Wedle danych Eurostatu w 1997 r. w liczącej 15 krajów Unii Europejskiej przeznaczano na zabezpieczenia społeczne przeciętnie 28 proc. PKB. W 2024 r. średnia dla 27 państw członkowskich wyniosła 27,3 proc. PKB. Oczywiście, jest grupa krajów bardzo hojnych, w których wydatki na państwo opiekuńcze przekraczają 30 proc. PKB: Francja, Finlandia, Austria. Ale są też skąpcy, tacy jak Irlandia (12,4 proc. PKB) i Malta (13,4 proc.). Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda na stabilną. Ale to tylko wrażenie. Skończyła się bowiem dywidenda pokoju, z której Europa korzystała przez kilka dekad. Wedle monachijskiego IFO Institut od 1991 r. państwa unijne zaoszczędziły dzięki niej 1,8 bln euro, których nie wydano na zbrojenia. Nałożyły się na to lata gospodarczej stagnacji po 2008 r. i kryzys demograficzny: rośnie odsetek osób starszych przy jednoczesnym spadku odsetka obywateli w wieku produkcyjnym. Państwa opiekuńcze trwają, ale kosztem rosnącego zadłużenia, z którego finansowane są wydatki społeczne. To zwiastuje zmierzch pięknej epoki, w której dotąd żyliśmy.
Więcej niż filantropia
Po zakończeniu wojen napoleońskich szkocki matematyk i ekonomista, a zarazem pastor kościoła ewangelikalnego Thomas Chalmers postanowił zmierzyć się z wszechobecną w miastach biedą. Była ona nierozerwanie związana z rewolucją przemysłową, w wyniku której masy ludności wiejskiej ściągały do pracy w nowo powstających fabrykach. O ile rzemieślników chroniły przepisy cechowe, o tyle robotnicy nie mieli żadnego systemu zabezpieczeń. Pracowali sześć dni w tygodniu, często dłużej niż 12 godzin, a zarabiali niewiele. Wraz z rodzinami żyli w skrajnym ubóstwie. Nędza dzielnic robotniczych, takich jak zawiadywana przez Chalmersa parafia St. John w Glasgow, szokowała wrażliwe jednostki, mobilizując je do działania. „Pastor Thomas Chalmers zaprojektował eksperymenty społeczne, których celem było zbadanie zarówno w mieście, jak i na wsi przyczyn rozszerzającej się biedy” – pisze w pracy „Ewaluacja między naukami społecznymi i pracą socjalną” Katarzyna Ornacka. „Chalmers rozwinął ideę odwiedzin i zastosował ją poprzez wprowadzenie wykwalifikowanych pracowników socjalnych, by w ten sposób udzielić pomocy materialnej potrzebującym” – dodaje.
Dzięki zdobytej wiedzy pastor przekonał radę miejską Glasgow do wsparcia programu. Zakwalifikował do niego ok. 10 tys. parafian, głównie tkaczy i robotników z okolicznych fabryk, a następnie podzielił ich na grupy liczące maksymalnie 400 ludzi. Nad każdą z nich miał czuwać diakon. Do jego zadań należało regularne odwiedzanie podopiecznych i przyjmowanie zgłoszeń od osób potrzebujących pomocy. Każdy przypadek badano indywidualnie i ustalano, jaki rodzaj wsparcia jest konieczny. „Chalmers zachęcał do ewaluowania swojej pracy i wiary w sukces. W efekcie (…) pomoc biednym nie była już konieczna. Otwarto cztery szkoły parafialne, wybudowano kaplicę, zorganizowano instytucję, która zajmowała się odwiedzaniem ludzi starszych” – pisze Katarzyna Ornacka. Pastor namawiał też podopiecznych do wzajemnej pomocy, np. tworzenia wspólnych kas oszczędnościowych.
Bieda regulowana prawnie
Podobne przedsięwzięcie w odległym o 40 km od Glasgow New Lanark przyniosło światową sławę przedsiębiorcy Robertowi Owenowi. Owen wraz z partnerami kupił tam zakłady włókiennicze, zapewniając pracownikom godziwe zarobki, edukację i opiekę medyczną. Przyczyniło się to do rozwoju opartego na idei spółdzielczości robotniczego miasteczka. „Zwiedzający mogli zaobserwować tu wyraźnie lepsze warunki życia i pracy, poczucie wspólnoty oraz życzliwość wśród mieszkańców” – zauważa Alexander Tölle w opracowaniu „Rozrastanie się miasta w krajobrazie. Dawne i współczesne utopijne koncepcje”.
Model z New Lanark nie przyjął się na Starym Kontynencie. Państwa stawiały na inne rozwiązania. „Próbując zaradzić tej masowej nędzy, rządy zakładały przytułki i domy opieki, manufaktury i więzienia. W ustawodawstwie tego okresu najwięcej miejsca zajmują kary za włóczęgostwo, przepisy o żebrakach i regulaminy opieki nad ubogimi” – pisze w monografii „Wielki przewrót. Opowieść o rewolucji przemysłowej” Kazimierz Piesowicz. „W Anglii powstała nawet urzędowa nazwa dla całej kategorii ludności, dla całej warstwy społecznej; obok rolników, rzemieślników itd. wymieniano również warstwę «ubogich», ludzi wymagających ciągłego wsparcia” – dodaje. Recepty, po które sięgały rządy, okazały się jednak niewystarczające. Podobnie jak podejmowane przez nielicznych fabrykantów próby realizacji pomysłów Owena.
Osiedla dla ubogich
Karol Marks twierdził, że gdy kapitalizm uprzemysłowi większą część świata, klasa robotnicza przejmie władzę w wyniku rewolucji, ustanawiając komunistyczny porządek. Szczerze wierzył w determinizm dziejów. W napisanym wspólnie z Fryderykiem Engelsem „Manifeście Partii Komunistycznej” z 1848 r. stwierdził:
„Chłop poddany wydźwignął się w warunkach poddaństwa na członka komuny, podobnie jak drobnomieszczanin pod jarzmem feudalistycznego absolutyzmu wydźwignął się na burżua. Natomiast nowoczesny robotnik, zamiast się podnosić wraz z postępem przemysłu, coraz bardziej stacza się poniżej warunków istnienia swej własnej klasy. Robotnik staje się nędzarzem, a nędza rozwija się jeszcze szybciej niż ludność i bogactwo”.
Zdaniem Marksa i Engelsa kapitaliści nie byli w stanie zrezygnować z pogoni za zyskiem ani zadbać o poprawę warunków życiowych robotników. A to oznacza, że burżuazję nieuchronnie czeka utrata władzy. „Jest [ona] niezdolna do panowania, gdyż jest niezdolna do zapewnienia swemu niewolnikowi egzystencji bodaj w ramach jego niewolnictwa” – przekonywali.
Gdy komuniści pracowali nad wznieceniem rewolucji, socjaliści chwycili się idei, że państwo może zlikwidować powszechne ubóstwo, pod warunkiem że będzie działać systemowo. Charles Fourier, zafascynowany koncepcjami Chalmersa i Owena, marzył, że bogate elity z rozsądku zaczną finansować tworzenie osiedli dla ubogich, które nazwał falansterami. Nędzarze mieliby w nich otrzymać nie tylko dach nad głową, lecz także zatrudnienie w przystosowanych do ich zdolności warsztatach. Pomysł próbował wcielić w życie w 1848 r. inny francuski działacz społeczny, Louis Blanc, który po wybuchu rewolucji lutowej został członkiem Rządu Tymczasowego. Blanc zajął się tworzeniem narodowych warsztatów, które gwarantowały robotnikom pracę za godziwe wynagrodzenie. Przedsiębiorstwa produkowały towary bez oglądania się na potrzeby rynkowe, w efekcie czego wykazywały olbrzymie straty. O mały włos nie skończyło się to dla Blanca egzekucją – ratował się ucieczką do Belgii.
Żelazne prawo płac
Pomimo klęski przedsięwzięcia idea, że państwo ma obowiązek walczyć z biedą, zyskiwała w Europie coraz większą rzeszę zwolenników. Konstruktywnie podszedł do problemu zwłaszcza niemiecki socjalista Ferdynand Lassalle, który postanowił połączyć kwestię zjednoczenia Niemiec z nadaniem powszechnego prawa wyborczego wszystkim mieszkańcom oraz ustanowieniem „soziale Volkskönigtum”, czyli „ludowego królestwa społecznego”. W ocenie Lassalle'a na drodze do bogacenia się robotników stało „żelazne prawo płac”. Wedle sformułowanej przez niego reguły kapitaliści zawsze będą się starać sprowadzać wysokość przeciętnej pensji pracownika do minimum egzystencjalnego, by redukować koszty. Jednak król i rząd mogą pomóc przełamać tę tendencję, m.in. przyznając robotnikom prawa wyborcze. Wtedy ci ostatni będą mogli założyć własną partię, która wpłynie na politykę kapitalistów.
Największy opór wobec pomysłów Lassalle’a stawiali liberałowie – zarówno w krajach niemieckich, jak i w całej Europie. Ich sposób myślenia znakomicie odzwierciedla traktat „The Philosophy of Manufactures” z 1835 r. szkockiego teoretyka biznesu, lekarza i chemika prof. Andrew Ure. Cieszący się międzynarodową sławą wykładowca Uniwersytetu w Glasgow odniósł się w nim m.in. do pierwszych prób ustanowienia prawa dbającego o dobrostan pracowników:
„Każdy bezstronny człowiek otwiera oczy ze zdumienia, że 93 członków brytyjskiej Izby Gmin mogło głosować za tym, aby dorosłym, samodzielnym robotnikom nie pozwalano pracować dłużej niż 10 godzin dziennie. Jest to pogwałcenie wolności człowieka, jakiego nie dopuściło się jeszcze żadne chrześcijańskie zgromadzenie ustawodawcze na świecie” – dowodził prof. Ure.
„Fabrykanci słusznie uważają tę ustawę za bękarci płód najczarniejszego średniowiecza” – dodawał.
Konserwatywna odpowiedź
Ideami działacza socjalistycznego zainteresował się jednak świeżo upieczony premier Prus Otto von Bismarck. „Przeciwnie niż wywodzący się z burżuazji liberałowie, pochwalał [on] dążenia Lassalle’a do ustanowienia powszechnego prawa wyborczego – nawet jeśli nie odżegnywał się od stosowania w przyszłości napoleońskich metod w polityce wewnętrznej” – twierdzi w biografii „Bismarck” Wilhelm Mommsen. Skrajnego konserwatystę i socjalistę połączył wspólny przeciwnik polityczny: liberałowie, którzy nie godzili się na jednoczenie Niemiec pod egidą Prus, powszechne prawa wyborcze i ograniczające wolny rynek ustawodawstwo socjalne. „Bismarck, w przeciwieństwie do liberałów, przewidywał dla państwa prawo ingerencji w stosunki pracodawca – pracownik. Na wątpliwości natury biurokratycznej, że państwo tego nie może robić, odpowiadał: «państwo może». To nie robiło z Bismarcka socjalisty” – pisze Mommsen.
Współpracę socjalisty z zatwardziałym reakcjonistą przerwał splot dramatycznych wydarzeń. Lassalle, zakochany w córce bawarskiego dyplomaty Helenie von Donniges, stanął do pojedynku z jej narzeczonym, rumuńskim księciem Ioanem Cehanem von Racovitzy’em. Jak na szlachetnego idealistę przystało, pozwolił rywalowi, by strzelał jako pierwszy. Został ciężko ranny i zmarł po trzech dniach agonii w pokoju hotelowym w Genewie 31 sierpnia 1864 r.
Aby doprowadzić do zjednoczenia Niemiec, Bismarck musiał najpierw zwyciężyć w trzech wojnach: z Danią (1864 r.), Austrią (1866 r.) i Francją (1871 r.). Przez następną dekadę spajał II Rzeszę w jeden organizm państwowy, prowadząc m.in. „walkę o kulturę” (Kulturkampf) w sojuszu z liberałami, którym w zamian za poparcie obiecał rozprawę ze znienawidzonym przez nich Kościołem katolickim. Pod koniec lat 70. XIX w. gdy Socjaldemokratyczna Partia Niemiec zdobywała coraz większą popularność, Bismarck powrócił do idei Lassalle'a, licząc, że pomogą one w scaleniu młodej i wciąż podzielonej Rzeszy. „Państwo bierze sobie do serca swoich wymagających pomocy obywateli w większym stopniu niż dotychczas. Jest to nie tylko obowiązek wynikający z humanizmu i chrześcijaństwa, którego duchem powinny być przeniknięte państwowe instytucje, lecz także zobowiązanie konserwatywnej polityki” – głosiło przygotowane przez Bismarcka orędzie cesarza Wilhelma II z 17 listopada 1881 r. Przywódcy zjednoczonych Niemiec oświadczyli wówczas, że ich polityka „ma dążyć do celu, jakim jest pielęgnowanie, także wśród ubogich klas społecznych – które są równocześnie najliczniejsze i najmniej oświecone – świadomości, że państwo jest nie tylko konieczną, ale też dobroczynną instytucją”.
W ciągu dwóch lat od tej deklaracji parlament w Berlinie – pomimo oporu liberałów – zaakceptował ustawodawstwo socjalne. W efekcie II Rzesza stała się pierwszym na świecie państwem, które zapewniało pracownikom ochronę w formie ubezpieczeń emerytalnych, zdrowotnych i rentowych. „Kanclerz sądził, że w ten sposób uda się mu zniszczyć wpływy przywódców socjaldemokracji na robotników” – podkreśla Mommsen. Przyszłość pokazała, że się pomylił. „Ustawodawstwo społeczne nie mogło oddziaływać na masy robotnicze choćby dlatego, że jego znaczenie zostało osłabione ustawami o socjalistach (zakazywały one zebrań i delegalizowały lewicowe gazety – red.). Ubezpieczenia społeczne odbierano jako swego rodzaju jałmużnę” – uważa Mommsen.
Państwo opiekuńcze a kapitalizm
Mimo to wprowadzona w Niemczech rewolucyjna zmiana promieniowała na całą Europę. Zwłaszcza że partie socjalistyczne stawały się trwałym elementem sceny politycznej. Do 1914 r. państwowe systemy emerytalne i obowiązkowe ubezpieczenia wprowadziły Francja, Wielka Brytania i kilka innych krajów. Nowe ustawodawstwo szło w parze z ograniczeniem skrajnego ubóstwa. Wedle danych brytyjskiego rządu w 1840 r. gminy i inne instytucje przekazywały zapomogi 7,7 proc. obywateli. W 1880 r. odsetek ten spadł do 2,9 proc., a w 1914 r. – do 1,8 proc.
Zmiana ta wynikała głównie ze znacznego wzrostu płac – nie tylko w Wielkiej Brytanii, lecz także we Francji, w Niemczech, we Włoszech i innych bardziej uprzemysłowionych państwach. „Marks nie dostrzegał, że najważniejszą cechą kapitalizmu jest produkcja na szeroką skalę w celu zaspokojenia potrzeb mas. Głównym celem kapitalistów jest produkowanie dla szerokich mas. Marks nie dostrzegał również, że w kapitalizmie klient ma zawsze rację” – tłumaczył ten fenomen Ludwig von Mises w eseju „Marksizm zdemaskowany. Od iluzji do klęski”.
„Robotnik, występując w roli pracownika najemnego, nie może określać, co ma być wytwarzane. Kiedy jednak występuje w roli klienta, staje się szefem dla swojego szefa, przedsiębiorcy, któremu mówi, co ma robić. Szef musi podporządkowywać się robotnikom, kiedy ci stają się kupującymi” – dodawał.
Tak na początku XX w. rodziło się społeczeństwo konsumpcyjne. W kolejnych dekadach sprzyjało ono upowszechnianiu systemów emerytalnych i zdrowotnych oraz progresywnego podatku dochodowego, które stworzyły filary państwa opiekuńczego. ©Ⓟ