Gorączka skarbów. Nie tylko "Złoty pociąg" skrywa tajemnice

Niemcy, złote i srebrne sztabki w Monachium
Niemcy, złote i srebrne sztabki w MonachiumBloomberg / Guenter Schiffmann
4 września 2015

Kiedy wydawało się, że tego lata jesteśmy skazani tylko na wyborcze skandale i katastroficzne doniesienia, nagle z podziemi wychynął pociąg pełen skarbów. Najpiękniejsze z marzeń kilku pokoleń awanturników i esbeków.

Nie dość, że cały miesiąc trwały koszmarne upały, to na koniec sierpnia Dolny Śląsk ogarnęła gorączka złota. Szybko się rozprzestrzeniając, bo, jak się okazuje, pamięć o skarbach zrabowanych przez III Rzeszę jest nadal żywa na całym świecie. Pierwsze jej symptomy zauważono, gdy Ministerstwo Kultury przyjęło zgłoszenie odnalezienia miejsca ukrycia niemieckiego pociągu pancernego z czasów II wojny światowej. Kancelaria prawna, reprezentująca anonimowych poszukiwaczy skarbów, podkreśliła, iż należy się za to 10 proc. wartości znaleźnego. Co rozpaliło media, które natychmiast przypomniały o legendzie złotego pociągu, którym pod koniec 1944 r. wywieziono ponoć z Wrocławia ogromne ilości szlachetnych metali, kosztowności, dzieł sztuki, a nawet Bursztynową Komnatę. „Widziałem dobrej jakości zdjęcie georadarowe, pokazujące, jak ten pociąg wygląda” – oświadczył tydzień temu generalny konserwator zabytków Piotr Żuchowski, podsycając i tak rozpaloną do białości atmosferę. I choć pojawia się coraz więcej głosów, że cała sensacja to wielka bujda, to i tak okolic 61 km trasy kolejowej z Wrocławia do Wałbrzycha muszą pilnować: policja, straż miejska i straż leśna. Wojewoda poprosił też ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka, aby szukaniem skarbu zajęło się wojsko. Tym oto sposobem po raz kolejny na żołnierzach spocznie odpowiedzialność za wydobycie z mroków historii „złota Wrocławia”. Tak jak kiedyś marzył gen. Czesław Kiszczak.

Odjeżdżający skarb

Pod koniec 1944 r. Wrocław, wówczas jeszcze Breslau, był jednym z ostatnich wielkich miast III Rzeszy, któremu nie groziły naloty dywanowe. Latające fortece sukcesywnie zrównały z ziemią Bremę, Kolonię czy Drezno, grzebiąc pod gruzami setki tysięcy ludzi. Niemieckie władze ewakuowały więc do Breslau uchodźców oraz to, co im jeszcze cennego pozostało: bankowe rezerwy szlachetnych kruszców, dzieła sztuki, papiery wartościowe etc. Aż w połowie stycznia 1945 r. ruszyła zza Wisły ofensywa Armii Czerwonej i stało się jasne, że Wehrmacht nie ma szansy jej powstrzymać. W tym czasie większość cennych rzeczy zniknęła. Nie zachował się żaden dokument informujący, co się z nimi stało. Za to zaraz po wojnie, gdy Polacy zasiedlali Wrocław, pojawiły się opowieści o pociągu lub pociągach, którymi wywieziono skarby. Przy czym stały element tych relacji stanowił motyw, iż składy nigdy nie dotarły w głąb Niemiec, lecz zostały ukryte w podziemnym tunelu gdzieś na Dolnym Śląsku. Tego, że skarby faktycznie istnieją, dowodziła lista Grundmanna. Jej autor Günther Grundmann był kustoszem prowincji wrocławsko-opolskiej w ostatnich latach istnienia III Rzeszy. Zgodnie z zaleceniem zwierzchników, gdy front zaczął zbliżać się do miasta, zadbał o ukrycie najcenniejszych archiwaliów, dzieł sztuki i precjozów z muzeów, kościołów oraz prywatnych kolekcji. Sukcesywnie rozmieścił je w ok. 80 skrytkach rozrzuconych na terenie Dolnego Śląska. Traf chciał, że ich zaszyfrowaną listę odnaleziono w zniszczonym budynku wrocławskiego Urzędu Konserwatora Zabytków. Sprawą zajął się Józef Gębczak, przysłany do Wrocławia przez szefa Dyrekcji Muzeów i Ochrony Zabytków prof. Stanisława Lorentza. Gębczak złamał szyfr Grundmanna i wkrótce zamkowe podziemia oraz kopalniane sztolnie zaczęła penetrować komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki, kierowana przez Witolda Kieszkowskiego. Odnaleziono wiele bezcennych dóbr kultury, w tym 19 skrzyń z dziełami sztuki z Wilanowa, Wawelu i Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Ale spora część skrytek Grundmanna okazała się pusta. Wyglądało na to, iż ktoś wyprzedził Polaków. Nic dziwnego, że narodziła się legenda o nadal nieodkrytych skarbach. Podsyciły ją zeznania aresztowanego w 1953 r. przez funkcjonariuszy wrocławskiego Urzędu Bezpieczeństwa Herberta Klosego. Dawny oficer niemieckiej policji mieszkał pod fałszywym nazwiskiem we wsi Sędziszowa w powiecie złotoryjskim. Podczas przesłuchania opowiadał, iż dowództwo Festung Breslau, nim zamknął się pierścień okrążenia, zebrało kosztowności należące do obywateli oraz złoto ze skarbców bankowych. Wszystko to wywiózł konwój ciężarówek szosą prowadzącą do Jeleniej Góry. Gdzie schowano skarb, zapakowany do 56 skrzyń, Klose nie wiedział. Jego nieco bajkowa opowieść, w której zupełnie brakowało pociągu, stała się natchnieniem dla pierwszego pokolenia poszukiwaczy dolnośląskich skarbów.

Z esbeka na eksploratora

Pozostało 91% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Powiązane

Autopromocja
381536mega.png
381439mega.png
381499mega.png