Co łączy profile: Obywatele Decydują, społeczności wspierającej referenda i obywatelskie inicjatywy ustawodawcze, Ośrodka Monitorowania Zachowań Ksenofobicznych i Rasistowskich, który monitoruje i nagłaśnia przypadki rasizmu, szczególnie w sieci, oraz satyryczny, czasem dosyć kontrowersyjny, Pitu Pitu? Co łączy gwiazdora TVN Jarosława Kuźniara, lewicowego publicystę Jasia Kapelę i prawicowego działacza Samuela Pereirę?

Wszyscy na własnej skórze odczuli, czym kończy się „złamanie standardów społecznościowych” Facebooka. Nawet jeżeli nie bardzo wiedzą, o jaki standard chodziło. Albo zaklinają się, że byli niewinni. Każdy z wymienionych w pewnym momencie chciał się zalogować na swoim koncie na Facebooku, ale zamiast zobaczyć znany panel, znajomych lub fanów, ujrzeli taki sam komunikat: w związku ze złamaniem regulaminu serwisu konto zostało zablokowane.

Znikasz z Facebooka

To było naprawdę dla nas spore zaskoczenie. Jako Ośrodek Monitorowania Zachowań Ksenofobicznych i Rasistowskich zajmowaliśmy się już od kilku miesięcy publikowaniem przykładów takich zachowań. Mocne, oburzające przykłady: zdjęcie kobiety z dzieckiem na ręku i jej komentarz, że szkoda, iż więcej uchodźców nie powyzdychało. Zawodowy żołnierz w mundurze Rzeczypospolitej Polskiej i komentarz o „Murzynie, którego trzeba trzymać na łańcuchu”. Nasza akcja odbiła się sporym echem, więc spodziewaliśmy się fali hejtu. Ale tego, że Facebook zablokuje konta wszystkim administratorom naszego fan page’a z powodu „złamania regulaminu”? Nie, tego by nawet Mrożek nie wymyślił – opowiada Konrad Dulkowski, współzałożyciel Teatru TrzyRzecze i wspomnianego ośrodka. – To wygląda tak: nagle okazuje się, że nie możesz się zalogować do swojego konta. A jako że nie masz do niego dostępu, nie masz też dostępu ani do konta ośrodka, ani do konta teatru, które jest przecież inicjatywą kulturalną zupełnie obok głównego „oskarżonego” w całym procesie. Co więcej, nie wiesz, o co ten proces się toczy, bo komunikat od Facebooka jest bardzo oględny. By wysłać reklamację oficjalnym kanałem, trzeba być użytkownikiem Facebooka, a przecież konto w portalu ma się zablokowane. Można oczywiście słać e-maile, ale odpowiedzi przychodzą takie z automatu, że sprawa w toku, że proszę czekać na odpowiedź, aż wreszcie że odwołanie nie zostało uwzględnione – wzdycha Dulkowski i dodaje: – I nie ma żadnej, ale to żadnej metody na obronę. Nie wiadomo, kto nam zarzucił złamanie regulaminu, bo przecież chroniona jest w tym przypadku anonimowość. Nie wiadomo, co można zrobić, by odzyskać konta. Jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to że chyba poszło o udostępnienie grafiki z fan page’a Sztuczne Fiołki. Przedstawiała ona średniowieczny obraz Świętej Rodziny na osiołku, na który nałożono komentarz: „Uchodźcy! Nie chcemy was tutaj!”. Ironiczne, być może dla niektórych ludzi to wręcz wbicie szpili w ich dobre samopoczucie, w przekonanie, że są porządnymi chrześcijanami, ale bez przesady, uczuć religijnych to na pewno nie urażało – rozkłada ręce szef Teatru TrzyRzecze.

– To była sobota wieczorem w styczniu 2014 r., gdy zaalarmował nas jeden z administratorów fan page’a. Okazało się, że nagle Obywatele Decydują zostali zablokowani. Mieliśmy wtedy 41 tys. polubień, a działalność profilu, jak i całej akcji, skupiona była na tym, by patrzeć władzy na ręce, by wspierać ruchy obywateli w sprawie referendów czy inicjatywy ustawodawczej. Żadnej pornografii, żadnego spamowania, żadnych tak naprawdę kontrowersyjnych treści – wspomina Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich. – I nagle wszyscy administratorzy strony tracą dostęp do swoich kont. Można sobie wyobrazić, jak się poczuliśmy. Tyle pracy, budowania społeczności i w jednej chwili wszystko przepadło. Na początku myśleliśmy, że to pomyłka. Że wystarczy napisać do Facebooka i zaraz nam profil przywrócą – wspomina Górski.

Szybko jednak odkryli, że się mylili, i to grubo. Na reklamację nie dostali odpowiedzi. Ani na kolejną, ani na jeszcze kolejną. Więc zaczęli analizować, czym tak podpadli. Doszli do wniosku, że chyba poszło o akcję „Demokracja – TAK, partiokracja – NIE”, podczas której zebrano blisko 220 tys. podpisów pod petycją żądającą wzmocnienia inicjatywy obywatelskiej. – Pewnie niejednej części politycznego światka mogło się to nie spodobać. Ale tak naprawdę, choć minęły już dwa lata, to do dziś nie wiemy, o co konkretnie poszło – dodaje Górski.

Za to doskonale wie, czym podpadło Facebookowi Pitu Pitu, jego twórca to Rafał Otoka-Frąckiewicz. – No dobrze, my z Facebookiem to w kotka i myszkę bawiliśmy się już od dawna. I od dawna graliśmy im na nerwach, ale i tak żadne z naszych działań, wpisów czy zdjęć nie było przecież tak naprawdę czymś niezgodnym z prawem, obrazą moralności, przestępstwem. To, owszem, mogły być treści kontrowersyjne, zmuszające do myślenia, wprowadzające ferment, ale bez przesady – nie takie, które trzeba cenzurować – opowiada nam Otoka-Frąckiewicz. Odpala papierosa i z ironią wspomina: – Nasza pierwsza blokada to był 2011 r., gdy mieliśmy 19 777 fanów, a poszło o grafikę z lekarzem z głową kota i opaską ze swastyką. Żeby było jasne, nie było tu nawoływań faszystowskich, tylko obrazek, dla jednych śmieszniejszy, dla innych może mniej. Ta pierwsza blokada dotyczyła tylko tego obrazka. Ale tak nas rozzłościli, że wrzuciliśmy info o niej wraz z samym obrazkiem, więc nam to znowu wykasowano. No to ponownie wrzuciliśmy i tak w kółko, aż nam zblokowano cały fan page – relacjonuje Otoka-Frąckiewicz. Jednak postanowił się nie poddać i założył na Facebooku kolejną stronę dla Pitu Pitu. Wraz z nią zaczęły się kolejne blokady. A to zgłaszały ją Facebookowi środowiska lewicowe, a to narodowcy, bo Pitu Pitu i w jednych, i w drugich uderzało.

– Nie jestem już w stanie zliczyć, ile razy nam usuwano wpisy, zdjęcia czy nawet linki do cudzych treści i ile razy byliśmy blokowani. Aż wreszcie jesienią ubiegłego roku, gdy mieliśmy ponad 40 tys. fanów i nawet 20 mln osób tygodniowego zasięgu, ostatecznie Facebook skasował nam stronę i zablokował konta wszystkich ośmiu administratorów, choć tak naprawdę tylko trzech z nich aktywnie w Pitu Pitu działało – dodaje.

Przykłady można mnożyć. Blokowano profile prawicowym fan page’om: Gardzę Lewactwem, Stadionowi Oprawcy czy Ruch Odparcia Palikota. Ale podobne problemy miały raczej lewicowe Sztuczne Fiołki, Teatr Polski we Wrocławiu przy okazji premiery głośnej „Śmierci i dziewczyny” czy raczej niezwiązany z polityką satyryczny profil Antkowi nie wyszło. Blokady kont dotykały Kasię Tusk, Kubę Wojewódzkiego, Miriam Shaded, Jolantę Szczypińską czy Karolinę Korwin-Piotrowską. Polityków, celebrytów, biznesmenów, lecz także zwykłych ludzi: skłócone koleżanki, byłych małżonków, zazdrosnych współpracowników.

Doprowadzenie do zniknięcia z Facebooka to dziś jeden z elementów walki politycznej, konkurencji biznesowej czy po prostu zemsty na kimś, komu chce się dokuczyć. I niewiele można zrobić, by temu zapobiec. Właściwie tylko jedno: nie mieć konta na Facebooku.

Protokół cycki

Facebook aspiruje do statusu portalu totalnego. Takiego internetu obok internetu, będącego miejscem spotkań, biznesów, działalności społecznej czy politycznej dla praktycznie wszystkich ludzi. I powoli zaczyna mu się to udawać. Ale równolegle jest korporacją działającą na podstawie swojego wewnętrznego regulaminu w systemie prawnym Stanów Zjednoczonych. Więc jeżeli jest się jego użytkownikiem z innej części świata, to tak naprawdę nie ma się żadnej ochrony prawnej. Jak się chce z nim zawalczyć, to zostaje człowiekowi sąd w Kalifornii – mecenas Zbigniew Krüger, specjalista od prawa nowych technologii, zapytany przez nas o to, czy sam miał lub kiedyś słyszał o procesie przeciwko Facebookowi za zablokowanie konta, zaprzecza. – To byłoby na pewno bardzo ciekawe, pewnie głośne medialnie, ale szans na sukces w takim działaniu zupełnie nie widzę – dodaje.

– Pewnie, że zgłaszają się do nas ludzie z takimi problemami. Poblokowane konta tak zwykłych użytkowników, jak i bardzo często te firmowe, to przecież nie tylko problem, że się nie poczyta, co tam u znajomych. Dziś Facebook to platforma życia społecznego, robienia biznesów, świetny sposób na promocję firm. I nagła utrata konta to realne straty – opowiada Jakub Kralka, prawnik i szef prawników w serwisie Bezprawnik.pl, który nie tylko pisze o problemach z internetem, ale i doradza w nich. – Tyle że w takich sprawach niewiele można zdziałać. Facebook ma swój regulamin i zestaw zasad, jakimi się kieruje, wykasowując treści. I jako prywatny dostawca ma do tego prawo. Oczywiście zdarzają się, i to nierzadko, decyzje kontrowersyjne, ale tu ścieżka odwoławcza jest bardzo trudna – opowiada Kralka.

Facebook z ponad 1,5 mld użytkowników rzeczywiście jest dziś usługodawcą nieporównywalnym z żadnym innym serwisem społecznościowym. Nieporównywalna jest też ilość treści, wpisów, zdjęć, filmów i linków, jakie się w nim pojawiają. I to oczywiste, że w tym ogromie muszą się znaleźć takie, których nadawca nie chce i nie może tolerować: nagość, pornografia, narkotyki, przemoc, nawoływania do przestępstw. Tym bardziej oczywiste jest, że firma wypracowała model radzenia sobie z podobnymi problemami i wykasowywania treści niepożądanych. – Ale problemem staje się to, że brakuje w nim jasnych, przejrzystych zasad i dostępnego sposobu odwołania się od takiego bana. Regulamin Facebooka co do treści naruszających standardy jest bardzo szeroki. Co więcej, rozwiązanie, że każdy użytkownik może się skarżyć na dowolną treść – w teorii bardzo prokonsumenckie – w praktyce może prowadzić, i niejednokrotnie prowadzi, do działań niewiele mających wspólnego z walką z łamaniem standardów. Wręcz przeciwnie, nie jest tajemnicą, że do wielu blokad dochodzi w wyniku działań zorganizowanych, trollingowych, będących elementem walk politycznych czy biznesowych – mówi Krüger.

Z całego zestawu zasad wprowadzonych przez Facebooka początkowo największe kontrowersje budziły kwestie nagości. A szczególnie jedna: pokazywanie karmienia piersią. Według wytycznych dla moderatorów, jakie z Facebooka wyciekły w 2012 r., pokazywanie kobiecych sutków było bezwarunkowo zakazane i takie zdjęcia należało kasować. I rzeczywiście za podobne fotografie, nawet jeżeli było to raczej mało erotyczne zdjęcie karmienia piersią, Facebook uparcie przez kilka lat banował i toczył boje z kolejnymi młodymi rodzicami, którzy w ten sposób chcieli się pochwalić dzieckiem. W ramach sprzeciwu powstawały więc fan page’e takie jak Karmienie piersią nie jest obsceniczne! – założony przez grupę kobiet z Sydney, którym się udało zmobilizować ponad 300 tys. osób.

Aż wreszcie w marcu ubiegłego roku Facebook wycofał się z tego, jak to mawiają eksperci od social media, „protokołu cycki” i przedstawił znacznie bardziej szczegółowe standardy dotyczące nagości. Podkreśla w nich, że zakazane są obrazy „koncentrujące się na w pełni odsłoniętych pośladkach”, a także wizerunki damskich piersi, jeśli są na nich widoczne sutki. Zarazem Facebook zapewnia jednak, że zawsze będzie zezwalał na zamieszczanie zdjęć karmiących matek, jak również zdjęć pokazujących skutki mastektomii.

Hejt zwalczaj hejtem

Ale usuwanie nagości to tak naprawdę i tak najprostszy element facebookowego czyszczenia treści czy – jak nazywa to korporacja – „dbania o standardy”. A te mogą być przecież różnie rozumiane. W Ameryce Facebook naraził się nieraz konserwatystom, bo według regulaminu serwisu nie powinno się promować na nim hazardu bądź broni palnej. Ofiarą tego przepisu padł choćby Todd Starnes ze stacji Fox, który został zbanowany po poście, w którym wspomniał m.in. o NRA, czyli National Rifle Association – organizacji lobbującej za szerokim dostępem do broni. Po mocno krytycznym odbiorze tego kroku profil Starnesa przywrócono.

Nie mniejszą krytykę portal Marka Zuckerberga zbierał zresztą wielokrotnie. W 2011 r. głośne były przypadki, gdy serwis usunął m.in. technologiczne witryny Ars Technica, Neowin i Redmond Pie. We wszystkich tych przypadkach pojawiały się podejrzenia, że był to efekt działań biznesu, który zgłaszał administratorom naruszenia, by zaszkodzić swoim konkurentom.

Jednak ostatnie miesiące pokazują, że na Facebooku jest nowy poważny problem z blokowaniem treści. Kryzys migracyjny i wybuch emocji z nim związanych zaowocowały prawdziwym wysypem wpisów, działań i grup pro oraz przeciw emigranckich, często nieograniczających się w tym, co i jak piszą.

Już po ataku na redakcję „Charlie Hebdo” europejscy politycy mówili, że platformy społecznościowe powinny bardziej aktywnie walczyć z nienawiścią w sieci. Oczywiście wówczas chodziło o to, aby szybko usuwać treści nawołujące do terroryzmu. Ale wkrótce nacisk zaczęto kłaść na mowę nienawiści jako taką. W Niemczech minister sprawiedliwości Heiko Maas spotkał się we wrześniu z przedstawicielami Facebooka i zapowiedział ustanowienie zespołu, którego celem będzie szybkie identyfikowanie nienawistnych wpisów oraz usuwanie ich. – Cel niby szczytny, jednak na razie wygląda jak wprowadzanie cenzury. I przez amerykański serwis pod wpływem niemieckich polityków także na polskich stronach. To podobne działania, jakie wymuszono na niemieckich mediach, które przecież miesiącami nie podawały informacji o problemach, jakie wywoływał napływ uchodźców – krzywi się Otoka-Frąckiewicz z Pitu Pitu.

Z drugiej strony Joanna Grabarczyk z Projektu: Polska, koordynatorka akcji „HejtStop”, podkreśla, że i tak te zapowiedzi wcale nie oznaczają realnie mocniejszej, bardziej skoncentrowanej na walce z hejtem polityki Facebooka. – Praktyka wygląda tak, że by wpis lub cały profil został skasowany, trzeba administratorom zgłosić go masowo. Dopiero wtedy jest usuwany. Oczywiście, można skrzykiwać ludzi, by wspólnie zgłaszać naruszenia, ale to walka z wiatrakami. Jeden post skasowany, pojawiają się ich dziesiątki. Dlatego my zdecydowaliśmy się najbardziej drastyczne przypadki zgłaszać po prostu do prokuratury – opowiadała nam przed kilkoma dniami Grabarczyk. A dzień po naszej rozmowie to na nią spadła fala hejtu. Okazało się, że to jej organizacja złożyła doniesienie na strongmana Mariusza Pudzianowskiego za to, że o emigrantach, których oskarża o kradzieże w swojej firmie transportowej, napisał „śmiecie ludzkie”, a na swoim profilu umieścił fotografię z kijem baseballowym z dopiskiem, że „niedługo sam przejedzie się promem z kijem w ręku”. Pudzianowski po informacji, że HejtStop zawiadomił o jego wpisie śledczych, wrzucił post, w którym nie tylko się odgrażał, że nic złego nie zrobił, to jeszcze do zdjęcia Grabarczyk dołożył napisy w rodzaju „Bój się głupi goju”, „żyd”, „kapuś systemu”, „antypolonizm”. Samą Grabarczyk nazywa „zakompleksioną, sfrustrowaną kobietą szkodzącą normalnym ludziom”. Wpis został po jakimś czasie zablokowany, ale wcześniej fani Pudziana udostępnili go tysiące razy.

– To nie pierwsza taka akcja i obawiam się, że nie ostatnia. Niestety ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu wstydzili się, mieli jakieś wewnętrzne opory przed pisaniem takich rzeczy pod nazwiskiem, ostatnio są coraz bardziej „odważni”. Zresztą obserwujemy to od jakiegoś czasu i stąd po 11 listopada 2013 r. wziął się pomysł na akcję „Wielkie sprzątanie FB: stop mowie nienawiści, faszyzmowi i agresji” – opowiada nam Patryk, jeden z administratorów tej właśnie strony. – Przez te dwa lata my sami i ludzie, których zachęciliśmy do udziału w tym sprzątaniu, zgłosili Facebookowi tysiące profili, które ewidentnie łamały regulamin i szerzyły mowę nienawiści. Ale tak naprawdę wcale nie jest w efekcie lepiej, wręcz przeciwnie, widać coraz więcej takich wpisów – dodaje mężczyzna, który prosi, by nie podawać jego nazwiska, bo nie chciałby, by spotkał go taki los jak Joannę Grabarczyk.

– A was z powodu działalności nie spotkały próby zablokowania przez Facebook?

– Tak. Wielokrotnie byliśmy do niego zgłaszani i mniej więcej raz na tydzień strona była blokowana. I to właśnie jest słabość systemu kontroli w tym serwisie. Niestety, masowość zgłoszeń jest równie ważna, a czasem wręcz przeważa nad merytorycznością – dodaje Patryk.

Element ludzki

Sam Facebook jednak zapewnia, że ich system jest coraz lepszy. Julie de Bailliencourt, kierownik polityki bezpieczeństwa na region Europy Środkowej w Facebooku (Safety Policy Manager), specjalnie przyjechała do Polski, by właśnie o polityce tego serwisu względem blokowania kont, wpisów i walki z treściami łamiącymi regulamin opowiedzieć. Pokazuje prezentację pełną slajdów z przykładami treści niedozwolonych – szczególnie nagości – i tego, jak Facebookowi udaje się ten problem rozwiązywać. Opowiada o dopracowywaniu regulaminu serwisu, o tym, jak jego pracownicy starają się na każdy wniosek indywidualnie odpowiedzieć, każdy sprawdzić, skontrolować konkretny wpis i konto. Zapewnia, że to nie jest proces w żadnym wypadku zautomatyzowany. To nie automaty na podstawie algorytmu przeczesują te zgłoszenia, tylko konkretni ludzie. – Choć, pamiętajmy, to są tylko ludzie i czasem może dojść do pomyłki. Ale naprawdę kładziemy ogromny nacisk na to, by nasze działania związane z dbaniem o jakość były jak najbardziej skuteczne. Stąd też wypracowane przez nas zasady, takie jak anonimowość zgłaszającego, jak to, że każdy element: zdjęcie, wpis, film, komentarz, może być zaraportowany przez użytkowników. I, co ważne, my cały czas nad tymi zasadami pracujemy, one nie są dane raz na zawsze, tylko wciąż są poprawiane – opowiada Julie de Bailliencourt i jako przykład podaje zmianę podejścia do zdjęć karmiących matek.

Jednak jej zdaniem spora część kontrowersji związanych tak z decyzjami o zablokowaniu, jak i o odrzuceniu zgłoszenia wynika z tego, że ludzie traktują raportowanie niekoniecznie jako zgłoszenia naruszeń, ale jako wyraz silnych emocji. – Kłótnia z koleżankami, kibice krytykujący przeciwne drużyny, spory polityczne czy światopoglądowe – to wywołuje emocje i często też chęć do zablokowania czyjegoś głosu. I nawet jeżeli uważamy, że przeciwna strona nie ma racji, to nie wystarczy, by usunąć te treści – dodaje.

– Nie bardzo mogę uwierzyć w to, że naprawdę to ludzie przeglądają te wszystkie zgłoszenia. Gdyby tak było, to jak to możliwe, że zgłoszenie strony „Jan Paweł 2 gwałcił małe dzieci”, co próbowałam zrobić kilka tygodni temu, zostało odrzucone? To klasyczny hejt i jeszcze ewidentnie cała ta strona była założona przez internetowego trolla – dopytuję.

– Rozumiem całkowice, że taka treść może być dla katolików nieprzyjemną, to jednak Facebook nie ma wiedzy, czy ta opinia jest prawdą, czy nie.

– No chyba pani żartuje?! Zmarła osoba, ważna dla katolików i nie tylko, poważana, w stosunku do której nigdy nie pojawiły się takie podejrzenia.

– My oceniamy tylko fakty.

– Tyle że po kilku dniach dostałam kolejną informację od administratorów Facebooka, że jednak strona zostaje zablokowana, bo „narusza standardy społeczności”. Czyli gdy wpłynęło dużo zgłoszeń, uznano, że jednak to jest mowa nienawiści.

– Chcę podkreślić, że takie sytuacje się zdarzają nie ze względu na dużą ilość raportów, które otrzymujemy w odniesieniu do tej samej treści. Jednorazowe zgłoszenie jest wystarczające i ta treść będzie sprawdzona na konkretny moment weryfikacji. Czasami zdarza się, że inne zgłoszenie wysłane kilka dni późnej dotyczy kolejnej treści na tej samej stronie, która jest już niezgodna z naszymi standardami społeczności, albo sama strona w tym konkretnym momencie zawiera już treści niezgodne z naszymi warunkami. Nasi administratorzy uczą się, doskonalą w tym, jak takie zgłoszenia przesiewać. Być może kolejne były lepiej uzasadnione. Wiem doskonale, że takie wpadki się zdarzają, ale w naszym interesie jest, by Facebook, z którego korzysta już ponad miliard ludzi dziennie, pozostał miejscem przyjaznym. Dlatego też tak duży nacisk kładziemy na dopracowywanie standardów – zapewnia Julie de Bailliencourt.

Dla zbanowanych te standardy wyglądają jednak mgliście.

Dzisiaj

Obywatele Decydują wrócili po kilku dniach. – Jak nagle nam konto skasowano, tak samo nagle je przywrócono. Do dziś nie wiemy, o co poszło – mówi Rafał Górski.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Ksenofobicznych i Rasistowskich zniknął na kilka miesięcy. – Słaliśmy odwołania, uruchomiliśmy sporo kontaktów, wszystko bezskutecznie. Dopiero gdy podczas spotkania w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich o mowie nienawiści spotkaliśmy bezpośrednio szefa polskiego Facebooka i go zapytaliśmy, jak to możliwe, że instytucja odpowiedzialna za walkę z hejtem jest za hejt zbanowana, od razu udało się stronę odzyskać – wspomina Konrad Dulkowski.

– Po ostatniej blokadzie próbowałem nawet kilka razy założyć nowy fan page dla Pitu Pitu, ale bez skutku. Facebook z miejsca go banował. Zdobyłem nawet e-maila do szefowej Facebooka na całą Europę Środkowo-Wschodnią i zastanawiałem się, czy do niej napisać, ale to chyba nie ma sensu – opowiada Rafał Otoka-Frąckiewicz. Zamiast tego założył dla Pitu Pitu zwykłą stronę, tyle że wystylizowaną graficzne na profil na Facebooku. – Ale wiadomo, że to nie to samo. To jak Bareja, który miał sens w komunizmie, a potem już nie śmieszył.