Nie dość, że cały miesiąc trwały koszmarne upały, to na koniec sierpnia Dolny Śląsk ogarnęła gorączka złota. Szybko się rozprzestrzeniając, bo, jak się okazuje, pamięć o skarbach zrabowanych przez III Rzeszę jest nadal żywa na całym świecie. Pierwsze jej symptomy zauważono, gdy Ministerstwo Kultury przyjęło zgłoszenie odnalezienia miejsca ukrycia niemieckiego pociągu pancernego z czasów II wojny światowej. Kancelaria prawna, reprezentująca anonimowych poszukiwaczy skarbów, podkreśliła, iż należy się za to 10 proc. wartości znaleźnego. Co rozpaliło media, które natychmiast przypomniały o legendzie złotego pociągu, którym pod koniec 1944 r. wywieziono ponoć z Wrocławia ogromne ilości szlachetnych metali, kosztowności, dzieł sztuki, a nawet Bursztynową Komnatę. „Widziałem dobrej jakości zdjęcie georadarowe, pokazujące, jak ten pociąg wygląda” – oświadczył tydzień temu generalny konserwator zabytków Piotr Żuchowski, podsycając i tak rozpaloną do białości atmosferę. I choć pojawia się coraz więcej głosów, że cała sensacja to wielka bujda, to i tak okolic 61 km trasy kolejowej z Wrocławia do Wałbrzycha muszą pilnować: policja, straż miejska i straż leśna. Wojewoda poprosił też ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka, aby szukaniem skarbu zajęło się wojsko. Tym oto sposobem po raz kolejny na żołnierzach spocznie odpowiedzialność za wydobycie z mroków historii „złota Wrocławia”. Tak jak kiedyś marzył gen. Czesław Kiszczak.

Odjeżdżający skarb

Pod koniec 1944 r. Wrocław, wówczas jeszcze Breslau, był jednym z ostatnich wielkich miast III Rzeszy, któremu nie groziły naloty dywanowe. Latające fortece sukcesywnie zrównały z ziemią Bremę, Kolonię czy Drezno, grzebiąc pod gruzami setki tysięcy ludzi. Niemieckie władze ewakuowały więc do Breslau uchodźców oraz to, co im jeszcze cennego pozostało: bankowe rezerwy szlachetnych kruszców, dzieła sztuki, papiery wartościowe etc. Aż w połowie stycznia 1945 r. ruszyła zza Wisły ofensywa Armii Czerwonej i stało się jasne, że Wehrmacht nie ma szansy jej powstrzymać. W tym czasie większość cennych rzeczy zniknęła. Nie zachował się żaden dokument informujący, co się z nimi stało. Za to zaraz po wojnie, gdy Polacy zasiedlali Wrocław, pojawiły się opowieści o pociągu lub pociągach, którymi wywieziono skarby. Przy czym stały element tych relacji stanowił motyw, iż składy nigdy nie dotarły w głąb Niemiec, lecz zostały ukryte w podziemnym tunelu gdzieś na Dolnym Śląsku. Tego, że skarby faktycznie istnieją, dowodziła lista Grundmanna. Jej autor Günther Grundmann był kustoszem prowincji wrocławsko-opolskiej w ostatnich latach istnienia III Rzeszy. Zgodnie z zaleceniem zwierzchników, gdy front zaczął zbliżać się do miasta, zadbał o ukrycie najcenniejszych archiwaliów, dzieł sztuki i precjozów z muzeów, kościołów oraz prywatnych kolekcji. Sukcesywnie rozmieścił je w ok. 80 skrytkach rozrzuconych na terenie Dolnego Śląska. Traf chciał, że ich zaszyfrowaną listę odnaleziono w zniszczonym budynku wrocławskiego Urzędu Konserwatora Zabytków. Sprawą zajął się Józef Gębczak, przysłany do Wrocławia przez szefa Dyrekcji Muzeów i Ochrony Zabytków prof. Stanisława Lorentza. Gębczak złamał szyfr Grundmanna i wkrótce zamkowe podziemia oraz kopalniane sztolnie zaczęła penetrować komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki, kierowana przez Witolda Kieszkowskiego. Odnaleziono wiele bezcennych dóbr kultury, w tym 19 skrzyń z dziełami sztuki z Wilanowa, Wawelu i Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Ale spora część skrytek Grundmanna okazała się pusta. Wyglądało na to, iż ktoś wyprzedził Polaków. Nic dziwnego, że narodziła się legenda o nadal nieodkrytych skarbach. Podsyciły ją zeznania aresztowanego w 1953 r. przez funkcjonariuszy wrocławskiego Urzędu Bezpieczeństwa Herberta Klosego. Dawny oficer niemieckiej policji mieszkał pod fałszywym nazwiskiem we wsi Sędziszowa w powiecie złotoryjskim. Podczas przesłuchania opowiadał, iż dowództwo Festung Breslau, nim zamknął się pierścień okrążenia, zebrało kosztowności należące do obywateli oraz złoto ze skarbców bankowych. Wszystko to wywiózł konwój ciężarówek szosą prowadzącą do Jeleniej Góry. Gdzie schowano skarb, zapakowany do 56 skrzyń, Klose nie wiedział. Jego nieco bajkowa opowieść, w której zupełnie brakowało pociągu, stała się natchnieniem dla pierwszego pokolenia poszukiwaczy dolnośląskich skarbów.

Z esbeka na eksploratora

Ochroną Dolnego Śląska przed zakusami agentów obcych wywiadów zajmował się Wydział II Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych (WUSW). Pracujący w nim funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zajmowali się głównie inwigilowaniem zachodnich turystów, którzy pojawiali się we Wrocławiu, a także nadzorowali Niemców, którzy po wojnie nie zostali przesiedleni za Odrę. Ale turystów wpuszczano do PRL niechętnie, a autochtonów na Dolnym Śląsku pozostało niewielu, więc pracownicy Wydziału II mieli bardzo relaksującą pracę.

Nadmiar wolnego czasu wyraźnie męczył młodego oficera SB Stanisława Siorka. W odwrotności od kolegów przykładał się on do obowiązków służbowych, a także bardzo interesował przeszłością. Zwłaszcza krążącym wśród ludzi opowieściami o skarbach III Rzeszy. O czym w marcu 1972 r. poinformował zwierzchników w spisanym przez siebie memorandum, które dziś znajduje się w zasobach archiwalnych wrocławskiego IPN. „Po 27 latach naszej obecności na tych ziemiach (na Dolnym Śląsku – red.) nie powinno być tutaj miejsc, których nie znamy lub które kryją jakąś tajemnicę” – apelował kapitan Siorek. Jego oddanie pracy zostało docenione dopiero cztery lata później. Wówczas otrzymał awans na stopień majora oraz stanowisko zastępcy dowódcy Wydziału II WUSW. To dawało mu większe możliwości działania. Zbierał więc wszelkie plotki o „złocie Wrocławia”, którego wielkość w jego zapiskach systematycznie rosła, osiągając niebagatelną wagę 300 ton. Szukał też miejsca, gdzie mogło zostać ukryte. Wahając się między Wałbrzychem i okolicami zamku Książ, labiryntem podziemnych korytarzy w kompleksie Riese w Górach Sowich oraz klasztorem w Lubiążu. Wreszcie wytypował cysterski klasztor. W swoich zapiskach twierdził, iż informacje takie zdobył od bliżej nieokreślonych przybyszy z Republiki Federalnej Niemiec. W czasie wojny hitlerowcy mieli pod opactwem wykopać kilometry korytarzy, by ukryć tam fabrykę zbrojeniową. Gdy zbliżała się Armia Czerwona, pracujących w niej robotników przymusowych wymordowano, a po ukryciu w podziemiach skarbu wszystkie wejścia wysadzono.

Opis sporządzony przez majora prezentował się fascynująco, choć na poparcie jego prawdziwości autor nie przedstawiał żadnych twardych dowodów. Mimo to, gdy pod koniec lat 70. PRL stanął na skraju bankructwa, „złotem Wrocławia” zainteresował się, mający słabość do precjozów, nowy szef MSW gen. Mirosław Milewski. Kilka lat wcześniej nadzorował on operację „Żelazo”, polegającą na wprowadzaniu do gangów w Europie Zachodniej współpracowników wywiadu PRL. Zdobytą podczas napadów lub włamań biżuterię oraz dzieła sztuki upłynniano u paserów. Pozyskane tak dewizy wykorzystywano potem na potrzeby tajnych służb. Acz spora część gotówki trafiła do kieszeni wysokich oficerów SB. Jednak prozaiczne napady na sklepy jubilerskie prezentowały się żałośnie, gdy w perspektywie pojawiła się szansa zgarnięcia 300 ton złota.

Wojsko czuwa

Plotki o skarbie dotarły też do uszu wpływowego gen. Wojciecha Barańskiego. Szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego (GZSB) Wojska Polskiego cieszył się pełnym zaufaniem Kremla, o czym najlepiej świadczyło to, że w razie wybuchu III wojny światowej był przewidziany na dowódcę tzw. frontu polskiego. To pod jego komendą trzy armie LWP miały spustoszyć północ Niemiec i dokonać desantu na Danię. Jednak w czasie pokoju generał najwyraźniej postanowił zająć się czymś dużo przyjemniejszym. Polecił więc podwładnym z GZSB zebranie informacji na tematu „złota Wrocławia”. Oczywiście myszkujący po Dolnym Śląsku oficerowie wpadli wprost w ramiona majora Siorka. Ale żołnierze w tamtym czasie mieli sporą przewagę nad esbekami. Pod koniec lipca 1981 r. nowym ministrem spraw wewnętrznych został gen. Czesław Kiszczak, wcześniej kierujący Wojskowymi Służbami Wewnętrznymi. Generał szybko przejął nadzór nad poszukiwaniami skarbu, przy okazji ukrócając zakusy Milewskiego i Barańskiego. Na polecenie Czesława Kiszczaka do Wrocławia zawitała grupa operacyjna, którą dowodzili ppłk Bogdan Chrobota z Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego i mjr Jerzy Liwski repezentujący WSW. Stanisławowi Siorkowi minister zlecił jedynie pełnienie funkcji przewodnika dla gości z Warszawy. Ale wkrótce to major objął nieformalne przywództwo nad całą operacją. Namawiając przełożonych, by do poszukiwań zaangażować naukowców z Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie i Wojskowego Instytutu Techniki Inżynieryjnej we Wrocławiu oraz... radiestetę. Tomasz Bonk w książce „Lubiąż. Mroczne tajemnice opactwa” przytacza wspomnienia dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego (WOAK) we Wrocławiu Tadeusza Kaletyna, który został naukowym konsultantem grupy operacyjnej.

„W październiku 1981 r. podejmowałem kolacją Karola Tomalę (radiestetę zatrudnionego przez wojsko). Po obejrzeniu map archiwalnych w skali 1:25000 powiedział, że lokalizacja klasztoru nad meandrującą Odrą utrudni wydzielenie anomalii” – wspominał Kaletyn. „Następnego dnia Karol Tomala, w towarzystwie oficera WSW z Warszawy, por. Krystiana Skwary z KWMO (pełnomocnika S. Siorka), archeologa mgr. Ludwika Kamińskiego z WOAK oraz ze mną, rozpoczął rozpoznanie wewnętrznych dziedzińców i ogrodów zespołu klasztornego w Lubiążu. Tomala wskazywał m.in. anomalie w południowo-wschodniej części dziedzińca opackiego” – dodawał. Ale choć różdżka radiestety nieraz twierdziła, że pod ziemią ciągną się korytarze, nigdy nie natrafiono na żadne wejście. Major Siorek ten paradoks tłumaczył działaniami bliżej nieokreślonego sabotażysty. „Do dziś nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że 4-ch z nas wyższych oficerów MON i MSW, dało się zasugerować »cywilowi«, który tak »po palcu« ukierunkował nas na kępę krzaków, gdzie rzekomo wg mapy stały trzy krzyże. Znalezione w tym miejscu fragmenty betonowych słupków utwierdziły nas w przekonaniu, że jesteśmy na poszukiwanym miejscu” – zapisał w swoich notatkach. Po przeprowadzaniu serii wierceń odkryto, iż wzgórek jest starym wysypiskiem śmieci przykrytym ziemią. Pomimo braku sukcesów w marcu 1982 r. minister spraw wewnętrznych gen. Kiszczak oficjalnym pismem oddelegował mjr. Stanisława Siorka do działań „związanych z poszukiwaniem walorów bankowych III Rzeszy, jak również innych przedmiotów wartościowych ukrytych przez władze okupacyjne na terenie południowo-zachodniej Polski”.

Jesienna ofensywa

„Pamiętam, że we wrześniu 1982 r. ówczesny wojewódzki konserwator zabytków Józef Cempa poprosił mnie, dyrektora WOAK-u, abym przyszedł do gabinetu wicewojewody Danuty Wielbińskiej w pilnej sprawie. Byli tam mjr Siorek i oficer WSW z Warszawy. Poinformowano mnie, że szef Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego WP i szef WSW z Warszawy zwrócili się z prośbą o wydanie zezwolenia na podjęcie poszukiwań mienia poniemieckiego w Lubiążu” – wspominał Tadeusza Kaletyn. „Stanisław Siorek powiedział wtedy: »Chcemy wreszcie odkryć fabrykę zbrojeniową!«” – uzupełniał szef Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego. Determinację majora wkrótce odczuli na własnej skórze pracownicy Muzeum Narodowego pilnujący zlokalizowanej na terenie klasztoru w Lubiążu składnicy muzealnej. „W dniu 24 listopada br. otrzymaliśmy telefoniczną informację przekazaną przez mjr. Siorka dzwoniącego z Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu, że w najbliższych dniach na terenie zespołu poklasztornego przedstawiciele wojska i funkcjonariusze MO prowadzić będą prace związane z zabezpieczaniem niewypałów” – napisali w raporcie przesłanym zwierzchnikom we Wrocławiu. Dzień później na czele oddziału wojsk inżynieryjnych, uzbrojonych w wykrywacze min oraz koparki, zjawił się w Lubiążu mjr Siorek. Muzealników wyrzucił, zaś na środku dziedzińca, zabytkowego obiektu, koparka zrobiła głęboką dziurę.

„Pamiętam, jak mjr Stanisław Siorek, ubrany w czarny skórzany płaszcz i czapkę, w towarzystwie red. Wacława Dominiaka przekonywał, że przy furcie wejściowej do klasztoru jest winda, którą zwożono jeńców do piwnicznych pomieszczeń. Mówił też, że pod posadzką bramy wejściowej do klasztoru jest zapadnia” – wspominał ściągnięty na teren wykopalisk Tadeusz Kaletyn. Ale choć wokół budynku robiono kolejne dziury, a między nimi krążył z różdżką radiesteta, żadnych podziemi nie udawało się odnaleźć. Podłamany major pojechał po południu do Wrocławia. I wtedy zdarzył się cud.

„Około 16.30 chor. (...) ze służb wojskowych, też różdżkarz, samowolnie ruszył koparką w północno-zachodnią część ogrodu wschodniego. Z głębokości około 2 m wydobył walcowaty pojemnik o średnicy 21 cm i wysokości 20 cm zamknięty kopułkowatym wieczkiem z klamrą na kłódkę. Wewnątrz szczelnie ułożone wokół ścianki znajdowały się srebrne monety, a złote w środku. Odkrywcę służby wojskowe zobowiązały do milczenia. Sprawę utajniono” – opowiadał po latach Tadeusz Kaletyn. Wedle inwentarza, jaki sporządziła potem komisja powołana przez ówczesnego szefa WSW gen. Edwarda Poradko, we wspomnianym pojemniku znajdowały się 1353 monety srebrne oraz 64 złote. Wybiły je w XVII w. mennice m.in. w Prusach, Szwecji, Danii i we Francji. Najprawdopodobniej ich właściciel zakopał oszczędności w pobliżu klasztoru w 1740 r., gdy na Śląsk wkroczyła pruska armia króla Fryderyka Wielkiego. Z jakichś powodów po zakończeniu wojny pojemnik pozostał pod ziemią. Odnalezienie monet zmotywowało majora do jeszcze intensywniejszych poszukiwań, choć przecież zmarły trzysta lat wcześniej bogacz z III Rzeszą nie mógł mieć nic wspólnego.

Sen wariata

Inaczej niż Stanisław Siorek, gen. Kiszczak potrafił rozpoznać różnicę między numizmatami a „złotem Wrocławia”. Po roku bezowocnych poszukiwań entuzjazm ministra spraw wewnętrznych mocno ostygł. Próżno major słał do Warszawy kolejne pisma, w których ostrzegał przed agentami przysyłanymi z RFN na Dolny Śląsk, mogącymi jako pierwsi położyć łapę na skarbie. Jego prośby o oddelegowanie wyspecjalizowanego oddziału wojsk inżynieryjnych długo zbywano. Wreszcie wiosną 1986 r. MON zgodził się, aby samolot zwiadowczy wykonał zdjęcia okolic Lubiąża kamerą termowizyjną. Ich analizę zlecono specjalistom z Państwowego Przedsiębiorstwa Geodezyjno-Kartograficznego w Warszawie. Sporządzony przez nich raport sugerował, iż plamy temperaturowe w niektórych punktach mogą oznaczać istnienie głęboko ukrytych podziemi. Ale analitycy wcale nie byli co do tego przekonani. Odwrotnie niż major, który natychmiast zaczął domagać się skierowania do Lubiąża oddziału saperów wyposażonych w georadary. A gdy tego nie dostał, na własną rękę zaczął organizować kolejną wyprawę w te okolice.

To, że z wysokiej rangi funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa jest coś nie tak, jako pierwszy odważył się dostrzec szef wrocławskiego SB płk Czesław Błażejewski. I to pomimo iż na jego biurku leżały przysłane z Warszawy papiery Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przygotowujące awans Siorka na pułkownika. Wiadomość, że major tuż przed Bożym Narodzeniem, chce przekopać cały Lubiąż zmotywowała płk. Błażejewskiego do działania (zapewne perspektywa awansu też zrobiła swoje). Rankiem 6 grudnia 1986 r. w mieszkaniu Siorka zjawili się niespodziewanie jego podwładni. Sprawnie obezwładnili szefa i zapakowali do radiowozu, po czym odwieźli do Lubiąża. Tam oddali pod opiekę lekarzy z Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych.

Ale major, nawet jeśli zwariował, to swój rozum miał. Jak zapisał w sporządzonych potem notatkach, z miejsca poinformował psychiatrów, iż jest więźniem politycznym – ofiarą uknutego przez SB spisku. W tamtym czasie na Zachodzie szeroko opisywano wyczyny sowieckich psychiatrów biorących czynny udział w gnębieniu dysydentów. Co potępił w swojej uchwale VII Światowy Kongres Towarzystwa Psychiatrycznego. Polscy lekarze, bardzo sobie ceniący zagraniczne sympozja i stypendia, absolutnie nie zamierzali dorobić się podobnej renomy co ich koledzy z ZSRR. Rankiem majora po prostu ze szpitala wyrzucono, a następnie twardo odmawiano ponownego przyjęcia. Aż pół roku MSW nie wiedziało, co zrobić ze swoim zasłużonym oficerem skierowanym na urlop zdrowotny. Na koniec stanął on przed zwykłą komisją lekarską, która orzekła wylew krwi do mózgu i przyznała Stanisławowi Siorkowi rentę inwalidzką. Co najlepiej obrazuje, jak życie bywa niesprawiedliwe wobec wizjonerów (zwłaszcza mających skłonność do mitomanii).

Odnalezione dzięki majorowi monety powędrowały do Warszawy, gdzie oficerowie WSW wycenili zdobycz. Posługując się zwyczajnym katalogiem numizmatycznym. Wedle ich szacunku była ona warta ok. 61 tys. dol. Szef WSW gen. Edward Poradko zaproponował wówczas, aby pieniądze wybite w Rzeczypospolitej (notabene najmniej cenne) oddać Muzeum Śląskiemu we Wrocławiu. Pozostałe zaś sprzedać. Ciąg dalszy afery opisał w swojej książce „Skarb z ogrodu klasztornego w Lubiążu” badacz starych monet, prof. Borys Paszkiewicz. W raporcie przesłanym Wojciechowi Jaruzelskiemu obrotni generałowie proponowali sprzedać skarb kolekcjonerom w krajach zachodnich. Zaś pozyskane dewizy wpłacić na konto budowy szpitala-pomnika Centrum Zdrowia Matki Polki oraz kupić aparaturę medyczną dla Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej. Generał Jaruzelski zawsze okazywał wiele serca matkom i żołnierzom, więc już w lutym 1983 r. zaaprobował propozycję podwładnych. Ci zaś 89 monet oddali Muzeum Narodowemu we Wrocławiu, a pozostałe sukcesywnie przemycali na Zachód.

Na początek upłynnianie skarbu wychodziło asom wywiadu PRL raczej słabo. Jeden z agentów udał się w Berlinie Zachodnim do Berliner Bank przy Kantstrasse. Uprzejmy pracownik, kiedy ujrzał na ladzie złote monety z XVII w., zaproponował klientowi, że albo natychmiast opuści lokal, albo zjawi się policja. Na szczęście pomóc rodakom zgodził się mieszkający w Wiedniu, od dawna współpracujący z wywiadem PRL, Jeremiasz Barański. Dobrze zapowiadający się gangster, nazywany przez przyjaciół „Baraniną”, sprawnie upłynnił towar dzięki właścicielowi sklepu numizmatycznego H.D. Raucha. Dziwnym trafem ani jeden ze zdobytych tak dolarów nie trafił na szpitalne konto ani nawet do kieszeni skromnego rencisty Stanisława Siorka.

Emerytowani łowcy skarbów

Sprawa skarbu z Lubiąża miała swój epilog dzięki kontroli NIK w WSW, przekształconym w Wojskowe Służby Informacyjne. Zarządzonej przez nowego prezesa Izby Waldemara Pańko. Zaskoczeni kontrolerzy w jednym z sejfów odkryli 454 zabytkowe monety, których nie udało się przekazać „Baraninie”. Trafiły one do zbiorów Gabinetu Numizmatycznego Zamku Królewskiego w Warszawie, a sprawę oddano Prokuraturze Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Ta zaś po pół roku ją umorzyła.

Tymczasem główni podejrzani o nielegalny obrót numizmatami i zagarnięcie zysków ułożyli sobie jakoś życie w nowej rzeczywistości. Generał Poradko, po zesłaniu na stanowisko ambasadora w Kabulu, wrócił do ojczyzny, przeszedł w stan spoczynku. I rozpoczął błyskotliwą karierę w ZBOWiD. Natomiast gen. Barański po odwołaniu ze stanowiska ambasadora na Kubie nadal chciał służyć ojczyźnie. A przy okazji nieco dorobić jako współpracownik WSI. Wpadł w ręce niemieckich i amerykańskich służb specjalnych we Frankfurcie nad Menem na początku marca 1992 r., kiedy dopinał transakcję sprzedaży broni irackiemu dyktatorowi Saddamowi Husajnowi. Co w mediach nazwano „aferą karabinową”.

Jak widać, szukanie skarbów w Polsce było dużo bardziej przyszłościowym zajęciem. Czego najlepiej dowodził los majora Siorka. Już jako rencista zaangażował się on w prace Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich i założył wraz z grupą młodych zapaleńców Polskie Towarzystwo Eksploracyjne. Obie instytucje miały mu pomóc w znalezieniu „złota Wrocławia”. Co nigdy się nie udało, ale w latach 90. były oficer SB stał się prawdziwym mentorem dla poszukiwaczy skarbów oraz dolnośląskich dziennikarzy. Powstała nawet legenda o tym, iż sam ukrywa wiele tajemnic w swych archiwalnych zbiorach, z czasem nazwanych „archiwum Siorka”. Nad kwestią, czy major nie jest aby mitomanem (lub człowiekiem chorym psychicznie), jakoś nikt się nie zastanawiał.

Zresztą nie powinno to dziwić, skoro „złota Wrocławia” i „złotego pociągu” zaczęli szukać funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa na zlecenie ministrów z rządu Józefa Oleksego. Niestety w dokumentach, które odtajniono w 2006 r., przy okazji tzw. otwarcia szafy płk. Lesiaka, są opisane jedynie odpryski tej arcyciekawej historii. Zainspirowany opowieściami mjr. Siorka poszukiwacz skarbów Władysław Podsibirski przekonał w maju 1995 r. urzędników z Ministerstwa Finansów, a być może samego Grzegorza Kołodkę, że tony sztab złota znajdują się w tunelach pod górą Sobiesz w Karkonoszach. Wiceminister finansów Jan Bogutyn podpisał więc umowę z Podsibirskim, gwarantując mu 10 proc. znaleźnego, jeśli wskaże miejsce ukrycia skarbu. Nadzór operacyjny nad poszukiwaniami przejął UOP, opatrując je kryptonimem „T”. Ale po trzech miesiącach współpraca się załamała. Eksplorator skarżył się urzędnikom MF, że agenci zabrali mu tajną mapę i odmówili finasowania kopania dziur. UOP konfiskacie mapy zaprzeczał, podważając wiarygodność poszukiwacza. Ten jeszcze przez wiele lat szukał skarbu na własną rękę. O jakimkolwiek sukcesie nic nie wiadomo. Ale przecież wszyscy miłośnicy Indiany Jonesa wiedzą, że w przypadku ukrytych skarbów najfajniejsze nie są one same, lecz wszystko, co wiąże się z ich szukaniem. Nawet jeśli na koniec niczego się nie znajdzie.