Faktycznie, niektóre z poczynań środowisk rewolucyjne tolerancyjnych są nieapetyczne i prostackie. Wiele osób powiązanych z feminizmem bądź „kulturą LGBT” widzi w Kościele związek przestępczy, przeznaczony do likwidacji zaraz po tym, jak zakażemy przepuszczać kobiety w przejściach i nakażemy chłopcom bawić się lalkami. I tak dalej. Trudno oczekiwać od obrońców kultury katolickiej, że nie będą reagować. Zwłaszcza że ich argumenty, szczególnie kiedy nieco otrzepać je z kościelnej nowomowy, są zazwyczaj słuszne. Życie w prawdzie o sobie, zdawanie sprawy z zamiarów i osiągnięć Bogu, wysiłek, aby złapać nieco chociaż bożego światła i zanieść je innym ludziom, wreszcie świadomość, że biologia to nie wszystko, pomogły ustać na nogach bardzo wielu katolikom (i niewierzącym spozierającym jednak na nauczanie chrześcijańskie z wnikliwym zainteresowaniem). Dla spójności narodowej praca księży była nieoceniona. Sumienie – ten, jak mawiał Hitler, „żydowski przesąd” – bywało i bywa kształtowane w cieniu krzyża i możemy znaleźć bardzo liczne przykłady pięknych zachowań motywowanych właśnie sumieniem.

Ale… No tak, jest „ale” polityki (przepraszam za źle kojarzące się słowo) napinania konfliktu ze środowiskami wrogów Kościoła. Po prostu w czasie walki nie dokonuje się istotnych zmian u siebie. A bez tych reform, do tej pory mgliście zarysowanych, księża, niesieni bezwładem instytucji zasłużonej, lecz będącej w kryzysie, doprowadzą do upadku Kościoła w Polsce. Pospieszne reformowanie zazwyczaj jest gorsze niż trwanie, jednak próba uspokojenia własnych wojsk pod sztandarem, którego hasło na ogół przypisujemy PO: – „Niech będzie, jak było, bo trzeba skupić się na walce z PiS” (w tym przypadku „walce z wrogami Kościoła”) – jest pomyłką.