statystyki

Zula z Polski. O czeczeńskiej lekarce, która z uchodźcy stała się obywatelką

autor: Sylwia Czubkowska05.02.2017, 14:30; Aktualizacja: 05.02.2017, 15:38
Żołnierze rosyjscy w Czeczenii

Druga wojna czeczeńska przemieniła się w walkę partyzancką i przestano się łudzić, że konflikt szybko się zakończy.źródło: ShutterStock

Syna urodziłam po ucieczce w szpitalu w Inguszetii. Gdy wracałam do Groznego, miał trzy miesiące. Całą drogę płakałam, zupełnie nie poznałam miasta. Wszystkie domy były z dziurami po odłamkach, a za każdą dziurą było życie człowieka.

Zagaduję ochroniarza: – Do pani Zuli?

– Na pierwsze piętro i po lewej.

Wchodzi roześmiana. Blond włosy, mocny, choć elegancki makijaż, kobiece, nowoczesne ubranie. Widzimy się drugi raz w życiu, ale mam wrażenie, że ma ochotę pochylić się i pocałować mnie w policzek jak dobrą koleżankę.

Każdy, kto zajmuje się w Polsce tematem uchodźców, zna „panią Zulę” lub przynajmniej o niej słyszał. Jej nazwisko to żadna tajemnica, ale prosi, by nie podawać go w tekście, podobnie jak imion jej synów i nazwy szkoły, gdzie pracuje.

– Kim jestem? Uchodźcą. Tak, mam to po tylu latach w krwi. Jestem Czeczenką, oczywiście. Ale Polką też. Mam przecież obywatelstwo. Już od pięciu lat. Jaka byłam dumna, jakie to szczęście było, gdy przyszła informacja, że je dostanę. Z Kancelarii Prezydenta dzwonili, pogratulowali, że jest pozytywna decyzja, i pytali, czy chciałabym uroczyście je odebrać. Sam prezydent – wtedy Bronisław Komorowski – by je wręczył. Ale ja się wstydziłam, nie chciałam z pompą, tylko tak zwyczajnie, od urzędnika. Więc poszłam i odebrałam, taki piękny dokument w czerwonej oprawie. Syn od razu wrzucił zdjęcie na Facebooka – wspomina ze śmiechem.

Gdy pierwszy raz słuchałam jej historii w grupie kilku osób, odwracaliśmy głowy, by nie okazywać wzruszenia. I nie dlatego, że jej historia była nadzwyczaj dramatyczna, z przerażającymi szczegółami, z beznadzieją w zakończeniu. Wręcz przeciwnie. Zula miała wyjątkowe szczęście. Straciła dom, ojczyznę, brata, rodziła dzieci w trakcie wojny, musiała porzucić karierę lekarza, rodziców i drugiego brata, widziała zabijanych sąsiadów, przyjaciół, członków rodziny, przeżyła kilka lat ciągłych upokorzeń. Ale i tak miała wyjątkowe szczęście.

– Opowiem, jak to było. Opowiem, bo ludzie powinni wiedzieć, od czego my tam uciekaliśmy. Że to nie tak, że chcieliśmy porzucać domy, ojczyznę, rodziny. Nigdy bym przecież nie powiedziała, że kiedyś będę w Polsce mieszkać i że tak naprawdę tyle tu dobrego dostanę.

– Nigdy nie spotkały tu pani żadne nieprzyjemności? Naprawdę?

– Nie, nigdy.

Ale i tak prosi, by pisać o niej bez nazwiska.

Wojna

– Miałam 26 lat. Dopiero co skończyłam studia medyczne, pracowałam na stażu z chirurgii dziecięcej i byłam w ciąży – przed Zulą zaczynało się życie. Ale wszystkie plany zmieniły się 22 grudnia 1994 r., gdy wojsko rosyjskie zaczęło ostrzał artyleryjski, a po kilku dniach regularny szturm na Grozny. – Jaka ja byłam przerażona, gdy zaczęły się bombardowania, gdy czołgi wjechały do miasta, gdy pojawili się żołnierze. Nam się na początku wydawało, że jeszcze jakoś się dogadamy, w końcu przecież wszyscy byliśmy z jednego państwa. Mnie, jako że byłam już w zaawansowanej ciąży, wysłano do Inguszetii do szpitala, a moja rodzina uciekła do Dagestanu. W marcu urodziłam synka.

Najgorsze walki o Grozny skończyły się w lutym. Najgorsze to znaczy takie, o których dziś historycy mówią, że szturm ten nie miał sobie równych od czasu operacji berlińskiej z 1945 r. Żołnierzy po obu stronach konfliktu zginęło blisko trzy tysiące. Ilu cywili? Oficjalnie wciąż nie wiadomo. Miasto było całkowicie zniszczone.

– Wróciłam do Groznego, gdy mój synek miał już trzy miesiące. Całą drogę płakałam, zupełnie nie poznałam miasta. Wszystkie domy były z dziurami po odłamkach, a za każdą dziurą życie człowieka. Weszłam do swojego mieszkania. Nie było szyb w oknach, meble, książki, moje ukochane pianino poniszczone, w ścianach odłamki rakiet. Jedna wielka ruina. A my w takim pięknym miejscu mieszkaliśmy – w centrum miasta, tuż przy placu im. Lenina, obok kina Jubileuszowego. Mój brat został w tym mieszkaniu, był pacyfistą, nie wierzył, że ta wojna będzie taka, nie wierzył, że bratni żołnierze będą zabijać. Ja tego nie widziałam, tylko mi ludzie opowiadali, że to było 6 stycznia, kolejnego dnia szturmu. Z sąsiadami zobaczyli na podwórzu rosyjskich żołnierzy w opancerzonym samochodzie. Zeszli do nich zagadać, o papierosy poprosić. Ostrzelano ich, części mężczyzn udało się ukryć. Mój brat zginął. Nie było pogrzebu. Tylko takie metalowe kraty z okien na niego zrzucono, żeby ciała psy nie rozszarpały. Pochowaliśmy to, co z niego zostało, dopiero na wiosnę.

Po najgorszych bombardowaniach Groznego z przełomu 1994 i 1995 r. ludność cywilna zaczęła powoli wracać do miasta. Szczególnie że w reszcie republiki trwały walki partyzanckie i nie było tam wcale bezpieczniej. Choć masowe naloty rosyjskie już się nie powtórzyły, wojna trwała. Mimo to niewielu uciekło.

Czeczeni pojawili się w Polsce w 1994 r., ale pierwszego roku wojny wnioski o azyl złożyły zaledwie dwie osoby. – Tak zazwyczaj bywa na początku konfliktów. Ludzie liczą na to, że to potrwa kilka tygodni, może miesięcy, nie chcą opuszczać domów, dobytku, a jak już uciekają, to gdzieś w pobliże, by móc szybko wrócić – tłumaczy Kamil Kamiński z Fundacji Przestrzeń Wspólna, pracującej z uchodźcami.

Szybko jednak okazało się, że w warunkach wojny trudno mówić o jakiejś normalności. – Tydzień, dwa względnego spokoju, a potem znowu atak. Podczas jednego z nich ukryliśmy się w piwnicy, Czeczeni i Rosjanie razem, była z nami pani Wala, która całe życie mieszkała w Groznym. Jeden z pocisków trafił w klinikę dentystyczną na parterze przy naszym budynku i od razu kilka osób zginęło. Kolejny w plac zabaw dla dzieci. W pewnym momencie przybiegł mój mąż i wołał, by wyjść, bo jest z nim mój wujek, ranny. Dostał odłamkiem. Taka byłam wystraszona, trzęsąca się, z dzieckiem przy piersi, że gdy zobaczyłam krew lejącą się przez dziurę w dżinsach, to choć jestem chirurgiem, zasłabłam. Tamowaliśmy ją jakimiś chusteczkami, czymkolwiek, byle się nie wykrwawił. Potem przewieziono go do szpitala, ale odłamka nie udało się usnąć. Został mu do końca życia.

Wojnę czeczeńską zakończył rozejm w sierpniu 1996 r. Na jego mocy Republika Czeczenii pozostawała wciąż częścią Federacji Rosyjskiej, ale w praktyce funkcjonowała jako niezależne terytorium. Tak niezależne, że wojska rosyjskie miały w niej stacjonować, a kwestia powrotu do rozmów o niezależnej republice odłożona została na pięć lat.

– Znowu wróciła w nas nadzieja. Odbyły się wybory, Maschadow został wybrany prezydentem. Remontowaliśmy się, urodził mi się drugi syn, a starszy nawet zaczął chodzić do szkoły. I wtedy nagle w Rosji zaczęły się te zamachy bombowe na budynki mieszkalne. Zamachy, o które obwiniono Czeczenów. Pamiętam do dziś: 23 września 1999 r. robiłam coś w kuchni, gdy nagle przybiegła moja mama, o wiele za wcześnie, z pracy i kazała się szybko pakować. Usłyszeliśmy taki charakterystyczny dźwięk, świst, który już doskonale znaliśmy. Samoloty, wystrzał, a potem spadające bomby. Tym razem było inaczej niż za pierwszym razem, bo do miasta nie weszli żołnierze, tylko zaczęło się jego ostrzeliwanie.

Drugą wojnę czeczeńską znów rozpoczął atak na Grozny. 6 grudnia 1999 r. wezwano mieszkańców miasta do jego opuszczenia, zapowiadając, że osoby pozostające w mieście będą uważane za terrorystów oraz bandytów i zostaną zniszczone przez artylerię i lotnictwo. Szturm zaczął się 12 grudnia.

– I znowu trzeba było się szybko pakować, zabierać, co tylko było cenne, i uciekać. Ja pochodziłam z dość zamożnej rodziny, mama była dyrektorką w szkole, rodzina męża także miała trochę majątku, kilka mieszkań. Ja jak każda dziewczyna w Czeczenii miałam sporo złotej biżuterii, zbieranej przez całe życie, z różnych okazji. I wtedy wszystko to, co mieliśmy, trzeba było wyprzedawać za grosze, bylebyśmy mogli wyjechać, wynająć samochód i potem się utrzymać. Całym konwojem cywilnych uchodźców wyjeżdżaliśmy z miasta. Rosjanie wiedzieli, że to cywile, było widać, że ludność ucieka z Groznego. I mimo to ostrzelali konwój z samolotów. Znowu znaleźliśmy się w Inguszetii. Wtedy było tam już takie miasteczko dla uciekinierów, drewniane domki, a w każdym pokoju cała rodzina. Kolejne grupy uchodźców musiały jednak mieszkać już w namiotach postawionych przez UNHCR. Zima, więc warunki były straszne. Pamiętam, jak nas ratowały paczki z pomocą od Polskiej Akcji Humanitarnej. Kto by wtedy pomyślał, że trafię właśnie do Polski.


Pozostało jeszcze 68% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (12)

  • darth maul(2017-02-05 19:20) Zgłoś naruszenie 147

    promocja beżowych. Tfu.

    Odpowiedz
  • BRYTAN(2017-02-05 17:25) Zgłoś naruszenie 111

    ZA CO MAM PŁACIĆ ŁOBUZY.

    Odpowiedz
  • Pan Murzyński Filipiński(2017-02-06 01:43) Zgłoś naruszenie 62

    Ocieplanie wizerunku - tak to nazywacie?

    Odpowiedz
  • ABC(2017-02-05 21:26) Zgłoś naruszenie 61

    Ciekawe co wyrośnie z tych jej synów?

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • tiny(2017-02-06 11:49) Zgłoś naruszenie 40

    Większość Czeczeńców jedzie na Zachód - proponuję zapoznać się z doniesieniami niemieckich gazet o mafiach, jakie ci ludzie tam tworzą, a potem wypisywać bzdury o czeczeńskiej lekarce. Mnie w Polsce operował lekarz z Syrii, który w Polsce studiował medycynę i tu pozostał. To nie przeszkadza mi jednak dostrzec, że ponad 80% uchodźców z tego kraju po dwóch latach pobytuy w NIemczech wciąż jeszcze nie podjęło żadnej pracy i żyje z hojnego niemieckiego socjalu. Koszty ich utrzymania idą w miliony. Euro.

    Odpowiedz
  • StAAbrA(2017-02-05 18:55) Zgłoś naruszenie 26

    To się nazywa legendowanie . Aha , Polacy , w unii , nie dostają obywatelstwa na gwizdek , tak jak to robią różne Błaszczyki z każdą V kolumną , która tu się tylko pojawi .

    Odpowiedz
  • Polak(2017-02-05 21:29) Zgłoś naruszenie 20

    To prawda skrzywdzimy dziecko swoich nią umiemy wychowac

    Odpowiedz
  • Lex(2017-02-06 20:06) Zgłoś naruszenie 20

    Zachowanie czeczencow moze ocenic ten kto kolo nich mieszkal. W szczegolnosci rodzice dzieci, ktore chodzili z czeczencami do szkoly. Noszenie noza przy sobie przez 10latka jest normalka. Ci ludzie nie nadaja sie do zycia w Europie. Gorzyste tereny Kaukazu to ich zywiol.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • krak(2017-02-08 11:09) Zgłoś naruszenie 11

    Smucą mnie komentarze. Każdy kto chce pracować dla PL powinien być w PL mile widziany. Bez względu na pochodzenie czy religię. Czeczeni to dumny naród jak nasi przodkowie Sarmaci. Tej krwi nam potrzeba

    Odpowiedz
  • Gosc(2017-03-12 09:32) Zgłoś naruszenie 00

    Czeczen-nie Czeczeniec

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie