Po ataku na Wenezuelę i schwytaniu Nicolása Maduro, administracja Stanów Zjednoczonych z prezydentem Donaldem Trumpem na czele wkracza w nowy rok, eskalując groźby wobec kolejnych państw.

Na pierwszy plan wysuwa się Grenlandia. Dzień po operacji w Caracas Katie Miller, żona jednego z najbliższych doradców prezydenta, opublikowała w serwisach społecznościowych mapę wyspy w barwach amerykańskiej flagi, opatrzoną słowem „wkrótce”. W poniedziałek jej mąż Stephen Miller stwierdził, że „formalne stanowisko rządu USA jest takie, że Grenlandia powinna stać się częścią Stanów Zjednoczonych”. Wielokrotnie pytany w wywiadzie dla CNN, czy Waszyngton wyklucza użycie siły w celu aneksji wyspy, odpowiedział: „Nikt nie będzie walczył z USA o przyszłość Grenlandii”. Choć Biały Dom bierze pod uwagę możliwość użycia wojska, sekretarz stanu Marco Rubio powiedział podczas niejawnego briefingu na Kapitolu, że administracja nie planuje inwazji, lecz rozważa zakup Grenlandii.

Waszyngton przekonuje, że włączenie tego terytorium do USA jest kwestią bezpieczeństwa narodowego. W ostatnich latach Rosja i Chiny zwiększyły swoją aktywność wojskową w regionie Arktyki. Jak zauważa Chatham House, w przypadku rosyjskiego ataku rakietowego na USA pociski przelatywałyby właśnie nad Grenlandią. „To czyni to terytorium użytecznym zapleczem dla wzmocnionej obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych oraz strategicznym miejscem rozmieszczenia amerykańskich systemów przechwytujących w ramach tarczy antyrakietowej, tzw. Złotej Kopuły, jednego z priorytetów administracji Trumpa” – czytamy w analizie brytyjskiego think tanku.

Ta warta miliardy dolarów inicjatywa, ogłoszona w maju 2025 r. i często porównywana do izraelskiej Żelaznej Kopuły, ma chronić USA przed atakami rakietowymi. Zdaniem Marion Messmer, ekspertki ośrodka, nie jest jednak jasne, dlaczego Waszyngton potrzebowałby pełnej kontroli nad Grenlandią, aby skutecznie się bronić. Stany Zjednoczone są na wyspie obecne od dekad. W bazie Pituffik, funkcjonującej od 1943 r., na stałe stacjonuje ok. 150 żołnierzy (w czasie zimnej wojny było ich tam 6 tys.). W razie potrzeby USA mogłyby ponownie zwiększyć obecność w regionie bez podważania duńskiej suwerenności.

Ale zajęcie terytorium zamieszkiwanego przez 57 tys. osób niesie ze sobą istotne korzyści gospodarcze. Przed zaprzysiężeniem Trump podkreślał „bezpieczeństwo gospodarcze” jako argument przemawiający za przejęciem wyspy. Grenlandia leży na przecięciu dwóch potencjalnych arktycznych szlaków żeglugowych. Szybkie topnienie lodu stwarza możliwość skrócenia czasu podróży między Azją a Europą w porównaniu z trasą prowadzącą przez Kanał Sueski. Poza tym Grenlandia dysponuje ogromnymi, w dużej mierze niewykorzystanymi zasobami surowców naturalnych, od złóż ropy i gazu po znaczące rezerwy pierwiastków ziem rzadkich. Surowce te są niezbędne dla rozwoju nowoczesnych technologii, jak turbiny wiatrowe, pojazdy elektryczne, systemy magazynowania energii, a także dla zastosowań wojskowych i obronnych.

W 2025 r., gdy Trump wypowiedział światu wojnę handlową, Chiny wielokrotnie próbowały wykorzystywać swój niemal monopol na metale ziem rzadkich jako narzędzie nacisku na USA. W trakcie swojej pierwszej kadencji, gdy republikanin groził przejęciem Grenlandii, zamiary te wielu traktowało jak żart. Dziś Europejczycy biorą je na poważnie. We wtorek przywódcy Francji, Hiszpanii, Niemiec, Polski, Wielkiej Brytanii i Włoch przyłączyli się do premierki Danii Mette Frederiksen, deklarując, że „Grenlandia należy do jej mieszkańców”. „Tylko Danii i Grenlandii przysługuje prawo do podejmowania decyzji w sprawach dotyczących Danii i Grenlandii” – czytamy.

Ambicje amerykańskiego przywódcy nie kończą się na Arktyce. W niedzielę, podczas rozmowy z dziennikarzami na pokładzie Air Force One, Trump zagroził podobną, jak w Wenezueli, akcją wojskową Kolumbii, twierdząc, że ten południowoamerykański kraj jest „równie chory” i „rządzony przez chorego człowieka, który lubi produkować kokainę i sprzedawać ją do Stanów Zjednoczonych”. – Ma młyny i fabryki kokainy – dodał. Chociaż Kolumbia jest największym producentem kokainy na świecie, nie ma dowodów, by wybrany w 2002 r. prezydent Gustavo Petro był w jakikolwiek sposób zaangażowany w ten proceder. Trump wysunął groźby również wobec Meksyku. W weekend zasugerował, że Waszyngton mógłby „coś zrobić” z kartelami, które rzekomo rządzą tym krajem.