statystyki

Marzena Dębska o swoim mężu: Był obrońcą życia. To on tak naprawdę był pro life

autor: Magdalena Rigamonti25.01.2019, 07:00; Aktualizacja: 25.01.2019, 07:41
Marzena i Romuald Dębscy fot Maksymilian Rigamonti

Marzena i Romuald Dębscy fot Maksymilian Rigamontiźródło: Dziennik Gazeta Prawna
autor zdjęcia: Maksymilian Rigamonti

Dopiero teraz, po śmierci prof. Romualda Dębskiego, dowiaduję się o rzeczach, które zrobił dla innych ludzi. O tym, w jakiej sytuacji uratował życie pacjentki czy dziecka. Na każdym kroku spotykam się z opowieściami, ludzie chcą mówić, że dzięki niemu żyją, że dzięki niemu są rodzicami, a ich dzieci z nimi są - mówi Marzena Dębska w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

Ile dzieci urodził?

Nie wiem dokładnie. Pewnie całkiem spore miasto by się uzbierało. Zawsze mi mówił: nie wiesz, co zrobić z pacjentką, to pomyśl, że to jest twoja siostra, matka, córka. I natychmiast będziesz wiedziała. Natychmiast. On miał proste zasady: jak nie wiesz, co powiedzieć, powiedz prawdę, jak nie wiesz, co zrobić, zrób dobrze, bądź przyzwoity. To są recepty, które od lat powtarzam też swoim młodszym kolegom. I to zawsze działa. Zawsze wiadomo, co robić. I pacjentki czują, że to jest szczere.

Mówi się o przepracowaniu lekarzy, ich wypaleniu, znieczulicy, a pani o empatii.

Mówię o tym, bo prawdziwa empatia pomaga pracować. I wiem, że niektórzy lekarze empatię udają. Uśmiechają się, są zadbani, ładnie pachną i myślą, że jak będą wyfiokowani, eleganccy, to pacjentki im zaufają. Nic z tego. A przepracowanie, cóż, teraz patrzę na to z zupełnie innej perspektywy. Mój mąż prof. Romuald Dębski od lat pracował non stop. Albo był na sali operacyjnej, skupiony, precyzyjny, schylony, albo przy komputerze, zgarbiony. I w pewnym momencie się okazało, że nie może się wyprostować, bo ma tak wielkie zmiany zwyrodnieniowe w odcinku szyjnym kręgosłupa. Mniej więcej pół roku temu zaczęła go bardzo boleć szyja. Poszedł na konsultację do neurochirurgów. Okazało się, że ma dramatycznie zwężony kanał kręgowy. Wersja dla mnie, dla rodziny, dla przyjaciół była taka, że nie da się tego zoperować. Chodził na ćwiczenia, na masaże i nawet były tego efekty. Ale wystarczało, że przeprowadzał jakąś ciężką operację, stał nad pacjentką przy stole operacyjnym kilka godzin i znowu się pogarszało. Oczywiście nam mówił, że rehabilitacja, ćwiczenia i wszystko będzie dobrze.

Kłamał?

Kiedy doszło do tego nieszczęśliwego wypadku i byłam z nim w szpitalu, pojawili się neurochirurdzy i usłyszałam: oj, szkoda, że się profesor nie zoperował. Zrobiłam wielkie oczy, jak to szkoda, mówił, że nie podjęliście się operacji. Okazało się, że proponowali, tylko było ryzyko, że profesor może mieć niesprawne ręce. I podobno jasno powiedział, że jak ma sam nie operować, nie leczyć, to na własną operację się nie decyduje. Uważam, że poświęcił swoje życie pracy i pomocy, pomaganiu innym. Każdego dnia to udowadniał.


Pozostało jeszcze 88% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (4)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie