Na razie Bruksela tylko domyśla się, na podstawie sygnałów z Londynu, na czym rządowi będzie zależeć. Brytyjski minister finansów w ubiegłym tygodniu potwierdził, że jego kraj sprzeciwi się budowie europejskiego superpaństwa i powie "nie" dla coraz ściślejszych relacji w Unii. Wcześniej brytyjskie władze opowiadały się też za wzmocnieniem roli parlamentów narodowych, aby mogły one blokować unijne przepisy.

Na liście postulatów Londynu znajdzie się także zapewne żądanie jednakowych zasad dla krajów w strefie euro i poza nią,a by te bez wspólnej waluty nie zostały odstawione w przyszłości na boczny tor. W tej sprawie Wielka Brytania będzie mogła liczyć na wsparcie Polski. Ale Warszawa zaprotestuje jeśli Londyn będzie chciał ograniczyć świadczenia socjalne dla pracowników z innych krajów, bo to będzie oznaczało dyskryminację.

Po przedstawieniu postulatów rozpoczną się rozmowy w gronie europejskich rządów. Oczekuje się, że to będzie główny temat grudniowego szczytu, a negocjacje zakończą się na początku przyszłego roku.

Dzisiaj szef dyplomacji, Philip Hammond mówił BBC: "Jeśli nasi partnerzy nas zlekceważą, jeśli nie nie usłyszą bardzo rozsądnych żądań brytyjskiego narodu, będziemy się musieli ponownie zastanowić, jak chronić na przyszłość brytyjskie interesy".  Jest to nowy ton w wypowiedziach Londynu. Dotychczas premier Cameron powtarzał, że chce pozostać w Unii Europejskiej, ale na zreformowanych warunkach, które społeczeństwo mogłoby zatwierdzić w referendum.