statystyki

Rząd za samorząd. Partie zawsze miały o co walczyć

autor: Andrzej Krajewski10.02.2017, 07:25; Aktualizacja: 10.02.2017, 08:58
wybory, głosowanie

Jak na razie Jarosław Kaczyński ujawnił dwa triki, za pomocą których zamierza odbić stolicę i co większe miasta. Jednak wprowadzenie kadencyjności prezydentów i burmistrzów od zaraz oraz rozszerzenie Warszawy na połowę Mazowsza z daleka pachnie naginaniem prawa do granic jego wytrzymałości.źródło: ShutterStock

Połączenie demokracji lokalnej z państwowym autorytaryzmem zwykle pasuje niczym pięść do nosa. Przy czym to samorządowcy są nosem.

Jak zjeść samorządowe ciastko i dalej mieć demokratyczne ciastko, gdy oba wypieki są tym samym ciastkiem? Ten problem spędza Prawu i Sprawiedliwości sen z powiek. Poprzedni rok dowiódł, że samorządy w Polsce odgrywają wielką rolę nie tylko w kwestii wydawania funduszy unijnych, które zostały zamrożone w obawie przed kontrolami CBA (co tak mocno odbiło się na wzroście PKB). Mogą one też być bastionami parlamentarnej opozycji, jak choćby Gdańsk czy Sopot dla Platformy. Albo też stać się szansą na ratunek dla tonącej partii, jak w przypadku Nowoczesnej – Wrocław. Poza tym samorządy to ogromny rezerwuar pieniędzy i etatów, pozwalających ugrupowaniu politycznemu oferować obfite łupy wiernym stronnikom. Jednym słowem, partie mają o co walczyć. Jak na razie Jarosław Kaczyński ujawnił dwa triki, za pomocą których zamierza odbić stolicę i co większe miasta. Jednak wprowadzenie kadencyjności prezydentów i burmistrzów od zaraz oraz rozszerzenie Warszawy na połowę Mazowsza z daleka pachnie naginaniem prawa do granic jego wytrzymałości. Acz jeszcze nie łamie podstawowych zasad demokracji, sprowadzających się do tego, że większość sprawuje władzę. Co może okazać się niewystarczające, bo cały kłopot z demokracją polega na tym, że wyborcy miewają własne zdanie i czasami złośliwie głosują na opozycję. Wówczas rządząca partia może pogodzić się z decyzją suwerena lub uznać, iż wie lepiej, co dla większości jest dobre. Narzucając owo dobro za pomocą pomysłów zaczerpniętych całymi garściami z czasów uzdrawiania II RP.

Bo wyborcy byli złośliwi

„Społeczeństwo polskie choruje na przerost myślenia politycznego” – zdiagnozował podstawowy problem słuchaczom pod koniec października 1933 r. wicemarszałek Sejmu Karol Polakiewicz. Nadzorujący trwającą reformę samorządową polityk podczas konferencji z wielkopolskimi działaczami Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem jasno mówił, jakie są cele obozu władzy. „Czy nie widzimy, że samorząd opanowany wielokrotnie przez czynniki opozycyjne spełnia rację swego istnienia w sporach z władzami państwowymi, jakby z jakimś czynnikiem samorządowi wrogim? Toteż samorząd należy oczyścić z przewagi myślenia politycznego, należy tchnąć w niego ducha fachowości i uwzględnienia we właściwy sposób potrzeb ludności” – deklarował Polakiewicz. „Czynniki polityczne uczyniły z samorządu twierdzę, fortyfikację, z której ostrzeliwują swych przeciwników” – ostrzegał przed nadchodzącą bitwą.

Przypadłość z nadmiernym „myśleniem politycznym” społeczeństwa na szczeblu lokalnym ujawniła się niedługo po zamachu majowym. Utworzony przez Józefa Piłsudskiego obóz sanacyjny gładko przejął centralne urzędy, a na poziomie lokalnym wymieniono połowę starostów. Obywatele nie okazali sprzeciwu, w swej większości pozytywnie przyjmując zachodzące zmiany. Mając nadzieję, iż ukrócą one wszechobecne wcześniej w państwie partyjniactwo. Obóz rządzący z wielkim optymizmem przystępował więc do wyborów samorządowych, zaplanowanych na cały rok 1927. Z powodu rozbiorów nadal na terenie II Rzeczypospolitej obowiązywały trzy systemy samorządowe przejęte po zaborcach. Nie udało się ich wcześniej ujednolicić, co powodowało, że głosowania w miastach i okręgach wiejskich odbywały się w bardzo różnych terminach, uzależnionych od lokalnych przepisów i uwarunkowań.

Wszędzie BBWR przygotował własne listy kandydatów, licząc na łatwy sukces. Dlatego też późniejsze rozczarowanie okazało się tak bolesne. W Radomiu, pierwszym z dużych miast, gdzie na początku maja 1927 r. przeprowadzono wybory, zdecydowanie wygrała Polska Partia Socjalistyczna. Kilka dni później Warszawę zdominowali endecy. Ich triumf w stolicy był rzeczą szczególnie przykrą dla obozu władzy. Do warszawskiej rady miejskiej, liczącej 120 miejsc, weszło aż 47 przedstawicieli Gospodarczego Komitetu Obrony Polskości Stolicy (pod takim szyldem startowało Stronnictwo Narodowe) oraz zaledwie 16 sanacyjnych radnych. Nawet PPS miała o 11 mandatów więcej. Nie lepiej sytuacja przedstawiała się w Wilnie. Choć miejscowa prasa stale atakowała „endecką klikę” rządzącą miastem. „Od ośmiu lat gospodarka Magistratu jest jednym nieprzerwanym skandalem” – zżymał się jeszcze przed głosowaniem „Kurier Wileński”. Mimo to wspólna lista endeków i chadeków wywalczyła 11 mandatów w 48-osobowej radzie miejskiej. O sukcesie mogły też mówić PPS i mniejszość żydowska, które zdobyły po dziewięć mandatów. Natomiast radnych sanacji w ukochanym mieście Marszałka było zaledwie pięciu. Mniej już dziwił fakt, że w Łodzi wygrał PPS. Ogólnie na terenie Kongresówki i województw wschodnich triumfowali albo narodowcy, albo PSL „Piast” lub socjaliści wraz z mniejszościami narodowymi. Wszędzie sanacja dostawała tęgi łomot. Szczęściem dla obozu rządzącego nie musiał on przeprowadzać wyborów w bardzo endeckiej Wielkopolsce. Zaś autonomiczny Górny Śląsk rządził się własnymi prawami. Tak niespójny ustrój samorządowy uchronił BBWR przed ostatecznym blamażem. Dawał też wielkie pole do popisu na przyszłość.


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (2)

  • Autorytaryzm (2017-02-10 14:11) Zgłoś naruszenie 61

    A TK i Rzepliński naginający prawo polskie pod ulubiona opcje POlityczną, to był dopiero autorytaryzm i, a zacżęli od złamanai Konstytucji w VI 2015 r Ustawą o TK, a jeszcze wcześnie Ustwą Emerytalna -zdaniem wielu niezależnych prawników złamali w TK prawo nie działania wstecz.

    Odpowiedz
  • autorytaryzm ma różne oblicza i ojców(2017-02-10 13:58) Zgłoś naruszenie 40

    "Połączenie demokracji lokalnej z państwowym autorytaryzmem zwykle pasuje niczym pięść do nosa" - nIe zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ta demokracja potrafi być autorytarna i w samorządach. Ostatni przykład to Wroclaw (odwołanie wybranego w konkursie Morawskiego), czy Gdańsk - granie syryjskimi sierotami - to są również obrzydliwe zagrywki autorytarne.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie