Z informacji DGP wynika, że w PiS trwa poważna dyskusja na temat ewentualnych przetasowań personalnych w radzie ministrów – dojść do nich może w kwietniu lub na początku maja.

Jednym z głównych celów zmian miałoby być wygaszenie sporu z nauczycielami. W podobny sposób PiS zadziałał rok temu – wówczas wymiana ministra zdrowia miała uspokoić burzliwe nastroje lekarzy i pielęgniarek.Tym razem z rządu odeszłyby przede wszystkim osoby znajdujące się na listach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. Zatem nie tylko szefowa MEN Anna Zalewska, lecz także wicepremier Beata Szydło.

Kluczowe jest też pytanie o dalszy los minister finansów. Mimo medialnej burzy wokół Teresy Czerwińskiej panuje powszechne przekonanie, że dymisji nie będzie. Sam premier doniesienia o jej odejściu określił przedwczoraj mianem „burzy w szklance wody”. Niemniej jeden z naszych rozmówców zasugerował, że gdyby minister zdecydowała się rozstać z resortem, to wówczas pokieruje nim sam Mateusz Morawiecki. Przynajmniej do wyborów. Szef rządu miałby osobiście dopilnować, aby w przyszłorocznym planie wydatkowym zmieściło się wszystko, co zapowiedział prezes PiS.

W sobotę premier mówił o możliwości zwiększenia deficytu, aby zrealizować piątkę Kaczyńskiego. Ale Czerwińska wciąż milczy o ekstra pieniądzach na ten cel. – Dzisiaj minister wraca z kilkudniowego zwolnienia lekarskiego i wszyscy oczekujemy, że zabierze głos w sprawie obietnic wyborczych oraz określi się, jeśli chodzi o swoją przyszłość w rządzie – mówi nam osoba z kręgów rządowych.

Znakiem zapytania pozostaje dalszy los Joachima Brudzińskiego. Jest natomiast niemal pewne, że w rządzie zostanie Elżbieta Rafalska, która kandyduje do PE z okręgów zachodniopomorskiego i lubuskiego.

UE ZACZYNA GRAĆ NA TAKI SCENARIUSZ, ŻE BREXITU NIE BĘDZIE

Jak podkreśla jeden z naszych rozmówców, do końca kadencji nie ma mowy o dymisjach ministrów niezwiązanych z kampanią europejską. Spać spokojnie może ponoć nawet szef resortu energii Krzysztof Tchórzewski. – Zmiana takich osób przed jednymi i drugimi wyborami byłaby politycznym błędem. Przyznaniem, że coś było nie tak – mówi nasz rozmówca.