statystyki

Anna Szałaśna: Gdybym chowała w sobie nienawiść do Niemców, to jaka by była z tego korzyść? [WYWIAD]

autor: Magdalena Rigamonti01.09.2017, 07:11; Aktualizacja: 01.09.2017, 10:26
Anna Szałaśna więźniarka obozów Auschwitz i Ravensbrück, po wojnie pracowała w Instytucie Sztuki PAN

Anna Szałaśna więźniarka obozów Auschwitz i Ravensbrück, po wojnie pracowała w Instytucie Sztuki PANźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Gdybym chowała w sobie nienawiść do Niemców, to jaka by była z tego korzyść? Jak się przebaczy, to jest lżej. Jednak przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, to nie znaczy, że nie można oceniać tego, co się przeżyło

O czym pani chce ze mną rozmawiać?

O pani późnym dzieciństwie i wczesnej młodości.

O wojnie. Nie byłam już dzieckiem.

1 września...

Miałam prawie 13 lat. I od dziecka czułam, że jestem dojrzała. Inne też było wtedy życie społeczne i towarzyskie. Rodzice traktowali dzieci poważnie. Chodziło się do teatrów. Miałam sześć lat, gdy byłam na „Dziadach” we wspaniałym teatrze w Stanisławowie, prowadzonym przez Stanisława Jareckiego. Do dziś pamiętam scenę na cmentarzu i to: „Nie chciałeś jadła, napoju? Zostawże nas w pokoju. A kysz, a kysz!” – i to jak się wciskałam w krzesełko. Wszystko pamiętam.

Wszystko?

Wszystko. Od września 1939 r. – każdy dzień, każdą minutę mogę pani opowiedzieć. Całą wojnę i o tym, co po niej. Wszystko. I jeszcze to, że chyba od samego urodzenia się nie bałam. Nie było nigdy we mnie lęku.

Rodzice powiedzieli, że wojna wybuchła?

Nie musieli mówić. Bomby było słychać. Zresztą dużo wcześniej było wiadomo, że coś się święci. Wszystko o tym mówiło, drzewa mówiły. Wiedzieliśmy po prostu, że wojna się szykuje.

Teraz też wielu ludzi tak mówi.

Teraz jest inaczej. Wtedy wszyscy mieli pewność. W czerwcu skończyłam szkołę powszechną. Sześcioletnią. Zdałam egzaminy do gimnazjum i do konserwatorium muzycznego. Już miałam kupiony płaszczyk granatowy z niebieską wypustką. Bardzo elegancki, piękny. Łatwo się domyślić, że ani jednego dnia go nie miałam na sobie. W sierpniu byłam w Rabce w pensjonacie dla dzieci. Mama po mnie przyjechała już w połowie miesiąca. W pociągu były tłumy, wszędzie, na korytarzach, w przedziałach. Jedziemy, patrzę przez okno, a tu nasi żołnierze układają z gałęzi jakieś konstrukcje i pamiętam nawet, co pomyślałam: Co wy robicie, gałązkami zielonymi chcecie coś zamaskować? Przecież to głupota. Żołnierzyki, gałązki... Ech, żadnego przygotowania nie było. Zresztą potem nieraz się o tym przekonałam. Ojciec był naczelnikiem biura wojskowego dyrekcji kolejowej w Toruniu. Mieszkaliśmy tam od pół roku. Rodzice, moich dwóch starszych braci i ja.

Wiem, że wcześniej we Lwowie.

A jeszcze wcześniej w Stanisławowie, a później przed Toruniem, w Poznaniu. Wróciłyśmy z mamą z Rabki i co ojciec przyszedł do domu, to dzwonił telefon, a tam głos: panie naczelniku, samochód po pana jedzie. Ojciec wstawał i jechał do biura. Wracał do domu i znowu telefon. I tak przez całe dwa tygodnie sierpnia. Któregoś dnia w południe przyszedł zdenerwowany. Z mamą zamknął się w pokoju. Podeszłam, żeby chociaż coś usłyszeć.

Podsłuchać chyba.

Oczywiście, że podsłuchać. Okazało się, że bardzo wczesnym rankiem kolejarze byli na granicy, bo przecież północna granica Niemiec przebiegała niedaleko Torunia, no i przyszli do ojca złożyć meldunek, że po stronie niemieckiej tłumy wojsk, czołgi i że wszystko wygląda tak, jakby za chwilę Niemcy mieli wejść do Polski. Ojciec o 6 rano zadzwonił do dyżurnego oficera sztabowego zgłosić sprawę, a tam: „Jak pan śmie o tej porze mnie budzić, ja pana do dyscyplinarki podam”. Pamiętam dokładnie te słowa.


Pozostało jeszcze 89% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (3)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie