Z tych zeznań i wywiadów z uczestnikami wydarzeń, jakie przeprowadził również na własną rękę "Sunday Telegraph", wynika, że już rok przed inwazją premier Tony Blair zadeklarował w ciemno poparcie dla każdej decyzji prezydenta George'a Busha. Potem przyrzekł mu również udział armii brytyjskiej w wojnie, ale nie zlecił w porę przygotowań operacyjnych i uzupełnienia wyposażenia. Z relacji wojskowych wynika, że brak było wszystkiego, a ruszając na wojnę z Irakiem żołnierze w jednym z oddziałów mieli po 5 pocisków do broni strzeleckiej.

Analizy gazety wskazują też na nieudolność brytyjskich dowódców, którzy po zwycięskiej kampanii nie umieli zorganizować okupacji Basry i - w zamian za święty spokój - oddali inicjatywę w mieście irackiej opozycji. W końcu Amerykanie przestali w ogóle liczyć na sojusznika i sami zaprowadzili tam porządek.

"Sunday Telegraph" uzyskał też ciekawą wypowiedź bliskiego doradcy prezydenta Busha. Stephen Hadley twierdzi, że do wojny doszło, gdyż Amerykanie i Brytyjczycy nie przejrzeli gry Saddama Husajna. Iracki dyktator rzeczywiście nie miał broni masowego rażenia - zniszczył ją zgodnie z rezolucją ONZ, ale na użytek Iranu udawał, że ma ją nadal - i udawał zbyt skutecznie.