Nie wiemy, jak się skończy wyborcze zamieszanie, ale doszliśmy do punktu, w którym lider PiS i jego ludzie paktują z pojedynczymi posłami Porozumienia, usiłując wpłynąć na ich głosowanie. Metody, jeszcze niedawno stosowane wobec polityków opozycji, PiS stosuje wobec członków własnego klubu parlamentarnego. I nie ma pewności, że ich przekona. Zgodnie z nieoficjalnymi informacjami z różnych stron liczba posłów stojących przy Gowinie zmienia się jak poziom Wisły w Kępie Polskiej. Z jednej strony słychać o 12 posłach, z drugiej o czterech-pięciu, którzy mogą poprzeć lidera.

Ale nie o samą liczbę chodzi. Nawet tych czterech czy pięciu posłów, którzy stanęliby przy liderze Porozumienia oznaczałoby, że większość rządowa może się oprzeć na jednym głosie. Na dłuższą metę tak się rządzić nie da, co oznacza, że lider PiS będzie musiał szukać nowej formuły. A to jeden z celów, do którego dążył Gowin, zaczynając grę w sprawie wyborów. Bez względu na taktyczną zręczność prezesa PiS, dwie rzeczy już się wydarzyły. Po pierwsze, Kaczyński stracił komfort rządzenia. Po drugie, pewność większości w Sejmie.

W filmie „Gettysburg” opowiadającym o największej bitwie wojny secesyjnej jest scena, w której zdezorientowani generałowie Konfederacji opowiadają głównodowodzącemu Robertowi Lee, jak nieoczekiwanie doszło do bitwy. – Oni zaczęli strzelać, my zaczęliśmy strzelać i nagle okazało się, że przed nami jest cała Armia Potomaku – mówili. Armia Wirginii weszła niegotowa do walki w terenie, który sprzyjał przeciwnikowi.

Podobna historia przydarzyła się PiS. Gdy okazało się, że mogą być kłopoty z wyborami w czasie pandemii, PiS postąpił tak, jak postępował do tej pory. Mimo delikatności sytuacji, postanowił narzucić reszcie sceny własne warunki, zmieniając ordynację wyborczą przy okazji ustaw covidowych. Podobnie jak w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, wygrywała taktyka i dorzucanie doraźnych idei. Najpierw pomysł dodania głosowania korespondencyjnego dla seniorów i osób w kwarantannie, a potem kolejny, całościowego głosowania pocztowego. W efekcie, zamiast układać się z opozycją, lider PiS doprowadził do sytuacji, w której musi negocjować z posłami własnego klubu. To pokazuje, że nawet władza prezesa ma swoje granice.

Wyznaczenie politycznego limesu przez jednego z koalicjantów może skomplikować realizację innych projektów partii Kaczyńskiego, równie wielkich, co kontrowersyjnych. W szufladzie wciąż zalega ustawa o dekoncentracji czy repolonizacji mediów, która może wywołać ostre spory o granice wolności słowa, rolę mediów i dziennikarzy. Zbigniew Ziobro, należący do radykalnej frakcji obozu rządzącego, choć teraz siłą rzeczy zepchnięty na drugi plan, w którymś momencie znów o sobie przypomni tym razem forsując zapowiedziane już spłaszczenie struktury sądów. A pamiętamy, kto głosował za jedną z takich reform i się nie cieszył. Wydaje się, że przy obecnych relacjach w Zjednoczonej Prawicy nikt z gowinowców, a zwłaszcza sam Gowin, nie pozwoli drugi raz zastawić na siebie identycznej pułapki. Nie po tym, co poświęcił w imię aktualnego stawiania granic prezesowi PiS.

Wielu politykom partii rządzącej marzy się głęboka reforma podziału administracyjnego. Chodzi o utworzenie nowych województw (np. warszawskiego) czy głębokie zmiany na szczeblu powiatów (z możliwością ich likwidacji). Pytanie, czy skłócona koalicja rządząca zachowa zdolność do przeprowadzania tak szeroko zakrojonych zmian. Zwłaszcza że w tym przypadku opór środowisk samorządowych może być nieporównywalnie większy niż przy ostatnim buncie w sprawie przesłania Poczcie Polskiej danych ze spisów wyborców. To rozchwianie widać już teraz. Nieoficjalnie wiadomo, że w sobotę z inicjatywy Gowina pojawił się wariant zaskarżenia do TK przepisów kodeksu wyborczego (o czym pisał Wojciech Szacki) w celu odkręcenia dotychczasowych zmian prawnych. Jednocześnie, jak wynika z naszych informacji, był rozważany wariant wycofania z Senatu ustawy o głosowaniu korespondencyjnym. Ale na taką ekwilibrystykę nie zgodził się Kaczyński.

Jeśli konflikt z gowinowcami nie zostanie wygaszony, obozowi władzy grozi poważna niestabilność. Wiele zależy od tego, jak bardzo poobijane wyjdzie z tego starcia Porozumienie. W PiS słychać opinie, że Gowin liczy się z opcją rozpadu partii i jej częściowego wyjścia z obozu dobrej zmiany. Wczoraj, gdy Gowin pertraktował przy Nowogrodzkiej, trzech jego działaczy, w tym wiceprezesi, zorganizowało konferencję, na której namawiali do wyborów w maju. Być może – jak twierdzi jeden z rozmówców – Gowin myśli o stworzeniu politycznego centrum w nowej formule, np. z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, Pawłem Kukizem i częścią działaczy PO. Paradoksalnie może się okazać, że PiS, forsując własne warianty, by utrwalić władzę prawicy, doprowadzi do jej osłabienia.