W czwartek przed Sądem Okręgowym w Warszawie Monika B., Miłosław K., Justyna G. i Grzegorz C. składali wyjaśnienia; nie chcieli odpowiadać na pytania oskarżycieli prywatnych. Wraz z nieobecnym tego dnia b. szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomaszem Arabskim są oni oskarżeni przez 14 członków rodzin katastrofy smoleńskiej. Grozi za to do 3 lat więzienia.

Monika B. oświadczyła sądowi, że nie rozumie, dlaczego jest oskarżona w tej sprawie. Ujawniła, że w lutym br. wypowiedziano jej stosunek pracy na mocy noweli o Służbie Cywilnej.

B. powiedziała, że podróż z 10 kwietnia organizowała Kancelaria Prezydenta RP. "Rola kancelarii premiera ograniczała się do wpisania zapotrzebowania KPRP do ewidencji i sprawdzenia, czy na wskazany dzień nie ma innych rezerwacji" - powiedziała. Według niej KPRM przesyłała informacje od innych podmiotów o zapotrzebowaniu na lot do dowództwa Sił Powietrznych, 36. pułkowi lotnictwa i BOR tylko wtedy, gdy nie były one powiadamiane przez organizatora danego lotu.

Monika B. podkreśliła, że ws. lotu z 10 kwietnia były trzy pisma z KPRP, gdyż zmieniano godziny wylotu i nie było imiennej listy uczestników.

Miłosław K. oświadczył, że KPRP przesyłała do kancelarii premiera informacje ws. lotów niespełniające wymogów formalnych, bo nie zawierały one m.in. list pasażerów czy lotniska lądowania. Dodał, że nie miał możliwości nadania biegu pismu KPRP ws. lotu z 10 kwietnia, skoro nie było tam np. listy pasażerów, co nie pozwoliło zorientować się, jaki samolot zamówić.

"Brak mojego działania wynikał wyłącznie z wadliwości działań urzędników KPRP, którzy najwidoczniej nie znali obowiązków dysponenta lotów" - oświadczył sądowi K. Zaznaczył, że KPRM "nie miała instrumentów do zobligowania dysponentów do wypełniania obowiązujących procedur".

Zdaniem K. KPRP nie informowała KPRM, że lot 10 kwietnia ma się odbyć na lotnisko Smoleńsk-Północny. "Wobec tego nie rozumiem, dlaczego miałbym czynić jakieś ustalenia co do tego lotniska, co mi się zarzuca" - oświadczył.

Według K. "sprawa byłaby łatwiejsza, gdyby nie spory między szefami kancelarii prezydenta i premiera co do dostępności statków powietrznych".

Justyna G. wyjaśniła, że nie miała żadnej możliwości weryfikowania kart podejścia lotniska Smoleńsk-Pólnocny. "Ambasada RP w Moskwie była tylko przekaźnikiem informacji" - dodała.

Według Grzegorza C. (dziś - pracownika MSZ), urzędnicy ambasady nie mogli "pełnić roli cenzorów" dokumentów otrzymywanych od kompetentnych organów w Polsce, bo "groziłoby to wyrzuceniem z pracy". Dodał, że nigdy nie było wątpliwości, o którym ze smoleńskich lotnisk jest mowa w notach i dokumentach, gdyż drugie lotnisko w tym mieście miało charakter lokalny, zamknięto w latach 90. i nigdy nie lądowały tam polskie delegacje. "Swoje obowiązki wykonywałem z należytą starannością i pragmatyką służby" - podkreślił C.

Oskarżeni urzędnicy ambasady zeznali, że kwestią przygotowania wizyt premiera i prezydenta z 7 i 10 kwietnia ze strony ambasady kierował Tomasz Turowski.