„Między Moskwą a Waszyngtonem koordynacja w sprawie kwestii ukraińskiej weszła na poziom znacznie wyższy niż przyjęto publicznie przyznawać. I na wiele aspektów tej kwestii gospodarz Białego Domu patrzy teraz oczyma rosyjskiego kolegi” – do takiego wniosku doszedł rosyjski komentator Maksim Jusin z „Kommiersanta” po niedawnej konferencji Donalda Trumpa po rozmowach z Wołodymyrem Zełenskim. Nie chcę przesądzać, na ile Jusin ma rację, a na ile daje się powodować własnymi życzeniami. Istotniejsze jest, iż nie jest w swojej ocenie odosobniony – ani w Rosji, ani na Zachodzie.

Intuicyjne przejmowanie przez Trumpa (a jeszcze bardziej przez jego otoczenie) rosyjskiej perspektywy jest mocno zauważalne. Zarówno jeśli chodzi o przyjmowane lub odrzucane propozycje rozwiązań pokojowych, jak i w nieco trudniej uchwytnej kwestii nastawienia, odruchowego bycia po tej albo przeciwnej stronie barykady. A także – wreszcie – w kwestii samego pojmowania procesu pokojowego.

– Kompletnie nie obchodzi mnie, co się stanie z Ukrainą – tak w 2022 r. mówił kandydujący do Senatu J.D. Vance, obecny wiceprezydent USA. Podobnych kwestii wygłaszanych przez koryfeuszy ruchu MAGA można by cytować tak wiele, że problemem byłoby dokonanie wyboru. – Putin jest bardzo hojny i chce, by Ukraina rozwijała się i osiągała sukces – przekonywał prezydent USA po spotkaniu z Zełenskim i telefonicznej rozmowie z Putinem.

Ten idiota Kellogg

Można by też zwrócić uwagę na to, że kiedy gen. Keith Kellogg, który od pierwszej kadencji Trumpa jest jego wysłannikiem ds. Ukrainy i Rosji, powiedział prezydentowi (zachwyconemu nagraniem przedstawiającym defiladę na Placu Czerwonym), że „Rosja nie jest niezwyciężona”, popadł w niełaskę. Kiedy zaś Trump spytał go z wyrzutem: „Nazwałeś Zełenskiego przywódcą odważnym w trakcie konfliktu?”, i gdy Kellogg odpowiedział: „Tak, panie prezydencie, dla Ukrainy to jest wojna o przeżycie; ostatnim amerykańskim przywódcą, który prowadził taką walkę był Abraham Lincoln”, prezydent ocenił później tę konwersację i samego Kellogga słowami: „Ten facet jest idiotą”.

Generała w negocjacjach z Kremlem zastąpił więc deweloper Steve Witkoff, który w imieniu Putina wręczył rodzicom Amerykanina, poległego w walce po stronie Rosji, rosyjski order. Zaś w trakcie negocjacji z przedstawicielem Ukrainy, gdy ten opierał się przed oddaniem kontrolowanej przez Kijów części Donbasu, kluczowej dla dalszej obrony z racji ufortyfikowania, powiedział: – Dlaczego nie chcecie oddać tej resztki? Przecież tam nie ma żadnych godnych zainteresowania surowców…

Trudno o bardziej spektakularny wyraz tego, w jaki sposób ekipa Trumpa pojmuje nie tylko konflikt ukraiński, ale generalnie politykę światową. Choć tak naprawdę idzie to jeszcze dalej. Bo sam prezydent, jak na podstawie rozmów z wieloma źródłami w administracji napisał „The New York Times”, uważa, że ma osobisty i silny związek z Putinem.

Ale jest też coś jeszcze. Reakcje Trumpa na ukraińskie sukcesy, jak np. na jesienne uderzenie na lotniska na całym terytorium Federacji czy na (niepotwierdzony przez Kijów) atak na rezydencję Putina, zdają się sugerować, że skuteczna czteroletnia samoobrona mniejszego państwa przed supermocarstwem z jego punktu widzenia nie tylko nie jest imponująca, lecz także jest czymś w rodzaju moralnego skandalu. Małym, nieważnym kraikom nie wolno tak postępować ze światowymi potęgami…

Wreszcie – słoń w salonie, który jest aż tak oczywisty, że wyrafinowani analitycy, zajęci komentowaniem mniej ważnych zmian, albo go nie dostrzegają, albo nie przydają mu znaczenia dostosowanego do rzeczywistego. Chodzi o to, że w przyjętej ostatnio Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Rosja przestała być klasyfikowana jako „direct threat” (zagrożenie bezpośrednie).

Dezaktywacja sprężyny?

Zadaję więc pytanie: na czym opiera się wiara tych, którzy demonstrują pewność, że – jeśli Ukraina przestanie być niezależnym od Rosji bytem – wobec obszarów na zachód od Bugu amerykańskie podejście będzie na pewno odmienne?

Jakiś czas temu sformułowałem pojęcie sprężyny – tajemniczego, lecz bardzo silnego czynnika zawsze ciągnącego Trumpa i jego ekipę ku Rosji. Nie wiem, czym dokładnie ta sprężyna jest. Ewidentnie to coś więcej niż (skądinąd bardzo istotnie wpływające na POTUS-a) nieustające pragnienie dokonania z Moskwą „wielkiego dealu”, dopuszczenie Amerykanów (zapewne tych związanych z Trumpem i jego rodziną) do eksploatacji surowców Arktyki czy wspólnych biznesów związanych z rozwojem AI. Nie jest to też tylko pragnienie (w oczywisty sposób nierealne) osłabienia osi Moskwa–Pekin. Nie wiem, czym jest ów nieznany czynnik. Mogę jednak założyć jego istnienie, bo wszyscy widzimy jego działanie – tak jak fizycy są pewni istnienia ciemnej materii. Bo chociaż jej nie dostrzegają, to obserwują wywierane przez nią efekty.

A skoro owa sprężyna istnieje i jest tak silna, niby dlaczego miałaby przestać działać po hipotetycznym podporządkowaniu Ukrainy przez Rosję? Potrafię wyobrazić sobie rozwój sytuacji, który sprężynę czasowo zdezaktywuje. Ale mogę też wyobrazić sobie i warianty, w których tak się nie dzieje – i sprężyna będzie działać dalej. Z siłą co najmniej taką jak obecnie, ale już nie na niekorzyść Kijowa, tylko Warszawy.

Dezaktywacja sprężyny mogłaby nastąpić wtedy, kiedy ewentualny upadek Ukrainy i oddanie jej Moskwie spowodowałby nie tylko realny, lecz także tak spektakularny, że nie do ukrycia, krach w amerykańskim systemie sojuszy. Przy czym chodzi o kryzys uderzający w interesy Waszyngtonu w tych obszarach, które obecna administracja uznaje za kluczowe. Czyli w pierwszym rzędzie w rejonie Indo-Pacyfiku. Gdyby stało się oczywiste, że np. Australia, Korea, Japonia i Wietnam (a może i Tajwan?) uznają, iż sojusz z Ameryką nie gwarantuje im bezpieczeństwa przed Chinami, i zaczynają gwałtownie żeglować w stronę neutralności albo wręcz układać się pod Pekin…

Tak, wtedy POTUS i jego otoczenie mogliby uznać, że dalsze wycofywanie się z Europy błyskawicznie pogłębi załamywanie się amerykańskiej wiarygodności również tam, gdzie będzie to dla Waszyngtonu wyjątkowo bolesne. I wtedy moglibyśmy uznawać gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA za (raczej) pewne. I to jest prawdopodobne. Ale gdyby upadek Ukrainy nie spowodował aż tak spektakularnych skutków?

Zamknąć okno możliwości

Wtedy sprężyna funkcjonowałaby dalej w najlepsze. Również wtedy, kiedy Rosjanie rozpoczęliby – w tej czy innej formie – naciski, zmierzające do neutralizacji (w dalszej perspektywie mającej pociągnąć za sobą ekspansję) naszej części kontynentu. A gdyby Moskwy w międzyczasie nie spotkało załamanie wewnętrzne (czego w wypadku odniesienia przez nich zwycięstwa w Ukrainie trudno się spodziewać) rozpoczęliby je uskrzydleni sukcesem. To jest przecież nie tylko nieukrywany, lecz także jasno artykułowany – np. żądania szefa dyplomacji Siergieja Ławrowa z grudnia 2021 r. – kierunek ich działań.

Kierunek to w rosyjskim myśleniu kompletnie oczywisty. Który zapewne dodatkowo byłby intensyfikowany kontynuowaniem forsownego planu zbrojeń realizowanego przez Niemcy (zerwanie z pacyfistyczną tradycją, owocujące zamierzeniem stworzenia w krótkim czasie najsilniejszej armii Europy) i Polskę. Te zbrojenia oznaczają, że w świadomości Moskwy niedługo zamknie się okno możliwości, musi więc ona działać szybko. Skoro niemiecki minister obrony Boris Pistorius mówi, że „żołnierze niemieccy, w razie ataku Moskwy na państwo członkowskie NATO, będą gotowi zabijać żołnierzy rosyjskich”, to warto się śpieszyć, póki jeszcze nie są gotowi.

Co na to Amerykanie? W ich postawie przeważają czynniki dla nas pesymistyczne. Bo polityka Trumpa działa nie tylko w myśl algorytmu biznesowego. Także, w co najmniej równej mierze – ideologicznego. A zakładając, że Europa nie spełni ani biznesowych, ani ideologicznych postulatów amerykańskich i nie doszlusuje do rewolucji MAGA – czy będzie w myśleniu rządzących Waszyngtonem (teraz Trumpa, a za trzy lata najprawdopodobniej Vance’a) godna obrony? Przecież dla nich fakt, że jakiś kraj jest demokratyczny, przestał być sam w sobie argumentem na rzecz jego wsparcia. Ukraina jest demokratyczna, w odróżnieniu od Rosji, co w żadnej mierze nie wydaje się wpływać na procesy decyzyjne Białego Domu.

Kryterium wsparcia pozostaje religijność – postulat obrony chrześcijaństwa bywa nośny wśród republikanów; przykładem choćby bożonarodzeniowe uderzenie Amerykanów w islamistów nigeryjskich. Ale Europa to kontynent akceptujący zanikanie wiary, zaś Rosja ogłasza się chrześcijańską. Odnotujmy tu fakt, który z biegiem czasu musi zacząć odgrywać istotną rolę: od kilku lat powiązane z Rosją struktury Cerkwi prawosławnej w Ameryce notują rekordową liczbę konwertytów – młodych, białych mężczyzn, których prawosławie pociąga jako wyznanie w największym stopniu antywoke i antyfeministyczne.

Zacytujmy raz jeszcze nową amerykańską strategię bezpieczeństwa: „Zdecydowana większość Europejczyków chce pokoju (z Rosją – red.), lecz pragnienie to nie przekłada się na politykę – w dużej mierze z powodu obchodzenia procesów demokratycznych przez rządy”. Czy taka interpretacja sytuacji automatycznie przestanie obowiązywać w momencie, w którym Putin zaspokoiłby swoje ambicje względem Ukrainy? Czy Waszyngton nie powiedziałby podobnie, gdyby zmaterializował się nacisk Moskwy wobec wschodniej flanki NATO?

Ważymy za mało

Czy w wypadku, gdyby zaistniały jednocześnie te wszystkie czynniki (upadek Ukrainy nie powoduje destrukcyjnych konsekwencji dla interesów USA, niepodporządkowanie się Europy Waszyngtonowi, zdecydowany nacisk rosyjski), Polska miałaby szanse zostać przez MAGA-owski Waszyngton potraktowana inaczej? Stać się sama przez się przyczyną odmowy Amerykanów dokonywania dalszych, żądanych przez Kreml, ustępstw?

Jestem sceptyczny. Samodzielna waga naszego kraju w sytuacji, w której USA nie postrzegałyby konfrontacji z Rosją jako swojego egzystencjalnego interesu, jest dla Ameryki znikoma. Dlatego sytuacji, w której pozostając w konflikcie z rdzeniem Europy, Waszyngton decyduje się na ostre zachowania w obronie jej wschodnich obrzeży, nie można wprawdzie wykluczyć, ale trudno na tym scenariuszu budować bezalternatywną wizję polskiej polityki w wypadku zaistnienia śmiertelnie dla nas poważnej zmiany geopolitycznej.

Zwłaszcza że nie sposób też z góry uznać za nieprawdopodobny i nieco innego wariantu. Że sama zachodnia Europa, znużona konfliktem, pogrążona w kryzysie i przestraszona przez Rosję, dochodzi do wniosku (przy czym może to uczynić zarówno mainstreamowa, jak i altrightowa część sceny publicznej), że Polska z Litwą i tak są w Europie na doczepkę i nie są warte konfrontacji ze zwyciężającą Moskwą. I nie sądzę, by zalecana przez wielu dla unieprawdopodobnienia tego scenariusza strategia mimikry, manifestacyjnego kulturowego upodabniania się do nadających ton państw „starej Unii”, przyjmowania euro itd. sama w sobie mogła uchronić nas od tego. Podobnie jak manifestacyjna lojalność wobec Trumpa nie jest remedium na ewentualność realnego zgłoszenia wobec naszego kraju désintéressement przez Waszyngton.

Gdy w 1938 r. upadała Czechosłowacja, niemal wszyscy Polacy – i twórcy polityki zagranicznej, i ci zwykli – ponad podziałami podzielali jedno wspólne założenie. Że z Polską nie może się stać podobnie. Bo przecież Polska to coś innego, inny rząd jakościowy w świecie państw niż jakaś tam Czechosłowacja…

To nieprawda

Celem tekstu nie jest zaproponowanie konkretnej strategii zachowania się rządzących Polską (ktokolwiek to będzie) w wypadku materializacji najgorszych dla nas scenariuszy – aby dramat nie stał się tragedią. Sądzę jednak, że aby ta strategia miała szanse się pojawić, należy najpierw zacząć dopuszczać do siebie myśl, że te scenariusze, choć nie są pewne, to są niewykluczone.

A z tym mamy wyraźnie trudność. Bo – zwłaszcza w ostatnim czasie – obserwując i dyskusje specjalistów, i zwykłych ludzi łatwo dojść do wniosku, iż większość Polaków w coraz większym stopniu uważa, że jeśli o czymś się nie będzie mówić, to na pewno to nie nastąpi. Ale to nieprawda. ©Ⓟ