statystyki

Wojna telewizyjna - jak media pokazują konflikty

autor: Andrzej Krajewski05.07.2015, 12:00
wojna w afganistanie

Gwoździem do trumny amerykańskiej obecności wojskowej w Wietnamie było 700 dziennikarzy z całego świata, na stałe akredytowanych w Sajgonieźródło: ShutterStock

W Wietnamie Amerykanie wygrywali bitwy, lecz media pokazywały klęski, czekał więc ich upokarzający odwrót. Zabolał on podwójnie, bo choć interwencja zbrojna w Azji miała trzeciorzędne znaczenie, to porażka supermocarstwa zmieniała bardzo wiele

Po rzezi turystów w Tunezji oraz zamachu w Kuwejcie islamscy fundamentaliści znów zagarnęli dla siebie medialny prime time. Co przecież jest ich głównym celem, bo stanowi jedyny dostępny sposób destabilizowania Europy. Potencjał ekonomiczny i militarny Zachodu jest tak ogromny, że gdyby nawet Państwo Islamskie objęło swym panowaniem dużą część Bliskiego Wschodu oraz Afryki i tak nie miałoby szans na zwycięstwo w otwartej wojnie. Również krwawe zamachy niczego tu nie zmieniają. Śmierć dziesiątek czy setek ludzi to straszne wydarzenie, jednak nadal statystycznie więcej ginie w wypadkach na europejskich drogach.

Zupełnie odwrotnie rzecz się ma w sferze psychologicznej. Epatujący okrucieństwem islamiści łatwo wzbudzają popłoch w bogatych, przyzwyczajonych do bezpieczeństwa społeczeństwach. Zwłaszcza jeśli umiejętnie kreują zabijanie ludzi na wydarzenie medialne, dostępne dla każdego za pośrednictwem telewizji oraz internetowych portali społecznościach. Licząc na wzmocnienie kapitulanckich nastrojów w krajach demokratycznych i ostateczny ich odwrót z całego Bliskiego Wschodu. Straty ludzkie, jakie przy tym ponoszą, nie mają większego znaczenia. Co wprost nawiązuje do założeń taktycznych, jakie pięćdziesiąt lat temu premier Wietnamu Północnego Pham Van Dong zreferował w jednym zdaniu dziennikarzowi „The New York Timesa” Harrisonowi Salisbury. „Więcej Wietnamczyków niż Amerykanów gotowych jest umrzeć za Wietnam i będziemy prowadzić walkę tak długo, jak trzeba, aby Amerykanów przetrzymać” – stwierdził. Dziesięć lat później USA porzuciło swych sojuszników z Wietnamu Południowego, oddając go na pastwę komunistów.

Fortel prezydenta

„Wietnam jest ostatnią dziurą, dla której nie warto przelewać amerykańskiej krwi” – powiedział w rozmowie ze współpracownikami, niedługo po objęciu urzędu prezydenta w 1964 r. Lyndon Johnson. Jednak jego poprzednik John F. Kennedy wysłał do Wietnamu Południowego 16 tys. „wojskowych doradców”, by pomóc w walce z partyzantką Wietkongu, zaopatrywaną w broń przez Wietnam Północny. Komuniści chcieli podporządkować sobie podzielony kraj, a dzięki wsparciu ZSRR i Chin dysponowali odpowiednimi środkami. Wedle opinii politologów ich sukces miał wywołać efekt domina i po Wietnamie reszta krajów w Indochinach stopniowo stałaby się państwami satelickimi Związku Radzieckiego.

„Teoria domina nabrała charakteru sądu obiegowego i mało kto ją kwestionował” – zapisał były sekretarz stanu USA Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”. Jednak prywatnie Lyndon Johnson zupełnie w nią nie wierzył. Wedle relacji Kissingera zamieszczonej w książce pt. „Kryzys” prezydent uważał, iż Wietnam i całe Indochiny są obszarem mało istotnym dla interesów politycznych Stanów Zjednoczonych. Kluczowe znaczenie strategiczne miała przede wszystkim Europa oraz Bliski Wschód. Stąd Johnson uznał, że w wietnamskim konflikcie wystarczy wyznaczyć armii USA bardzo minimalistyczne cele do osiągnięcia. Opierał się przy tym na doświadczeniach wyniesionych z nieodległej przeszłości. „Wynik wojny koreańskiej interpretowano jako sukces polegający na tym, że nie pozwolono Chińczykom odnieść triumfu” – pisze Kissinger. „Chodziło o to, aby bez prowokowania Chin wykazać Wietnamowi Północnemu, że nie zdobędzie Wietnamu Południowego, a przeto nie ma innego wyjścia, jak tylko zasiąść do stołu obrad” – dodaje.

Doprowadzenie do tego w pełni zadowoliłoby prezydenta, ponieważ w rzeczywistości – co podkreśla Kissinger oraz wielu politologów – Johnson chciał się posłużyć wojną w Wietnamie, aby móc przeprowadzić wielkie reformy wewnętrzne w USA. Stworzony pod egidą Johnsona ambitny projekt „Wielkiego Społeczeństwa” (The Great Society) zakładał zamienienie Stanów Zjednoczonych w państwo opiekuńcze w stylu europejskim. Co wyjątkowo nie podobało się republikanom, a także wielu demokratom. W tej sytuacji zapanować nad Kongresem mógł jedynie przywódca cieszący się opinią wielkiego twardziela. Zręcznie wykorzystując interwencję zbrojną w Azji, Johnson mógł wykreować się na kogoś takiego. Dlatego wydał zgodę, by w sierpniu 1964 r. zainscenizowano w Zatoce Tokijskiej prowokację dającą mu do ręki casus belli.


Pozostało jeszcze 75% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (2)

  • POdobnie ...(2015-07-05 13:43) Zgłoś naruszenie 00

    ... jak na Ukrainu.

    Odpowiedz
  • wojna.INFO(2015-07-05 17:57) Zgłoś naruszenie 00

    Dawno nie czytałem takich bredni. Rozumiem że autorowi szkoda było czasu by poznać prawdziwe przyczyny klęski w Wietnamie i poprzestał na oficjalnej wersji, ale żeby nie zadać sobie trudu pisząc o współczesnym świecie!?
    To już WSTYD!

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie