statystyki

Klątwa Narutowicza: Prezydent to ma fajne życie. Ale nie w Polsce

autor: Andrzej Krajewski22.05.2015, 08:01; Aktualizacja: 22.05.2015, 08:26
„[Narutowicz] oświadczył mi z przerażeniem, że wie o zamiarze postawienia jego kandydatury na prezydenta w Zgromadzeniu Narodowym” – wspominał Józef Piłsudski. Zapytany o opinię, stanowczo odradził profesorowi kandydowanie. Sam również odmówił startowania w wyborach

„[Narutowicz] oświadczył mi z przerażeniem, że wie o zamiarze postawienia jego kandydatury na prezydenta w Zgromadzeniu Narodowym” – wspominał Józef Piłsudski. Zapytany o opinię, stanowczo odradził profesorowi kandydowanie. Sam również odmówił startowania w wyborachźródło: Wikimedia Commons

Prezydent to ma fajne życie. Ale nie w Polsce. Tutaj niemal każdy kolejny kończył swoją karierę tragicznie lub żałośnie

Trzeba być niepoprawnym optymistą, aby ubiegać się o urząd prezydenta Polski. I to nie dlatego, że szansę na zwycięstwo ma jedynie polityk wspierany przez bogaty i dobrze zorganizowany aparat partyjny oraz życzliwe media. Rzecz w tym, iż od niemal stu lat wśród osób, które choć otarły się o najwyższy urząd w państwie, trudno znaleźć kogoś, komu wyszło to na zdrowie.

Martwy sługa ojczyzny

Zbliżało się południe, kiedy pierwszy prezydent II Rzeczypospolitej przyjechał do Zachęty. Gabriel Narutowicz chciał tak zademonstrować, że nie boi się nagonki, jaką zaraz po jego wyborze rozpętała endecja. Kiedy odradzano mu publiczne wystąpienia, odpowiedział: „W Polsce nie ma tradycji królobójstwa”. Tymczasem na wystawie czekał już z browningiem w kieszeni malarz Eligiusz Niewiadomski.

Narutowicza do Zachęty zaprowadziły jego najlepsze cechy charakteru. Od ponad dwudziestu lat był obywatelem Szwajcarii. Projektował tam linie kolejowe, wodociągi oraz wielkie hydroelektrownie. Wykładał też na politechnice w Zurychu. Zdobywszy sobie autorytet w świecie nauki, profesor mógł się cieszyć spokojnym, luksusowym życiem. Tymczasem po wybuchu I wojny światowej zorganizował Polski Komitet Samopomocy zbierający fundusze na wsparcie dla rodaków w ojczyźnie oraz organizacji niepodległościowych. Gdy wymarzona Rzeczpospolita powstała, Narutowicz długo wahał się, co zrobić. W Warszawie doradzał ministrowi robót publicznych Józefowi Pruchnikowi. W Zurychu mieszkała schorowana żona. Dopiero po jej śmierci w 1920 r. ostatecznie porzucił bogatą Szwajcarię, wybierając wielkie wyzwanie, czyli udział w odbudowie zniszczonej Polski. Przez dwa lata kierował Ministerstwem Robót Publicznych, udowadniając, jak świetnym jest fachowcem. W końcu zaproponowano mu stanowisko ministra spraw zagranicznych, ponieważ zarówno lewica, jak i prawica uznawały go za człowieka godnego szacunku. Wszystko zmieniły wybory prezydenckie. Marginalne PSL „Wyzwolenie” postanowiło wystawić w nich Narutowicza.

„Oświadczył mi z przerażeniem, że wie o zamiarze postawienia jego kandydatury na prezydenta w Zgromadzeniu Narodowym” – wspominał Józef Piłsudski. Zapytany o opinię, stanowczo odradził profesorowi kandydowanie. Sam również odmówił startowania w wyborach. Przyjęta w marcu 1921 r. konstytucja została tak skrojona, by głowa państwa nie posiadała realnej władzy. Wybierany przez Zgromadzenie Narodowe na siedmioletnią kadencję prezydent pełnił tylko funkcję pośrednika w sporach pomiędzy partiami i pomagał formować rząd. Nie mógł wetować ustaw ani wydawać dekretów. Taką prezydenturę skrojono specjalnie dla Józefa Piłsudskiego. Ale Marszałek nie zamierzał zakładać sobie politycznego kagańca. Natomiast Narutowicz nie usłuchał rad wytrawnego gracza. Zatelefonował do przewodniczącego PSL „Wyzwolenie” Stanisława Thugutta i zadeklarował: „Ja kandydować nie chcę, ale jeśli »Wyzwolenie« wybór przeprowadzi – wybór przyjmę”. Jak przystało na skończonego idealistę, wierzył, iż tak najlepiej przysłuży się ojczyźnie.

Faworytem był i tak wysunięty przez Chrześcijański Związek Jedności Narodowej Maurycy Zamoyski. 9 grudnia 1922 r. wygrywał on kolejne tury głosowania, lecz nie uzyskiwał kwalifikowanej większości. Odpadali kolejni konkurenci, a partie, tracące własnych kandydatów, przerzucały głosy na neutralnego Narutowicza. Tym sposobem outsider zwyciężył, co zupełnie zaskoczyło parlamentarzystów i opinię publiczną. Już następnego dnia w „przypadkowego prezydenta” uderzyła fala nienawiści. „Naród, w którego żyłach płynie krew, a nie gnojówka, musi się wzburzyć” – oświadczył na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Stanisław Stroński. W prasie endeckiej ogłoszono, że Żydzi oraz Ukraińcy narzucili Polsce (faktycznie kluby mniejszości jak jeden mąż głosowały na Narutowicza) masona i ateistę na prezydenta. Chcąc uniemożliwić elektowi złożenie ślubowania, 11 grudnia demonstranci zablokowali drogę do Sejmu. W walkach miedzy endekami a aktywistami PPS rany odniosło ok. 30 osób. Potem bój na pięści stoczyli w parlamencie posłowie. Ci mniej rozhisteryzowani namawiali Narutowicza do dymisji. Ale ten postanowił nie ulegać szantażystom i dzielnie znosił kolejne próby poniżania, za wszelką cenę starając się być prezydentem godnym szacunku. Dlatego otrzymawszy zaproszenie do Zachęty, zjawił się na wystawie.

Tam czekał nań parający się malarstwem zredukowany urzędnik z Ministerstwa Kultury i Sztuki Eligiusz Niewiadomski. Tak naprawdę chciał on zastrzelić Piłsudskiego, którego uważał za bolszewika i wroga narodu. Kiedy prezydentem został Narutowicz, zmienił wybór. Malarz Jan Skotnicki zapisał, iż jego przyjaciel Niewiadomski, przygnębiony codziennością bezrobotnego, postanowił skończyć ze sobą. „Chciał jednak popełnić samobójstwo, wykorzystując je jednocześnie na wielki, efektowny, historyczny czyn” – dodawał. Gdy wybiło południe, Narutowicz zatrzymał się przed obrazem Teodora Ziomka „Szron”. Wówczas za jego plecami pojawił się Niewiadomski, korzystając z tłoku niepostrzeżenie wyciągnął z kieszeni pistolet i pociągnął za spust. „Największy wróg Polski nie mógłby wymyślić czegoś, co by ją bardziej mogło poniżyć” – zapisała krewna zamordowanego dr Józefa Kodisowa.


Pozostało jeszcze 75% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie