Przyklej się do mistrza, czyli czemu politycy tak lgną do sportu

autor: Mira Suchodolska15.07.2016, 07:37; Aktualizacja: 15.07.2016, 08:20
Z PR na sporcie jest tak samo, jak z każdym narzędziem. Jeśli nie nauczymy się go używać, możemy sobie zrobić krzywdę.

Z PR na sporcie jest tak samo, jak z każdym narzędziem. Jeśli nie nauczymy się go używać, możemy sobie zrobić krzywdę.źródło: ShutterStock

Sport, podobnie jak religia, to ogromny generator emocji. A w związku z tym genialne narzędzie do uprawiania socjotechniki. Przydatne w każdym ustroju, lecz pożądane zwłaszcza przez te, które przeżywają problemy - mówi Przemysław Nosal, socjolog sportu, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki „Technologia i sport" oraz kilkudziesięciu publikacji z zakresu socjologii kultury, sportu i polityki społecznej.

Nasza piłkarska reprezentacja narodowa całkiem przyzwoicie zagrała na Euro we Francji. Gdyby dotarła do finału, oszalelibyśmy ze szczęścia. Ale rząd PiS i tak już zyskał w sondażach, bo z jakiegoś powodu dobra postawa futbolistów zagrała na jego korzyść.

Współwystępowanie dwóch wydarzeń nie oznacza, że jedno wynika z drugiego. Jeśli na dachach domów w jakiejś wsi siada nagle mnóstwo bocianów, a za dziewięć miesięcy na świat przychodzi więcej dzieci niż zwykle, to rozsądny człowiek mimo wszystko powie raczej o współwystępowaniu pewnych zjawisk, a nie o zależności statystycznej. Tak więc nie dam się naciągnąć na taką tezę. Ale faktem jest, że sport ma taką dość szczególną właściwość chemiczną, że łatwo do niego przylepiają się różne inne fenomeny – reklama, technologia, polityka. Wszyscy chcą się ogrzać w ciepłym świetle stadionowych jupiterów. A jak jest igrzysko, to mniej się zwraca uwagę na wojnę. Sport to sympatyczne opium dla mas, miły temat zastępczy, który poprawia atmosferę. A jeszcze jak nasi dobrze się spisują, to można powiedzieć: popatrzcie, jacy my wszyscy jesteśmy fajni, jaką mamy fajną drużynę, jesteśmy lepsi niż inni. Ale czy to się faktycznie przekłada wprost na poparcie dla takiego czy innego ugrupowania? Wątpię. Ale z drugiej strony – wkrótce pojawią się wyniki badania nastrojów społecznych i pewnie okaże się, że w czerwcu nasze nastroje były dobre, a może się okazać również, że obóz rządzący cieszył się rosnącym poparciem. Ale związek tej sytuacji z Euro będzie dokładnie taki sam, jak w przypadku tych bocianów i dzieci.

Jeśli jest tak, jak pan mówi, to z jakiego powodu politycy tak lgną do sportu, a zwłaszcza do piłki nożnej?

Zjawisko przyklejania się dotyczy wielkich wydarzeń sportowych. Mistrzostwa piłkarskie czy igrzyska olimpijskie to kombajny sportowo-medialno-kulturalne budzące zainteresowanie miliardów ludzi. I najróżniejszych branż, bo przecież też biznesu czy reklamy. Proces przylepiania się można zatem nazwać efektem huby – wszyscy żerują na takim wydarzeniu, chcą się przy nim pokazać i zarobić. To niepowtarzalna okazja, bo np. taki Stade de France może pomieścić 80 tys. widzów, nasz Stadion Narodowy – 58 tys., a arena w moim rodzinnym Poznaniu – 43 tys. A jeśli do tego dodamy setki milionów zgromadzone przy telewizorach, to okaże się, że pokusa przylgnięcia jest dla polityka zbyt silna, by jej się oprzeć.

Czasami jednak można się sparzyć i zostać wygwizdanym, o czym przekonał się ostatnio prezydent Andrzej Duda. Ale widocznie to jest cena, jaką się płaci. Hasło „dam się wygwizdać na stadionach” weszło na stałe do obiegu i niekoniecznie z tego powodu, że znalazło się w piosence Skaldów.

Takie przykłady można mnożyć. Sam byłem świadkiem, gdy na stadionie Lecha Poznań kibice wygwizdali Zytę Gilowską. Wicepremier rządu PiS, politycznie związana z Lubelszczyzną, w 2007 r. walczyła o poselski mandat właśnie w moim mieście. Choć ze sportem nie miała nic wspólnego, to pewnie któryś ze współpracowników podpowiedział jej, że ze względów wizerunkowych warto byłoby pojawić się na meczu Kolejorza. Gilowska zasiadła zatem na trybunie i się nasłuchała. Ale to tylko jeden z przykładów, bo pomniejszych wygwizdywań było mnóstwo. Ale prawda jest taka, że kibice świetnie wychwytują każdy fałsz i wyczuwają hipokryzję. Obśmiany został prezydent Lech Kaczyński, bo śpiewając hymn podczas meczu Euro 2008, trzymał szalik z napisem „Polska” do góry nogami, a poza tym przekręcał nazwiska piłkarzy: Roger Guerreiro to był w jego wydaniu Perreiro, a Artur Boruc – Borubarem.

Z PR na sporcie jest tak samo, jak z każdym narzędziem. Jeśli nie nauczymy się go używać, możemy sobie zrobić krzywdę.


Pozostało jeszcze 81% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

  • Rafał Fit(2016-07-17 14:23) Zgłoś naruszenie 10

    Prezydent Lech Kaczyński nigdy nie pomylił nazwiska naszego reprezentacyjnego bramkarza, a tylko Polsat zagłuszył część jego wypowiedzi „Boruc bardzo dobrze zagrał”. Powstało „Boru bar dobrze zagrał”. W internecie można znaleźć serię zdjęć na których Prezydent Lech Kaczyński powoli przekręca szalik.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie