Przedstawiony we wrześniu ub.r. przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych ma z jednej strony zapobiegać bezpodstawnemu zawieszaniu kont czy konkretnych treści, a z drugiej zaś gwarantować usuwanie wpisów naruszających dobra osobiste, dobre obyczaje czy też dezinformujących. Mają się tym zajmować same portale społecznościowe, ale od ich decyzji będzie można się odwołać do specjalnie utworzonego ciała, jakim ma być Rada Wolności Słowa. Będzie ona mogła nakładać na serwisy kary finansowe - nawet do 50 mln zł.
Jak wynika ze stanowisk opublikowanych przed świętami w ramach konsultacji, przepisy te budzą jednak liczne wątpliwości i zdaniem wielu instytucji powinny być jeśli nie zmienione, to przynajmniej mocno doprecyzowane. Nie jest nawet jasne, jakie firmy ma objąć nowa ustawa. Zgodnie z projektem chodzi o wszystkie platformy, z których korzysta w Polsce co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników, umożliwiające udostępnianie dowolnych treści innym użytkownikom lub ogółowi. Jak zauważa w swej opinii prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, nie wiadomo, czy liczeni będą użytkownicy, którzy założyli konto w polskiej domenie takiego serwisu, co oznaczałoby, że nie muszą to być osoby z polskim obywatelstwem, czy też tylko Polacy, którzy rejestrują konta w dowolnym serwisie społecznościowym udostępnionym na obszarze naszego kraju. Nie wskazano też w żaden sposób ani kto, ani w jaki sposób będzie weryfikował te dane.
Dostęp do szczególnych danych
Prezes UODO zgłosił jednak dużo poważniejsze zastrzeżenia co do zakresu danych osobowych użytkowników, jakie ma móc przetwarzać Rada Wolności Słowa. Zgodnie z projektem będzie ona miała dostęp do wszelkich informacji niezbędnych do realizacji jej ustawowych zadań, w tym do danych szczególnych, a więc także na temat pochodzenia rasowego, przekonań religijnych czy światopoglądowych, poglądów politycznych czy orientacji seksualnej (art. 9 ust. 1 RODO). Tymczasem nie sprecyzowano, co mieści się w zakresie wspomnianych zadań ustawowych rady.
„Dane z kategorii wskazanych w art. 9 ust. 1 RODO to informacje głęboko ingerujące w prywatność, objęte szczególnym reżimem przetwarzania wynikającym z przepisów rozporządzenia RODO - koniecznym jest zatem przeprowadzenie ww. testu prywatności w zakresie niezbędności przetwarzania takich danych przez Radę, jak i wprowadzenia w przepisach właściwych mechanizmów ochrony praw i wolności osób, których tej kategorii dane miałyby być przetwarzane dla celów realizacji ustawy dla bliżej niesprecyzowanych zadań ustawowych (celów przetwarzania danych osobowych) Rady” - podkreślił w swym stanowisku.
Przepisy muszą w sposób konkretny wskazywać cele przetwarzania danych, tym bardziej szczególnych. Jest to niezbędne, aby można było mówić o zgodności z RODO. Kompetencje rady muszą być jasno określone i nie można ich domniemywać. Równie ważne jest też ustalenie okresu retencji danych, który powinien być uzależniony od celu, w jakim dane osobowe zostały zebrane i mają być przetwarzane.
Obsługą merytoryczną i administracyjną rady ma się zajmować Urząd Komunikacji Elektronicznej. Jego pracownicy mogą być upoważnieni do załatwiania różnych spraw w imieniu rady. Tyle że według UODO nie wiadomo, na jakich zasadach UKE będzie mógł przetwarzać dane, do których dostęp ma mieć rada. Nie wiadomo nawet, czy chodzi o realizację wspólnego celu (celów) wymagającego przetwarzania danych osobowych.
Zbyt wysokie kary
Co ciekawe, sam UKE również nie wydaje się szczęśliwy z powodu dodatkowych kompetencji, jakie mają mu zostać powierzone przez nowe przepisy.
„Projektowana ustawa nakłada na prezesa UKE szereg nowych zadań związanych z ochroną wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych. Pragnę podkreślić, że prezes UKE jako organ regulacyjny w dziedzinie rynku usług telekomunikacyjnych sprawuje kontrolę w zakresie działalności telekomunikacyjnej, w tym prowadzonej przez podmioty świadczące usługi telekomunikacyjne, nie weryfikując przesyłanych przez nie lub ich użytkowników treści. W związku z tym należy rozważyć, czy zasadne nie byłoby wskazanie przez projektodawcę innej instytucji, która miałaby realizować zadania w przewidzianym w projekcie zakresie” - napisał prezes Jacek Oko w swym stanowisku. W licznych uwagach szczególnych wykazuje brak precyzji proponowanych przepisów czy nawet ich niezgodność z konstytucją. Jak choćby regulacji, zgodnie z którą prezes UKE miałby określać regulamin działania rady. Tymczasem takie zarządzenie, zgodnie z art. 93 ust. 1 konstytucji, ma charakter wewnętrzny i nie może obowiązywać jednostek, które nie są podległe organowi. Rada zaś podlegać prezesowi UKE nie będzie.
Wątpliwości budzi też zarówno dolna (50 tys. zł), jak i górna (50 mln zł) granica kar, jakie ma orzekać rada. Są one bardzo rygorystyczne, a w uzasadnieniu projektu w żaden sposób nie wskazano argumentów przemawiających za ustaleniem takich właśnie widełek. Prezes UKE proponuje powiązanie kar z możliwościami finansowymi portali i określenie maksymalnej ich wysokości jako procenta od przychodu firmy.
Zgodnie z projektem decyzje rady będzie można zaskarżyć do sądów administracyjnych. Wybór ścieżki sądowo-administracyjnej budzi zastrzeżenia prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jego zdaniem rozstrzyganiem ewentualnych sporów powinny się raczej zajmować sądy powszechne.
„Należy wskazać, że sądy administracyjne kontrolują legalność działań organów administracji, a w przedmiotowych sprawach chodzić będzie o kontrolę merytorycznego rozstrzygnięcia w sprawach dotyczących m.in. przestępstw czy naruszania dóbr osobistych przez dane treści. Podobne zastrzeżenia wskazać należy do przepisów przewidujących przyznanie kompetencji do nakładania wysokich kar pieniężnych organowi o charakterze niesądowym w postępowaniu o charakterze uproszczonym” - podkreślił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Fake newsy coraz większym problemem / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Etap legislacyjny
Projekt na etapie opiniowania i konsultacji publicznych