W Partii Demokratycznej dzieje się rzecz bez precedensu. Ponieważ w dotychczasowych prawyborach żaden z pretendentów nie był w stanie przekroczyć progu jednej czwartej zdobytych głosów, stronnictwo wciąż nie ma kandydata na prezydenta, który zmierzyłby się z coraz lepiej radzącym sobie w sondażach Donaldem Trumpem.

O partyjną nominację, a de facto przywództwo w stronnictwie, może powalczyć czarny koń, który w ogóle nie startował w pierwszych dwóch plebiscytach i nie ma go też na liście do głosowania w dwóch kolejnych: Nevadzie i Karolinie Południowej. To były burmistrz Nowego Jorku, miliarder i potentat z branży medialnej oraz polityczny pragmatyk Michael Bloomberg. W listopadzie DGP opisał jego sylwetkę jako outsidera, ale teraz biznesmen może naprawdę zagrozić ambicjom walczących od ponad roku kandydatów lewicy.

Bloomberg wystartuje dopiero w zaplanowany na początek marca tzw. superwtorek, kiedy głosują mieszkańcy kilkunastu stanów, w tym większość Południa oraz dwa największe, czyli Teksas i Kalifornia. Niemal hazardowe podejście Bloomberga do prawyborów polega również na tym, że programowo nie bierze on udziału w debatach i liczy, że jego przeciwnicy sami się wyeliminują, atakując się wzajemnie. Za to puszcza swoje spoty wyborcze, głównie w stanach głosujących w superwtorek. Jego majątek szacuje się na 50–200 mld dol., dlatego wydanie miliarda – jak obiecał – nie wydaje się być dla niego problemem.

Na razie wykupił czas antenowy za 350 mln dol., kwotę niewyobrażalną dla żadnego z rywali, którzy opierają się na subsydiach od biznesu i organizacji pozarządowych lub – jak Bernie Sanders i Elizabeth Warren – czekach od zwykłych ludzi, często nieprzekraczających 50 dol. Bloomberg ma jeszcze jeden wynikający ze swojego bogactwa atut. Jest w stanie opłacić najlepszych speców od marketingu politycznego i komunikacji, przelicytowując konkurencję o wiele wyższymi płacami sztabowców. I wreszcie niemal dosłownie rozdaje kiełbasę wyborczą, tylko w stylu nowojorskiego snoba. Na jego spotkaniach wyborczych uczestnicy są częstowani francuskimi serami i drogim winem.

Ale Bloomberg wykonuje jednocześnie sporo typowo politycznej pracy, żeby na serio powalczyć o nominację. Kiedy był burmistrzem Nowego Jorku, wybranym zresztą z listy Partii Republikańskiej, spotykał się z oskarżeniami o rasizm. Tego trupa z szafy dotąd nie udało mu się pozbyć, ale jest do tego na najlepszej drodze, bo przekonuje do siebie coraz więcej członków klubu Afroamerykanów Izby Reprezentantów, tzw. Black Caucus. W niedzielę poparcia miliarderowi udzielił kongresmen Bobby Rush z Chicago, który za młodu był członkiem Czarnych Panter, bojówki niestroniącej od sięgania po narzędzia terrorystyczne.

Bloomberg chce wciągnąć na pokład swojej kampanii Hillary Clinton. W sztabie rozważana jest opcja zaproponowania jej kandydatury na wiceprezydenta. W sobotę „Drudge Report”, powołując się na źródła z zaplecza eksburmistrza Nowego Jorku, podał, że zlecone przez Bloomberga sondaże pokazują, iż taki tandem miałby największe szanse na pokonanie w listopadzie Donalda Trumpa. Sztab oficjalnie nabiera w tej sprawie wody w usta. – Skupiamy się na tym, co najważniejsze i na debacie, a nie spekulacjach w sprawie wiceprezydentury. Na to jest stanowczo za wcześnie – powiedział Jason Schechter, odpowiedzialny w kampanii Bloomberga za komunikację.

Chwilę potem sam kandydat napisał na Twitterze, że nie byłby tam, gdzie jest, gdyby nie współpraca z nowojorskimi politykami. To aluzja do czasów, kiedy Clinton była senatorem z tego stanu, a Bloomberg włodarzem metropolii. Niewątpliwie przydałaby mu się pomoc byłej pierwszej damy i jej męża. Clintonowie są dalej najbardziej wpływowym tandemem na zapleczu Partii Demokratycznej i o ile idolem większości Amerykanów pozostaje Barack Obama, to oni akurat mają dostęp do działaczy decydujących o partyjnych zasobach politycznych, kadrowych i finansowych. Problem w tym, że Hillary jest znienawidzona przez lewicowe skrzydło demokratów, które nie zapomniało jej wyeliminowania Berniego Sandersa w wyborach cztery lata temu.

Otwarty pozostaje scenariusz, w którym Bloomberg miesza w demokratycznych prawyborach, a zaraz potem się z nich wycofuje i startuje jako kandydat niezależny, centrowy. Jeszcze nigdy, odkąd w epoce poprzedzającej wojnę secesyjną ukształtował się system dwupartyjny, kandydat nieposiadający legitymacji demokratów lub republikanów nie wygrał wyborów prezydenckich. Ale parę razy zdarzyło się tak, że odebrał dość głosów reprezentantowi jednego z głównych stronnictw, by uniemożliwić mu zwycięstwo.