego) mogłoby być zwiększenie ich bezpieczeństwa od zagrożeń ze Wschodu. Na przykład mocniejsze i trwałe zaangażowanie Amerykanów na Bałtyku, w tym nawet jakiś śmiały plan biznesowy dotyczący przyszłego statusu enklawy królewieckiej, a także działań w Ukrainie i na Białorusi.

Gra jest warta świeczki, ale wymaga śmiałej wizji i sprawnej dyplomacji zamiast taniego schlebiania emocjom wyborców i płonnych nadziei, że jakoś to będzie. No i refleksu, bo zanim z ofertą win-win wystąpią w Brukseli i Waszyngtonie Skandynawowie (może z nami?), może się okazać, że to Paryż po cichu sprzedał Grenlandię za amerykańską pomoc w subsaharyjskiej Afryce albo Berlin za coś innego.

Sentymenty sentymentami, ale warto przypominać: polityka jest przede wszystkim sztuką możliwości. I wykorzystywania okazji. ©Ⓟ