A było to tak. 4 lutego pracownicy londyńskiego metra zastrajkowali. Przez dwa kolejne dni część stacji popularnej „tuby” została wyłączona z użycia. 6 lutego wszystko wróciło do normy. Larcom, Rauch i Willems postanowili sprawdzić, jak zareagowali na to podróżni. Czyli – lekko licząc – jakieś 3 mln osób, bo tyle codziennie korzysta z londyńskich wagoników. Akurat w tym przypadku prześledzić zachowania użytkowników jest nadzwyczaj łatwo, bo kto był w Londynie, ten wie, że do tamtejszego metra nie da się wejść (ani z niego wyjść) bez przyłożenia biletu do czytnika. Badacze dostali więc do ręki potężną bazę danych, która aż prosiła się o przeanalizowanie.

Co zauważyli? W pierwszej chwili oczywiście to, że w reakcji na zamknięcie części stacji podróżni musieli zmienić swoje dotychczasowe podróżne przyzwyczajenia. Na szczęście mówimy o mieście, w którym istnieje 11 linii i 270 stacji. Mieli więc z czego wybierać trasy alternatywne. Badaczy zaskoczyło jednak coś innego. Gdy strajk się zakończył, ok. 5 proc. podróżnych nie wróciło już do wcześniejszych sprawdzonych tras. Tak jakby dzięki tej wymuszonej zmianie przyzwyczajeń odkryli coś nowego. Zdaniem Larcoma, Raucha i Willemsa wytłumaczenie jest tylko jedno. Prawdopodobnie uznali alternatywną trasę za bardziej efektywną. Może szybszą, może bardziej atrakcyjną, a może po prostu nową. W każdym razie zmiana okazała się trwała. Z krótkiego szoku wyłonił się odmienny porządek. Bo nigdy nie jest tak, że to, co uważamy za optimum, jest obiektywnie optymalne. Tak naprawdę jest ono dosyć przypadkowe. Poszukujący równowagi homo oeconomicus rzadko dociera do punktu, w którym może w pełni zmaksymalizować swoją użyteczność. Najczęściej zatrzymuje się w punkcie „wystarczająco satysfakcjonującym”. Zazwyczaj bowiem koszty związane z poszukiwaniem lepszego rozwiązania są dość wysokie. I prawie nikt rozsądny nie decyduje się ich ponieść.

Interpretując wyniki tego naturalnego eksperymentu, ekonomiści z Oksfordu i Cambridge flirtują trochę z teorią innowacyjności. Pokazują, że ich obserwacje mają wiele wspólnego z pracami Williama Baumola, Richarda Quandta i noblisty Herberta Simona, którzy już w latach 60. pokazywali, że kontrolowane wprowadzanie zmiany do gospodarki albo organizacji biznesowej pozwala na zwiększenie efektywności.

Te badania mają też swoją niechlubną historię. Nie raz, nie dwa służyły za uzasadnienie brutalnych i nieprzemyślanych decyzji menedżerskiej wierchuszki w niejednej organizacji. Wedle zasady, że wystarczy raz na jakiś czas włożyć kij w korporacyjne mrowisko, a mróweczki na pewno zaczną szybciej biegać. Tak jakby o to właśnie w biznesie chodziło.

Mnie w pracy Larcoma, Raucha i Willemsa pociąga raczej perspektywa indywidualna. Zmiana jako sposób na otwarcie nowej perspektywy. Męcząca, irytująca, ale jednocześnie ciekawa. Przekonują, żeby się jej nie bać. I ja to biorę za dobrą monetę. Tak się bowiem składa, że po kilku latach snucia autorskich „Obserwacji” w tym miejscu Magazynu zmiana stanie się również moim udziałem. Nadal będę dla Magazynu obserwował, ale już z trochę innego miejsca. Bardzo jestem ciekaw, co z tego wyniknie.