Warszawa jednak tupnęła nogą, bo ponad 93 proc. tych, którzy wczoraj lokale wyborcze odwiedzili, chciało przerwania prezydentury wiceszefowej Platformy. To tupnięcie powinno być słyszane szczególnie dobitnie w Alejach Ujazdowskich, w kancelarii premiera. To premier bowiem powinien się teraz zastanowić, co zrobić, by podobnego balansowania na linie w czasie kolejnych wyborów do Sejmu nie musiała przeżywać cała jego partia, wczoraj poddana próbie jedynie w Warszawie.

Nie zamierzam przesądzać, kto miał wczoraj rację – ten, kto poszedł, czy ten, kto został w domu. W jakimś stopniu i jeden, i drugi, bo Warszawa należy do jej mieszkańców, a nie do polityków. Stolica jako całość pokazała, że odrzuca politykę i polityczne pohukiwania. Odkąd w nawoływanie do udziału w referendum zaangażowało się Prawo i Sprawiedliwość, a Jarosław Kaczyński wychodził nie tylko z każdego telewizora, ale niemal z każdej lodówki, grzmiąc, że Warszawa powinna być wielka, było coraz bardziej prawdopodobne, że warszawiacy referendum zlekceważą. Właśnie dlatego że mają dość polityki i polityków, ich apeli i konferencji, ich porad i sugestii, ich mlaskania i grożenia palcem. Zwyczajnie nie wierzą w kolejne kłamstwa, bo słyszeli ich już setki, a może tysiące.

Gdyby działania skierowane przeciw Hannie Gronkiewicz-Waltz miały cały czas pierwotny charakter oddolnego, obywatelskiego ruchu zbuntowanych mieszkańców, miałyby dużo większe szanse. Tymczasem jak pokazuje kolejne doświadczenie, politycy potrafią zepsuć wszystko, co od początku ma teoretycznie duży potencjał.

Inicjator wczorajszego głosowania, burmistrz Ursynowa Piotr Guział z trybuna ludowego podszczypującego wielką wciąż, szczególnie w Warszawie, Platformę, będącego do wczoraj na wznoszącej, od dzisiaj stanie się medialnym antybohaterem, ojcem porażki, twórcą „niepotrzebnego” zamieszania. Będzie przyjmował ciosy niczym bokser, sierpowe i proste będą się na niego sypać z każdej możliwej strony. Z łowcy stanie się ofiarą. Hanna Gronkiewicz-Waltz do tego miana szykowana jednak się wybroniła, więc tłum będzie potrzebował innego celu. Jak wiadomo nie od dzisiaj, rewolucja z upodobaniem pożera własne dzieci. Guział takim chłopcem do zjedzenia na pewno się stanie, już wczoraj wieczorem słychać było głosy, że z własnej kieszeni powinien pokryć kilkumilionowe koszty głosowania.

Ale jest też dobra wiadomość. Ponad półtora miliona warszawiaków pójdzie dzisiaj do pracy, zje obiad, odbierze dzieci ze szkoły, wróci do domu, zje kolację, poczyta książkę i pójdzie spać. Mało kto zauważy, że wczoraj coś się działo. Bo czy rzeczywiście coś się działo?