Profesor socjologii z Uniwersytetu Marylandu Phillip Cohen w opublikowanej we wrześniu analizie dowodzi, że w latach 2008–2016 generalny wskaźnik rozwodów spadł o 18 proc. Po uszczegółowieniu badań i uwzględnieniu wszystkich czynników wynikających ze zmian demograficznych okazało się, że zawierane dzisiaj małżeństwa mają o 8 proc. większą szansę na przetrwanie niż te zawarte dekadę temu. Większą stabilność w zalegalizowanych związkach Ameryka zawdzięcza pokoleniu milenialsów.

Termin „millenial generation” po raz pierwszy pojawił się pod koniec lat 80. i dotyczył osób wówczas w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Naukowcy i publicyści używają go zamiennie z terminem „pokolenie Y”. Dziś jego przedstawiciele są pełnoletni. To w większości dzieci „baby boomersów”, czyli przedstawicieli powojennego wyżu demograficznego.

Czym się różnią od rodziców i pośredniego między nimi a ojcami i matkami pokolenia X? Zyskiwali świadomość już po upadku ZSRR, dlatego hegemonia Ameryki jest dla nich sprawą zastaną i nieulegającą dyskusji. Tak samo globalizacja i neoliberalizm w gospodarce. Wchodzili na rynek pracy w czasach postępującej deregulacji, stąd – przynajmniej teoretycznie – lepiej się przystosowują do świata bez sztywnych przepisów dotyczących zatrudnienia. O wiele lepiej nadają się do telepracy, bo wolą być cały czas w ruchu. Oczekują jednak wyjątkowej relacji z przełożonym – ciągłego kontaktu i potwierdzenia jakości ich wysiłków. Częściej wybierają też firmy stawiające na społeczną odpowiedzialność biznesu. Politycznie są liberalni i wojny kulturowe, które toczy tradycyjna prawica, są dla nich zupełnie nieczytelne. Jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne, to w kampanii wyborczej 2018 r. byli zalążkiem lewicowej rewolucji w Partii Demokratycznej, sprzeciwiając się kandydaturze Hillary Clinton i popierając socjaldemokratę Berniego Sandersa. Część, sfrustrowana wynikiem prawyborów, poparła Donalda Trumpa.

Cohen stawia tezę, że milenialsi poważniej niż ich rodzice podchodzą do instytucji małżeństwa. Byłaby to bardzo dobra wiadomość, gdyby nie konkluzja, że nie wynika to z większej dojrzałości, tylko… ze strachu. Okazuje się bowiem, iż stabilne życie rodzinne staje się nieuchwytne dla biednych i gorzej wykształconych. Ponury fakt: pokolenie Y jest tym najbardziej obciążonym długami już u progu zawodowego życia. Socjolog szkicuje osobliwy obraz małżeństwa jako instytucji ekskluzywnej, zarezerwowanej tylko dla niektórych. Będącej nowym probierzem podziałów klasowych we współczesnej Ameryce i stającej się centralnym czynnikiem nierówności. „Pozwolić sobie na to mogą ludzie o stabilnej sytuacji materialnej. Obydwoje małżonków musi dobrze zarabiać. Przez to małżeństwo staje się zjawiskiem rzadszym, wyjętym z porządku społecznego i moralnego i przeniesionym do porządku ekonomicznego” – pisze Cohen.

Pokolenia baby boomersów i X wcześniej i częściej decydowały się na wzięcie ślubu, bo po pierwsze taka była kulturowa presja, a po drugie sytuacja gospodarcza wróżyła im względnie dostatnie życie i szansę na finansową progresję. Oczywiście potem pojawiały się problemy i na początku nowego tysiąclecia współczynnik rozwodów sięgnął 50 proc. wszystkich zawartych małżeństw. Milenialsi odkładają decyzję o ożenku o wiele lat, aż osiągną ekonomiczną stabilność. A ślub w późniejszym wieku statystycznie gwarantuje większą trwałość związku.

Bezrobocie wedle statystyk spada i na poziomie 3,8 proc. jest najniższe od połowy poprzedniej dekady, ale w związku ze stagnacją płac oraz deregulacją kontraktów często nie da się wyżyć z jednego etatu. Przed wyborami w 2016 r. w reportażu dla DGP przepytywałem młodych mieszkańców tradycyjnie demokratyczniej Pensylwanii, czemu głosują na Trumpa, i jako główny powód podali, że obecny system zmusza ich do brania nadgodzin albo dodatkowych zleceń tylko by związać koniec z końcem. Donald Trump wyrwał demokratom ten niegdyś przemysłowy stan.

Badania Cohena klasyfikujące małżeństwo jako dobro luksusowe potwierdzają podobne analizy. Dwa lata temu think tank Brookings Institution opublikował raport, z którego wynika, że najgorzej wykształceni Amerykanie po prostu nie decydują się na ślub i żyją w wolnych związkach. Obecnie trzy czwarte kobiet w wieku 40 lat co najmniej z licencjatem żyje w małżeństwie, podczas gdy średnim wykształceniem lub niższym niewiele ponad połowa. W latach 70. różnica ta była znikoma.

Ostatnie badanie Census Bureau (odpowiednik ZUS) przeprowadzone przez Pew Research Center dodaje do tego obrazu kolejne elementy. Rodzice, którzy pozostają przy dzieciach w domu z wyboru, a nie dlatego, że zmuszają ich do tego okoliczności (czytaj: bezrobocie), są bardziej zaangażowani w opiekę nad potomstwem. Nie muszą znosić gehenny ciągłego szukania. Analizy Pew i Cohena wskazują, że w niezbyt odległej przyszłości budowanie tradycyjnej rodziny będzie domeną osób posiadających wyższe wykształcenie i odpowiednią stabilność finansową. – Budowanie długotrwałych związków, które ułatwiają utrzymanie rodziny, nie powinno być kolejnym przywilejem, z którego korzystają tylko wykształceni i bogaci. Ale dane sugerują, że jesteśmy już na złej drodze – komentuje Marianne LaFrance, psycholog społeczny z Uniwersytetu Yale.