Według niego 90 proc. decyzji reprywatyzacyjnych było wydawanych dla prawowitych spadkobierców ludzi, którzy np. zginęli w Katyniu, represjonowanych, "ale była też grupa ludzi, która traktowała reprywatyzację biznesowo". Jak mówił wiedzieli o tym wszyscy, którzy widzieli dokumenty.

"Pan Marcinkowski denerwował się, gdy coś szło nie po jego myśli" - mówił Śledziewski. Jak dodawał, Marcinkowski twierdził, że nie ma problemu, aby w razie potrzeby wyłożyć kilkadziesiąt tysięcy zł dla prasy. "Mówił, że gdyby chciał, to by został dyrektorem biura w mieście" - dodawał świadek konkludując, że "na pewno jego zachowanie w urzędzie było inne niż innych stron".

"Gdy nie było mnie przy biurku, dzwonił do pani naczelnik. Gdy nie było jej - prosto do dyrektora. Dzwonił, nagabywał, zależało mu, żeby było szybko" - dodawał.

Świadek o przeniesieniu szkoły przed decyzją reprywatyzacyjną

Nie jest normalne, że szkoła jest przenoszona przed wydaniem decyzji reprywatyzacyjnej - zeznał b. urzędnik ratusza Krzysztof Śledziewski przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

Jest on pierwszym świadkiem, który w poniedziałek zeznaje przed komisją ws. nieruchomości przy ul . Twardej 8. W związku z postępowaniem reprywatyzacyjnym na rzecz "handlarza roszczeń" Macieja Marcinkowskiego, decyzją Rady Miasta musiało się stamtąd przenieść jedno z najlepszych stołecznych gimnazjów.

"To był jedyny przypadek, że przed wydaniem decyzji Rada Miasta przeniosła szkołę w inne miejsce" - dodał Śledziewski, który był referentem sprawy reprywatyzacji tej nieruchomości w warszawskim ratuszu.

Śledziewski dodał: "działalność kuratorów budziła moje wątpliwości". Podkreślał, że decyzje zapadały na poziomie szefa Biura Gospodarki Nieruchomości czy prezydent miasta.

Pytany, czy nie budziła jego wątpliwości wycena praw i roszczeń do tej nieruchomości na 50 zł za m kw. - w sytuacji, gdy w tej lokalizacji cena może wynosić nawet 12 tys. za m kw. - Śledziewski odparł, że nie przypomina sobie by jego przełożeni mówili mu, że ta wycena jest zbyt niska. Zdaniem świadka, "panowie Marcinkowscy byli bardzo skuteczni".

Wniosek prawnika Marcinkowskiego o wyłączenie z KW Jakiego oddalony

Pełnomocnik Macieja Marcinkowskiego mec. Marek Gromelski wniósł w poniedziałek o wyłączenie z poniedziałkowych obrad komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji jej szefa Patryka Jakiego. Wniosek został oddalony.

Wcześniej mec. Gromelski mówił, że do takiego wniosku skłonił go sposób prowadzenia obrad przez Jakiego, który uznał za tendencyjny. Jaki zadeklarował, że wyłączy się z głosowania w tej sprawie i ocenił, że wypowiedź Gromelskiego ma charakter polityczny, dlatego ją przerwał.

"Ale ja jeszcze nie skończyłem" - mówił Gromelski, domagając się oddania mu głosu. "Dosyć tego, nie będzie już politycznych wypowiedzi" - odpowiedział na to Jaki. "Ale miał się pan wyłączyć" - zareagował na to członek komisji poseł Robert Kropiwnicki (PO).

W tej sytuacji członek komisji Sebastian Kaleta - któremu Jaki przekazał prowadzenie obrad w tym punkcie - zarządził głosowanie w sprawie wniosku o wyłączenie szefa komisji. Nie uzyskał on większości - wniosek poparła 1 osoba, 5 było przeciw, a 2 się wstrzymały.

Śledziewski: prezydent nie podpisywała osobiście decyzji reprywatyzacyjnych

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie podpisywała osobiście decyzji reprywatyzacyjnych; przez pewien okres prezydent osobiście nadzorowała BGN - zeznał b. urzędnik ratusza Krzysztof Śledziewski przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

Jest on pierwszym świadkiem, który w poniedziałek zeznaje przed komisją ws. nieruchomości przy ul. Twardej 8. W związku z postępowaniem reprywatyzacyjnym na rzecz "handlarza roszczeń" Macieja Marcinkowskiego, decyzją Rady Miasta musiało się stamtąd przenieść jedno z najlepszych stołecznych gimnazjów.

"Decyzję zwrotową należało podjąć, natomiast można było nie podejmować uchwały o przeniesieniu szkoły" - powiedział Śledziewski, który był referentem sprawy reprywatyzacji tej nieruchomości w warszawskim ratuszu. Dodał, że można też było przyjąć "mikroplan", który by przewidywał, że ta nieruchomość jest przeznaczona na cele oświatowe.

"Miasto taką wiedzę posiadało" – tak świadek odparł na pytanie, czy ws. tej nieruchomości miasto miało wiedzę, że w sprawie występują "nieznani spadkobiercy". Dodał, że nie było żadnych opinii prawnych w tej sprawie. Zaznaczył, że "w tego rodzaju Biznacjum, jakim jest urząd m. st. Warszawy, niektóre instytucje przerzucały się kompetencjami".

Pytany, kto dysponował pełnomocnictwami do wydawania decyzji reprywatyzacyjnych, Śledziewski odparł, że takie uprawnienia mieli wicedyrektorzy Biura Gospodarki Nieruchomościami. Dodał, że nie zna przypadku, by decyzje takie podpisywała prezydent lub wiceprezydent.

Świadek wskazał, że w okresie między 2012, a 2014 r. prezydent Gronkiewicz-Waltz, przez pewien czas, osobiście nadzorowała BGN.

Świadek: Była co najmniej jedna sytuacja gdy prezydent chciała zmiany decyzji

W swoim referacie spotkałem się z co najmniej jedną sytuacją, w której pani prezydent życzyła sobie zmiany decyzji Biura Gospodarki Nieruchomościami - zeznał w poniedziałek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji b. urzędnik stołecznego ratusza Krzysztof Śledziewski.

Jak mówił, chodzi o nieruchomość u zbiegu al. Solidarności i Towarowej w Warszawie, gdzie Hanna Gronkiewicz-Waltz miała wyrazić niezadowolenie, że Biuro wydało decyzję odmowną. Według tego, co Śledziewskiemu przekazano z drugiej ręki, dyrektor BGN miał usłyszeć od prezydent Warszawy: "zawiodłam się na panu" - zeznał Śledziewski.

Jak dodał, projekty decyzji z zasady przygotowywali urzędnicy w biurze. Jak dodał, "tzw. +góra+, w naszym (stołecznych urzędników - PAP) przekonaniu prezydent i zastępcy, wymagała wydawania ok. 300 decyzji reprywatyzacyjnych rocznie". Każdy urzędnik miał według niego przygotować dwie decyzje zwrotowe w miesiącu, ale - jak dodał - nigdy nie osiągnięto tego poziomu decyzji.

Według niego, przełożeni "niejednokrotnie zwracali w celu dokonania korekt projekty decyzji", ale takie korekty nie zmieniały istoty tej decyzji, bo jej treść już na początku oznajmiała urzędnikom naczelniczka wydziału Gertruda Jakubczyk-Furman

Pytany o skalę "nacisków Macieja Marcinkowskiego" na urzędników ratusza Śledziewski powiedział, że "od pewnego momentu pan Marcinkowski był bardzo niezadowolony z biegu spraw w ratuszu" gdy chodzi o wydawane decyzje reprywatyzacyjne.

Śledziewski: Było polecenie by wydawać 300 decyzji reprywatyzacyjnych rocznie

Polecenie 300 decyzji było wydawane ustnie, natomiast były też maile, że trzeba przygotować każdego miesiąca dwa projekty decyzji zwrotowych - zeznał w poniedziałek b. urzędnik stołecznego ratusza Krzysztof Śledziewski przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

Poseł Paweł Lisiecki zapytał świadka czy była próba nałożenia na Biuro Gospodarki Nieruchomościami określonych, np. rocznie limitów wydawanych decyzji administarcyjnych ws. reprywatyzacji, czy to były polecenia służbowe.

"Polecenie 300 decyzji było wydawane ustnie, natomiast były też maile, od już nie pamiętam czy od naczelnik czy od dyrekcji, że trzeba przygotować każdego miesiąca dwa projekty decyzji zwrotowych, każdy pracownik prowadzący postępowanie" - przyznał Śledziewski.

Świadek został również zapytany o tempo rozpatrywania spraw zwrotowych w przypadku osób które zajmowały się handlem roszczeniami. Śledziewski odparł, że procedury były różne w zależności np. od tego czy grunt był zabudowany czy niezabudowany "Wiadomo, że siła oddziaływania wszelkiego rodzaju tych handlarzy roszczeń była w mojej ocenie dużo silniejsza na urząd niż pojedynczego dajmy na to Kowalskiego, Lewandowskiego, czy Nowaka" - ocenił.

Śledziewski ocenił również współpracę między urzędem miasta a resortem finansów w sprawie wypłaconych odszkodowań. "Ta współpraca była dość kiepska, przynajmniej do pewnego czasu. To wszystko w 2016 roku zaczęło lepiej funkcjonować, natomiast były sprawy, kiedy po sześć, siedem razy pisaliśmy do ministerstwa finansów o udzielenie informacji" - powiedział

"Ta współpraca na pewno nie była dobra" - podkreślił.

Śledziewski: "Ratusz woli zwracać niż wypłacać odszkodowanie"

O zasadzie "Ratusz woli zwracać niż wypłacać odszkodowanie" opowiedział w poniedziałek komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. b. urzędnik ratusza Krzysztof Śledziewski.

Pytany, czy praktyka Biura Gospodarki Nieruchomościami zmieniła się z czasem, gdy zaczęły narastać wątpliwości, co do działalności osób ubiegających się o reprywatyzację, świadek odparł, że zmiana "polegała na tym, że coraz więcej zwracano".

"Było powiedzenie: Ratusz woli zwracać niż wypłacać odszkodowanie" – oświadczył Śledziewski. Według niego, "po 2010 r. ruszyło to szerszą falą".

Odpowiadając na jedno z pytań, Śledziewski oświadczył, że nie otrzymywał od przełożonych informacji, by "miasto podejmowało efektywne działania celem obrony majątku miasta".

Świadek podkreślił, że po tym, gdy w ręce wiceszefa BGN trafiła jedna z nieruchomości, wszyscy pracownicy Biura zostali zobowiązani do złożenia oświadczenia, czy mają jakieś roszczenia o nieruchomości.

Świadek: Marcinkowski próbował w sądzie wymóc na mieście zwrot Twardej 8

Maciej Marcinkowski próbował sądownie wymóc na mieście przejęcie nieruchomości przy ul. Twardej 8 - zeznał w poniedziałek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji b. urzędnik stołecznego ratusza Krzysztof Śledziewski.

Jak powiedział Śledziewski, miasto odmówiło Marcinkowskiemu zawarcia umowy o użytkowanie wieczyste, a ten skierował sprawę do sądu. "Chciał sądownie wymusić na mieście zawarcie takiej umowy" - zeznał. Podkreślił, że w sprawie Twardej 8 postępowanie wznowiono i wedle jego wiedzy nieruchomość nadal stanowi własność miasta.

Mówił też, że na wniosek prawdopodobnie wiceprezydenta Jóźwiaka, Biuro Gospodarki Nieruchomościami napisało projekt decyzji o stwierdzenie nieważności decyzji Samorządowego Kolegium Odwoławczego z 2010 r. ws. Twardej 8, która z kolei stwierdzała nieważność decyzji Prezydium Rady Narodowej z lat 50. "Nie wiem jak to się skończyło" - dodał.

Pytany, czy urzędnicy dyskutowali o postępowaniach w SKO, Śledziewski powiedział, że rozmawiano o tym wielokrotnie. "Mówiliśmy, że SKO nie zawsze ustala pełen krąg spadkobierców i wydaje decyzje, gdy zgłoszą się spadkobiercy dwóch-trzech osób, a tych osób jest np. siedem. Między nami, a SKO istniał nieformalny konflikt. SKO starało się jak najwięcej spraw przerzucić na prezydenta" - powiedział świadek.

Śledziewski wskazał np. przypadek, który w końcu stanął przed NSA: "kto ma odtwarzać zaginione akta w sytuacji, gdy postępowanie prowadzi SKO?" NSA wtedy uznał, że skoro postępowanie prowadzi SKO i akta zaginęły, to SKO a nie prezydent jest obowiązane na potrzeby własnego postępowania te akta odtworzyć - stwierdził Śledziewski.

Śledziewski: Przejmowaliśmy się losem wyrzucanych lokatorów

Przejmowaliśmy się losem wyrzucanych lokatorów z przejętych kamienic - zapewniał komisję weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. b. urzędnik ratusza Krzysztof Śledziewski.

"Mówiliśmy im, że mogą zaskarżać decyzję nowych właścicieli; oni z tego czasem korzystali" - powiedział Śledziewski, zastrzegając że mówi o działaniach szeregowych pracowników Biura Gospodarki Nieruchomościami.

Przewodniczący komisji Patryk Jaki pytał w imieniu Rady Społecznej o losy, złożonego w 2010 r. społecznego raportu o nieprawidłowościach w reprywatyzacji. "Czy wpłynął on na BGN?" - indagował. "Nie sądzę; nie kojarzę tego raportu" - odpowiedział Śledziewski.

Wypowiadając się co do nieruchomości Twarda 10, świadek podkreślił, że pojawiający się w tej sprawie "kurator z Karaibów" występował na etapie postępowania w Samorządowym Kolegium Odwoławczym. "Urząd nie ingerował w orzeczenia SKO" - dodał.

Jaki zwrócił uwagę, że Maciej Marcinkowski najpierw kupił prawa do 3/22 części tej nieruchomości za milion zł, a potem 19/22 części - za 480 tys. zł. "Czy to nie budziło podejrzeń?" - pytał szef komisji. "Mamy wolność gospodarczą, by strony ustalały cenę" - odparł świadek. Zaznaczył, że "gdyby to nie był dobry zarobek, te grupy nie imałyby się tego".

Czy 3,5 tys. zł czynszu, ustanowionego przez miasto dla Macieja Marcinkowskiego za nieruchomość Twarda 10, było czymś standardowym? - dopytywał Jaki. Świadek wyjaśnił, że tak, bo po tym, gdy NSA zakwestionował różnicowanie opłat czynszowych przez miasto w zależności od charakteru nieruchomości, Rada Miasta uchwaliła czynsz na zasadzie "złotówka razy metr" - niezależnie od nieruchomości.