statystyki

Nie samą pracą i zakupami człowiek żyje. Na wolnym biegu łatwiej osiągnąć szczęście

autor: Dorota Kalinowska26.12.2015, 09:30; Aktualizacja: 26.12.2015, 09:32
„Mniej mieć, a wyciskać więcej” - to hasło wielu osób należących do nurtu downshiftingu

„Mniej mieć, a wyciskać więcej” - to hasło wielu osób należących do nurtu downshiftinguźródło: ShutterStock

Za granicą robi karierę od kilku lat, do Polski zawitał niedawno. Downshifting – bo o nim mowa – szybko zdobywa nowych zwolenników. Czym jest? W dosłownym tłumaczeniu oznacza redukcję biegów w samochodzie; polskiego odpowiednika tego pojęcia wciąż nie ma. 

Reklama


Reklama


W praktyce to „zwalnianie zawodowego tempa na rzecz pracy mniej prestiżowej i za mniejsze pieniądze, lecz dającej więcej zadowolenia i wolnego czasu”, jak donosiły media. Powołując się na analizy Paula Raya i Sherry Anderson, badaczy nowych ruchów społecznych, wskazywano, że już kilka lat temu trend ten dotyczył 20 proc. Niemców i 17 proc. Francuzów poniżej 35. roku życia. Przy czym największą popularnością cieszył się w Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii i USA, skąd pochodzi m.in. Leo Babauta, zwany guru (neo)minimalizmu. Sam „postawił na życie pozbawione obsesji na punkcie rzeczy materialnych czy obsesji na punkcie robienia wszystkiego i robienia zbyt wiele”, jak pisze w swojej książce „Przez minimalizm do szczęścia. Praktyczny przewodnik po życiu zgodnie z filozofią minimalizmu”. Potem dołączyli do niego kolejni, w tym np. Dominique Loreau i Francine Jay, którzy na swój sposób rozwinęli rosnący ruch oporu wobec kultury konsumpcji i posiadania. Bo o ile początkowo downshifting dotyczył tylko pracy zawodowej, o tyle teraz odnosi się do wszelkich dziedzin aktywności, w tym m.in. robienia zakupów, sposobów spędzania wolnego czasu czy też budowania relacji.

To samo dzieje się dziś w Polsce. Przybywa tych, którzy odważyli się – w nadwiślańskich realiach – odrzucić pęd do kariery i pogoń za dobrami materialnymi. Oto ich historie.

Rolnik z korporacji idzie w gastronomię

Decyzję o odejściu z korporacji, w której siedziałem od rana do wieczora, z wyjątkiem niektórych weekendów podjąłem bardzo szybko. Z Martą – teraz już moją żoną, a wcześniej dawną koleżanką z ósmej klasy szkoły podstawowej poznaną w sanatorium – spotkałem się 27 stycznia, a 1 marca już przeprowadziłem się z Warszawy do Krakowa. Tak się jakoś złożyło, że kilka tygodni wcześniej kupiłem kota maine coona i Marta znalazła mnie przez hodowcę, też chciała mieć takiego zwierzaka. To ona zmieniła mój sposób patrzenia na świat. Wcześniej byłem robotem, jedyny sens życia widziałem w pracy i w niej się spełniałem, ocierając się lekko o pracoholizm. A było to tym łatwiejsze, że dyrektor miał zwyczaj mawiać: „Ja cię nie rozliczam z godzin pracy”. Na początku naiwnie wierzyłem, że chodzi o zadania („Masz do zrobienia X, Y i Z, a potem mamy wolne”). Z czasem przekonałem się, że oznaczało to pracę od godz. 8 rano do godz. 8 wieczorem. W weekendy też pracowałem – było co robić, bo odpowiadałem za blisko 10 placówek w całej Polsce, a poza ten biznes ma to do siebie, że najwięcej się dzieje właśnie w soboty i niedziele. A że dostałem też awans, to starałem się bardziej. Z reguły telefon służbowy dzwonił cały czas, a i laptop był zawsze otwarty.

Ale wystarczyło, że wróciłem ze spotkania z Krakowa, po wielu latach niewidzenia się z Martą. Powoli przestało mi się to wszystko podobać. Miałem przestronny gabinet, widok na muzeum kolejnictwa w centrum Warszawy, awansowałem sześć miesięcy temu na kierownika ds. operacyjnych, ale co z tego. Co ja tu robię, zastanawiałem się, choć jednocześnie czułem się doceniony. Jestem z małego miasta i koledzy do dzisiaj siedzą na ławce, dłubiąc słonecznik i pijąc browar. Trochę ich za to podziwiam, bo nie potrafiłbym tyle lat żyć w tym samym miejscu.

Znacznie trudniejsze, jak się okazało, stały się też dla mnie powroty do pustego domu. Decyzja była szybka, chociaż niespontaniczna, i wymagała od mnie niemałej odwagi. Bo przeprowadzkę widziałem jako podróż w jedną stronę, choć wszystkich mostów za sobą nie paliłem. Znajomi i przyjaciele też mnie zresztą przestrzegali: „Przecież w Krakowie nie ma tylu firm, które mogłyby skorzystać z twojego doświadczenia”. Była jedna, ale i tak nie bardzo mi się podobała. „Musiałbyś zaczynać wszystko od początku” – mówili. Biłem się z myślami także dlatego, że przeprowadzałem się do kobiety, z którą chciałem stworzyć rodzinę, ale nie byłem pewien, czy będę umiał zapewnić nam przyszłość.

Ci, którzy w pracy podchodzili do mnie z sympatią, byli zaskoczeni moją decyzją. Wiedzieli przecież, że zaledwie kilka tygodni temu miałem rozmowę oceniającą, która wyznaczała mi kolejne stopnie rozwoju zawodowego. Ci z kolei, którzy mieli do mnie większy dystans, wzruszali tylko ramionami; wiedzieli, że na moje miejsce szybko kogoś znajdą, takimi zasadami rządzi się korporacja. Ciekawe, co powiedzieliby teraz, gdyby się dowiedzieli, że po przeprowadzce do Krakowa postanowiłem zostać rolnikiem. Wszystko dlatego, że znaleźliśmy z Martą ziemię pod Krakowem. Chcieliśmy się wybudować, a warunkiem, żeby to zrobić, było zostanie rolnikiem – to teren ekologiczny z dopuszczeniem do zabudowy siedliskowej. Wylądowałem więc w szkole pod Nowym Sączem i po pół roku zdałem egzamin z tytułem zawodowym rolnika. I kiedy już mogliśmy zacząć budowę, życie wymyśliło inny scenariusz. Podjęliśmy decyzję, że otworzymy małe bistro, w którym będziemy dobrze karmić ludzi. Z czasem zrobiła się z tego restauracja slow food, a teraz mamy w planach kolejne inwestycje – na ziemi pod Krakowem chcemy prowadzić agroturystykę.

Co dziś myślę o tych zmianach? Teraz widzę, że korporacja ma też swoje plusy, bo daje m.in. różnego rodzaju profity, a przede wszystkim stabilność i pewność, że 10. dnia każdego miesiąca na konto spłynie określona kwota. Kiedy się pracuje na własny rachunek, bywa różnie – zwłaszcza w gastronomii, w której nie mamy dużego doświadczenia (wcześniej byłem kierownikiem wine baru i kelnerem) i której się cały czas uczymy. Inna rzecz, że po przeprowadzce się do Krakowa dopiero budujemy grono przyjaciół – z tych warszawskich znajomości przerwały tylko dwie, do dziś najbardziej mnie to zaskakuje.

Przygoda z koncernem trwała trzy lata, łącznie w korporacjach spędziłem 10 lat. (imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Debet z PRL-u kontra spacer z drutami

Wszystko zaczęło się sześć lat temu. Zorientowałam się, że moje życie nie odpowiada moim priorytetom – za bardzo zajęłam się pracą zawodową, zarabianiem pieniędzy i konsumpcją jako taką, a za mało czasu i siły miałam na cokolwiek innego. Przeciążona stresem, ciągłym niedospaniem i myśleniem o zadłużeniu – choć zarabiałam przyzwoicie, ciągle brakowało mi pieniędzy – zaczęłam szukać rozwiązań. Czytałam blogi, przeglądałam fora o oszczędzaniu, a że przy okazji – jak wiele kobiet – narzekałam na bałagan w domu, to w internecie szukałam też sposobów na lepszą organizację przestrzeni. Przypadkiem trafiłam wtedy na blog Amerykanina dziś bardzo silnie kojarzonego z pojęciem minimalizmu i upraszczaniem życia, czyli Leo Babauty. Walił prawdę między oczy. Pisał, że można kupić pudełka, katalogować rzeczy, dbać, by były pięknie poukładane, i tworzyć kolejne systemy, ale jeżeli nadal się nad nimi nie panuje, to może to oznaczać tylko jedno: w twoim życiu jest za dużo rzeczy, zajęć, obowiązków... Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym, co pisze, nie ma racji. I rozglądając się wokół siebie, doszłam do wniosku, że to właśnie mój problem. Biorę na siebie za dużo: staram się robić za dużo, kupować za dużo, gromadzić za dużo. Tak dalej już się nie da, koniec z tym – postanowiłam i zaczęłam stopniowo odwracać ten proces. Co nie było na początku łatwe, bo wymaga zmiany sposobów myślenia i funkcjonowania utrwalanych latami.

Poza tym zaczęłam rozważać zmianę sposobu pracy. Byłam zatrudniona jako tłumacz w biurze, na etacie, ze stałą pensją. Warunki były dobre, a i zajęcie zgodne z moim wykształceniem. Bycie wolnym strzelcem, założenie własnej działalności gospodarczej i praca w domu – to wydawało mi się mało rozsądne. Ale w całym tym procesie porządkowania przestrzeni, zastanawiania się, z czego mogę zrezygnować, powoli zaczęłam się też uczyć oszczędzania. Od kilku dobrych lat spłacałam zadłużenie i z czasem doszłam do wniosku, że jestem w stanie lepiej panować nad swoim życiem, niż mi się wcześniej wydawało. A że nie musiałam już funkcjonować od pierwszego do pierwszego każdego miesiąca, jechać na debecie i kartach kredytowych, to odważyłam się z czasem zrezygnować z etatu – przeszłam na pracę na własny rachunek. Przez pierwsze dwa lata zarobki spadły o około 30 proc., ale teraz zarabiam podobnie jak na etacie, a mam za to więcej wolnego czasu. Lepiej nim gospodaruję, poza tym nie dojeżdżam do pracy.

Pamiętam też, że wcześniej bardzo nierefleksyjnie podchodziłam do zakupów. Częściowo wiązało się to pewnie ze wspomnieniami z czasów PRL – wszelkimi sposobami starałam się zrekompensować sobie doświadczenia ciągłego materialnego niedoboru w dzieciństwie i wczesnej młodości. Wyjścia do sklepów i galerii handlowych traktowałam więc jako sposób spędzania wolnego czasu, odstresowania się, wynagrodzenia ciężkiego dnia w pracy. Poza tym nie planowałam zakupów, więc jak tylko miałam przypływ gotówki, to dość szybko ją wydawałam – za jednym razem zdarzało się przepuścić kilkaset złotych. Ba, wydawałam ją czasem, jeszcze zanim zdążyłam ją zarobić. Ewentualne podwyżki, premie i dodatkowe zarobki też znikały bez śladu. Nie miało przy tym znaczenia, czy chodziło o zakupy spożywcze, czy jakiekolwiek inne. Zdarzyło mi się np. kupować trzy bluzki w podobnym fasonie i kolorze – nie wiadomo po co. Albo kosmetyki, choć w łazience półki się uginały pod ledwo napoczętymi produktami. Szukanie nowości, wypróbowywanie kolejnych odżywek, dokupywanie kolejnych cieni do powiek (miałam ich już kilkanaście) czy odcieni lakierów do paznokci (a maluję je rzadko) było na porządku dziennymi – teraz mam jedną paletkę cieni, jeden lakier do paznokci, a ubrania mieszczę na kilku półkach i wieszakach.

Do tego typowe przyjemności: książki, płyty DVD, płyty CD, czemu towarzyszyło ciągłe stresowanie się z powodu braku czasu. To było bezustanne gromadzenie, dokładanie, a nie wykorzystywanie tych zasobów, które już miałam. Już nie wspomnę o myśleniu, że mogłabym sobie na coś porządnego i drogiego zaoszczędzić. To w ogóle nie wchodziło w grę, bo przecież kupowałam to, na co mnie stać – a przynajmniej tak mi się wydawało – czyli rzeczy tanie, łatwo dostępne, ale niekoniecznie trwale.

Jak teraz robię zakupy? Zaczynam od sprawdzenia, czy to, co wydaje mi się potrzebne, nie jest już przypadkiem w domu albo czy nie mogę tego znaleźć w swoim najbliższym otoczeniu. Zdarza mi się też kupować rzeczy używane. A jeśli mam ochotę na nową parę butów, to staram się nie kupować pod wpływem nastroju. I choć dość szybko zaczęłam kojarzyć pewne emocje z zachowaniami, to trudno mi się walczyło samej ze sobą – skala wcześniejszego rozpasania i marnotrawstwa była znaczna. Ciężko też było samą siebie przekonać do tego, by szukać innych sposobów na rozładowanie stresu niż np. przeglądanie, co tam nowego w sklepie odzieżowym czy drogerii. Koniec końców postawiłam na aktywność fizyczną i wróciłam do robótek ręcznych – to jedno z moich ulubionych zajęć, które pozwala mi się zastanowić, co się tego dnia wydarzyło albo i nie wydarzyło.

W pierwszej chwili na te zmiany najbliżsi reagowali z niedowierzaniem i zdziwieniem. Bardzo wspierał mnie za to mąż, któremu zresztą opowiadałam o wszystkim na bieżąco i który nierzadko mi w tych sprawach doradzał, bo z natury jest człowiekiem rozsądnym. Dalsi znajomi komentowali, zwykle pozytywnie, choć zdarzało się, że czasem także się podśmiewywali i sprowadzali mnie na ziemię, jak np. wtedy, kiedy lecieliśmy na wczasy. Kiedy zobaczyli moją sporych rozmiarów walizkę, mówili: „O taka niby minimalistka, a z takim dużym bagażem jedzie”. Dzięki temu też sobie uświadamiałam, że byłabym w stanie spakować się w mniejszy bagaż, tyko jakoś wcześniej na to sama nie wpadłam. Dziś nikt by się już z mojej walizki nie śmiał.

Patrząc z perspektywy tych sześciu lat, okazuje się, że zostałam z może jedną dziesiątą rzeczy, które wcześniej miałam – z tymi, które są ładne, estetyczne, przydatne i których używam na co dzień. I oczywiście nie jest to proces zakończony, bo nadal pracuję nad sobą każdego dnia. Czuję się szczęśliwa i zadowolona z życia. Wcześniej, choć niby wszystko miałam, byłam zagubiona i sfrustrowana. (Anna Mularczyk-Meyer)

100 dni i 100 rzeczy, czyli życie na walizkach

To było na wiosnę 2009 r., kiedy interesując się rozwojem osobistym, natrafiłem na post Leo Babauty o porządkowaniu przestrzeni. Jak tylko przeczytałem, zdecydowałem: „Dobra, zastosuję to, ale w ekstremalnej wersji. Na zasadzie eksperymentu”. Sam byłem ciekaw, jak to na mnie wpłynie. Koncept podstawowy zakładał, że wyrzuca się rzeczy niepotrzebne, ja z kolei postanowiłem pozbyć się w zasadzie wszystkich – z wyjątkiem tych, co do których stwierdziłem, że są mi absolutnie potrzebne, bardzo często ich używam lub wiem, że w najbliższym czasie będę musiał z nich skorzystać. W jeden wieczór pozbyłem się około 70–80 proc. przedmiotów; od ubrań (także eleganckich koszul i butów wizytowych) przez książki i magazyny po stare telefony, sprzęt komputerowy i rower. Były przygotowane do wyrzucenia, oddania lub odsprzedania. Przez kolejne dwa czy trzy miesiące takie porządki robiłem jeszcze dwa razy. Rozstałem się z 90 proc. rzeczy, odzyskując przy tym i przestrzeń, i pieniądze. Co mi zostało? Bardzo podstawowa liczba ubrań, dwie pary spodni, trzy koszulki, bluza, bielizna – minimum rzeczy, w których najczęściej chodzę. Do tego: telefon, komputer, aparat, ładowarki, śpiwór, plecak, buty, minimalna liczba dokumentów, bo pozostałe także zutylizowałem. I w zasadzie to było wszystko – gdyby je zebrać w jednym miejscu, to zajęłyby nie więcej niż 1 mkw. Wszystkie mieściły się do walizki, którą jako bagaż podręczny zabieram na pokład samolotu.

Ale poszedłem o krok dalej. Regułę Babauty przełożyłem także na styl życia: zdecydowałem się na minimalną ilość obowiązków, które muszę wypełnić, by móc się w pełni skupić na przeżywaniu. Bez zbędnych działań, umów, dogadywania, spotkań, ale z maksymalnym zyskiem dla siebie. O ile wcześniej serwisowałem komputery czy opiekowałem się siecią internetową w szkołach, o tyle teraz zająłem się projektowaniem stron WWW, robieniem zdjęć, a ostatnio także filmów animowanych oraz prowadzeniem szkoleń i warsztatów. Uzbiera się pewnie w tym roku około 100 dni pracy, choć swego czasu było to i 40-80 dni w roku. Czy jestem w stanie się z tego utrzymać? Tak, co też po części wynika z mojego podejścia do minimalizowania ilości rzeczy i maksymalizowani efektów – mam nawet takie hasło: „Mniej mieć, a wyciskać więcej”. Poza tym ostro tnę wydatki, na początku miałem nawet założenie, że nie kupuję jakichkolwiek rzeczy, a jeśli już, to bardzo mało i tanie. Szybko się jednak nauczyłem, żeby kupować jedną dobrą, która starczy mi na dłużej, np. jedną parę butów za 300 zł na pięć sezonów, a nie taką za 100 zł i wymieniać ją co roku. Z produktami spożywczymi jest trudniej, bo jedząc więcej ryb, owoców i warzyw, zaczynam już zauważać, że zostawiam w sklepie coraz więcej pieniędzy. Zdarza mi się też częściej pójść do knajpy, ale żeby spróbować czegoś naprawdę dobrego. Nie mam też problemu, żeby wydawać pieniądze na bilety, podróże i lokalne jedzenie – wcześniej na miejscu jadłem tylko ciastka i banany.

Jak najbliżsi przyjmowali te wszystkie zmiany? Na samym początku, kiedy wyrzuciłem większość rzeczy, moja rodzina – a mieszkałem jeszcze wtedy z rodzicami – dość dziwnie na mnie patrzyła. Zakładali, że to fanaberia, kaprys, trudny okres w życiu, bo tak to też mogło wyglądać. Wielu znajomych było podobnego zdania. Ale że w tamtym czasie zacząłem dużo podróżować, założyłem blog i na bieżąco wrzucałem zdjęcia, to po pewnym czasie stwierdzali jednak: „O, coś w tym jest”. „To nie czyste szaleństwo, ale pomysł na życie”. Po paru latach większość tych, których spotykam, nadal mówi, że choć minimalizm nie jest dla nich, to już w żaden sposób nie krytykują mojego podejścia. Inni z kolei chętnie się chwalą: „Właśnie wyrzuciłem trzy worki ubrań” albo „Właśnie uporządkowałem swoje mieszkanie. Za odzyskane pieniądze pojechaliśmy w podróż”.

Mam też to szczęście, że nigdy nie pracowałem na etacie, wiec nikt też na mój widok nie pukał się w czoło. Choć zdarzało się, że kiedy widywali mnie kilka razy w tygodniu, to pytali, jak można cały czas chodzić w tych samych spodniach i mieć trzy koszulki na zmianę. „Lubię te koszulki, kupuję zawsze to, co chcę, i noszę to, co chcę”, odpowiadałem jednym, podczas gdy innym tłumaczyłem: „Nie mam problemu, w co się ubrać. Bo jeśli wczoraj byłem w szarej koszulce, to dzisiaj zakładam zieloną, a pojutrze – pomarańczową. Potem wszystkie idą do pralki, i gotowe”. Pomagało mi też to, że mam silną osobowość i nie słucham tych, którzy starają się mnie oceniać, a już na pewno nie przejmuję się ich opiniami. Poza tym cały czas pokazywałem – OK, może praca, zegarek, samochód to są wasze wartości, ale ja wolę pojechać w podróż i mieć wspomnienia. Bo zdarzały się lata, kiedy przez cztery miesiące w roku byłem za granicą.

Firma to jeden z powodów, dla którego przybyło mi ostatnio kilka rzeczy. Doszedł m.in. sprzęt filmowy, rower i samochód. Cały czas walczę też ze sobą, żeby nie kupować kolejnych obiektywów. Na razie muszą mi wystarczyć dwa. I stale minimalizuję liczbę rzeczy potrzebnych mi do robienia tego, co chcę – wyciągam wnioski z każdego wyjazdu i jeśli z danej rzeczy nie korzystam poza domem, to następnym razem po prostu jej nie biorę, tak było np. z bielizną termoaktywną. Teraz szykuje się np. na wyjazd do Azji, na trzy tygodnie i postanowiłem, że zapełnię jedną trzecią plecaka. Mam plan, by ubrać się już na miejscu, w lokalne rzeczy, bo będą tańsze i ułatwią mi funkcjonowanie – dzięki temu, że nie będę wyglądał jak bogaty Europejczyk, to i ceny np. za przejazd taksówką będą dla mnie niższe. Zabiorę tylko: spodenki, dwie koszulki na zmianę, kosmetyki, sprzęt. I to wszystko z około 100 rzeczy, które teraz w ogóle mam. (Orest Tabaka, na zdjęciu)

Od Dominikany po filmiki na YouTube

„Odchodzę, jadę na Dominikanę” – powiedziałem szefowi pod koniec grudnia blisko pięć lat temu. Za półtora miesiąca miałem lecieć na wyspę; bilety miałem już wykupione. Ale to dojrzewało we mnie powoli – z czasem dorosłem do tego, że nie chcę już pracować w korporacji ani dla korporacji, z którymi byłem związany przez blisko 10 lat (m.in. Onet.pl, Era, czyli teraz T-Mobile, Amica Wronki czy też sieciowe i polskie agencje reklamowe). Szef przyjął to spokojnie, choćby dlatego że w branży marketingowej rotacja jest ogromna. I choć zależało mu na tym, żebym dokończył jeden z projektów, to jasno mu zakomunikowałem, że to już mnie nie interesuje i inaczej teraz będę organizował sobie pracę.

A że przy tym dużo wyjeżdżałem i poświęcałem się swojemu hobby, to koledzy i koleżanki dziwnie na mnie patrzyli. Jak się przy okazji nabawiłem kontuzji, to tylko kiwali głowami: „Po co takiemu 30-latkowi kitesurfing”. Kitesurfingiem zaraziłem się kilka miesięcy wcześniej podczas wakacji w Egipcie – spróbowałem i od razu połknąłem bakcyla.

W dużych firmach przyjęte jest z kolei, że trzeba mieć uporządkowane życie: wstawać o godz. 8, jechać do pracy, wychodzić o godz. 17 albo raczej godz. 20 lub 21 (lub po trzech, czterech dniach, znam też takie przypadki), chodzić w takich, a nie innych ubraniach, a ja w żaden sposób nie pasowałem do takiego obrazka. Nic więc dziwnego, że znajomi w takich przypadkach plotkują: „To kryzys wieku średniego”. Czy: „Może nagle zgłupiał”. I patrzą albo z politowaniem, albo z agresją. Ta ostatnia – to zrozumiałem dopiero później – brała się z zazdrości, że ktoś odważył się zrobić coś innego i że mu się to udało. Z czasem nieliczni zrozumieli, że to był mój wybór. Że nie zrobiłem tego na pokaz. Ocalało 20–25 proc. znajomości, ale nie żałuję, bo większość z nich okazała się interesowna.

Hejt i presja otoczenia więc były, ale nie zwracałem na nie szczególnie uwagi. Zawsze sobie powtarzam, że jak ktoś nie jest moim chlebodawcą, to nie muszę się przejmować jego opinią. Wiedziałem jedno: muszę przywrócić równowagę między życiem prywatnym a zawodowym. Przy czym miałem świadomość, że odchodząc z korporacji, coś zyskuję i coś tracę. To nie była komfortowa sytuacja, bo nie odchodziłem z pracy tylko po to, żeby się poświęcić hobby. To byłoby idealne połączenie, cały czas szukam takiego złotego środka. Jak na razie prowadzę własną działalność gospodarczą – w Polsce – i robię m.in. komercyjne filmy na YouTube. Jestem też doradcą ds. komunikacji i marketingu internetowego.

Odszedłem od schematu, który był mi dobrze znany i dużo zaryzykowałem: albo będę na swoim, albo nie będę miał nic. Nie miałem odłożonych ogromnych pieniędzy, żeby było jasne. Bo wiele razy słyszałem łzawe historyjki o opuszczaniu korporacji – nazbierał funduszy, a potem zaczął się bawić i poświęcił swojej pasji. A tak nie było także dlatego, że w korporacji duże pieniądze zarabia się dopiero na bardzo wysokich stanowiskach – nigdy na takim nie byłem. Czy się wahałem? Jasne, tylko idiota się nie zawaha. Miałem m.in. wątpliwości, czy to dobry czas na zmiany. Ale uznałem, że im dłużej będę zwlekał, tym gorzej na tym wyjdę. Nigdy jednak nie żałowałem. Jak patrzę, gdzie byli ci, z którymi pracowałem, to widzę, że może miałbym stabilne zatrudnienie i więcej na koncie – choć teraz zarabiam lepiej, pracując tylko dwie – cztery godziny dziennie – to nie byłoby tych wszystkich doświadczeń, hobby i dobrego zdrowia. Poza tym nawet jeśli moja firma przestałaby teraz zarabiać, to zawsze mogę stanąć w wodzie i uczyć kitesurfingu. (Jacek Gadzinowski)

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama