Ten nie tylko powiedział DGP, że nie podpisał się pod tym dokumentem, ale i stwierdził, że materiały w takiej formie w prokuraturze po prostu nie powstawały. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, by przez niemal tydzień w niektórych mediach i na kontach twitterowych osób przekonanych o uwikłaniu szefowej Fundacji Otwarty Dialog powoływano się na ten właśnie raport. Nikt nie pokusił się o jego weryfikację.

Nie rozstrzygamy, czy były podstawy do wpisania Ludmyły Kozłowskiej do Systemu Informacyjnego Schengen, co wiąże się z zakazem wjazdu do państw strefy. Nie wiemy, czy prokuratura lub służby postawią jej kiedyś zarzuty. Zdajemy sobie sprawę, że wokół źródeł finansowania FOD jest mnóstwo pytań. Uważamy, że te wątpliwości powinny zostać wyjaśnione. Mimo to trudno nam przejść do porządku dziennego nad metodą weryfikacji FOD. Po raz pierwszy na taką skalę w państwie UE w obiegu znalazły się kompromaty – materiały kompromitujące typu wschodniego. Takie jak sekstaśma z rzekomym udziałem Kozłowskiej czy cytowane bez zażenowania fałszywe dokumenty. Korzysta się z czernuchy (czarnego PR) inspirowanej przez zagranicznego oligarchę, a kiepskiej jakości teksty funkcjonują jako analizy eksperckie.

Przypadek Kozłowskiej każe zadać pytania nie tylko o finanse FOD, ale i o to, komu służy rozpętanie zamieszania o nią w kulminacyjnym momencie sporu między władzami w Warszawie a Brukselą w sprawie praworządności. Co jest bardziej szkodliwe: nie najmądrzejszy wpis męża Kozłowskiej Bartosza Kramka o „wyłączeniu rządu” czy danie Unii przesłanek do uznania, że w Polsce rozpoczęto wojnę z organizacjami trzeciego sektora. I czy minister ds. służb specjalnych wie, że decyzja o wpisaniu Kozłowskiej do SIS stała się pożywką dla jednego z najbardziej szemranych oligarchów byłego ZSRR.

Chodzi o rządzącego z tylnego siedzenia Mołdawią Vlada Plahotniuca, który instrumentalnie wykorzystał oświadczenie Stanisława Żaryna, rzecznika ministra Mariusza Kamińskiego, do uderzenia w proeuropejską opozycję w tym kraju. Wiarygodna instytucja rządowa (ABW) z wiarygodnego państwa UE (Polski) dała mu do ręki argumenty w walce z przeciwnikami. Plahotniuc formalnie jest tylko szefem współrządzącej Partii Demokratycznej. W rzeczywistości – jako udoskonalona wersja Wiktora Janukowycza – poprzez sieć firm i powiązań rodzinno-polityczno-biznesowych kontroluje całe państwo.

Zaczynał jako właściciel klubu nocnego w Kiszyniowie, w którym przy okazji erotyczno-alkoholowych imprez dla VIP-ów gromadzono kompromitujące materiały na przedstawicieli lokalnych elit. Warto przypomnieć, że sekstaśma z domniemanym udziałem Kozłowskiej i kazachskiego oligarchy Muchtara Äblazowa, którą w Polsce bezkrytycznie powiela część dziennikarzy, została spopularyzowana przez media mołdawskie kontrolowane przez Plahotniuca. Wcześniej podobnymi materiałami szantażowano byłego premiera Vlada Filata i dziennikarkę Natalię Morari, z którą Kozłowska współpracuje. W rozmowie z nami Morari przekonywała, że taki model pracy jest swoistym podpisem oligarchy.

Dla Plahotniuca oświadczenie ABW było nieocenioną przysługą. Uwiarygodniło rządową wersję o mołdawskich sojusznikach Kozłowskiej, którzy chodzą na pasku zagranicy. Natychmiast przypomniano, że szefowa FOD współpracowała z liderami opozycji Maią Sandu i Andreiem Năstasem. Telegraph.md pisał, że prawdziwym powodem wpisania Kozłowskiej do SIS były związki z rosyjskimi służbami. W artykule jest link do tekstu Marcina Wyrwała z Onet.pl, który miał potwierdzać tezę, że FOD reprezentuje interesy Kremla. Problem w tym, że w tekście Wyrwała, do którego odwołuje się Telegraph.md, nie ma śladu takiej tezy. Więcej, należy on do czołowych obrońców Kozłowskiej. Autor najpewniej uznał, że rumuńskojęzyczny czytelnik i tak nie będzie sprawdzał polskiego tekstu.

Media Plahotniuca lansują tezę, że FOD, Sandu i Năstase to rosyjska agentura i przyjaciele odsiadującego wyrok 18 lat więzienia Veaceslava Platona, który miał wyprowadzić z Rosji kilkadziesiąt miliardów dolarów. Fundacja nigdy jednak nie ukrywała, że lobbuje w imieniu Platona. Tak samo, jak nie ukrywała związków z Muchtarem Äblazowem, byłym ministrem energetyki Kazachstanu, który jest oskarżany o wyprowadzenie z banku BTA miliardów dolarów do rajów podatkowych i który pozostaje rywalem biznesowym i politycznym Nursułtana Nazarbajewa.

Madoff stepów – jak pisał o nim „Financial Times” – najpierw z elitą kazachskiej władzy wziął udział we wspólnej kradzieży, a później złamał kleptokratyczne reguły gry obowiązujące w byłym ZSRR, próbując budować niezależną od władzy siłę polityczną. W efekcie czego musi się ukrywać na Zachodzie. Podobny mechanizm działał w przypadku uwłaszczającego się na państwowym majątku Michaiła Chodorkowskiego. Różnica polegała tylko na tym, że Rosjanin nie zdążył zbiec za granicę.

W imieniu Kazachstanu ekstradycję Äblazowa próbowała wymóc na Francji Rosja (Astana nie ma umowy ekstradycyjnej z Paryżem), przed czym ludzie Kozłowskiej intensywnie i skutecznie go bronili. Dlaczego zatem – jak dziś sugerują niektórzy – miałby współpracować on ze służbami Kremla? Skoro był agentem Putina, dlaczego ten chciał go wtrącić do więzienia lub przekazać dalej Nazarbajewowi, by ten rozprawił się z nim osobiście?

W pierwszych latach istnienia Fundacji jednym z jej ważniejszych darczyńców był Petro Kozłowski, brat Ludmyły. Rodzeństwo pochodzi z Krymu, a Petro jeszcze w czasach ukraińskich zajmował się biznesem. Marcin Rey, twórca bloga Rosyjska V kolumna w Polsce, pisał rok temu, że firmy Kozłowskiego już po aneksji w 2014 r. dostarczały sprzęt rosyjskiej zbrojeniówce. Ludmyła mówi, że to nieprawda, bo po 2014 r. firmy zostały przejęte przez Rosjan, a Petro wyemigrował do USA. Tyle że w rosyjskich rejestrach Kozłowski wciąż figuruje jako współwłaściciel sześciu firm: Płosk, PWC Majak, Siewastopolskij Majak, Tinos, ZSS i ZSS Majak. Rejderstwo, czyli wrogie przejęcie firmy na Wschodzie, zakłada również usunięcie dotychczasowych właścicieli z dokumentów. A dokumenty nie wskazują, by Petro stracił kontrolę nad spółkami. Kozłowska zapowiadała, że pozwie Reya za jego raport. Na razie tego nie zrobiła. Tłumaczy, że pozew jest przygotowywany.

Wielkie pieniądze w FOD były widoczne od lat. Polskiemu państwu zaczęły jednak przeszkadzać dopiero, gdy wcześniej neutralny wobec polityki Bartosz Kramek – mąż Ludmyły Kozłowskiej – włączył się do antyrządowych akcji. To wtedy „odkryto” oligarchów z byłego ZSRR, którym pomaga fundacja. Kontrola skarbówki w FOD potrwa jeszcze do listopada. ABW nie dysponuje na razie jej wnioskami. Nie przeszkadza to jednak w formułowaniu konkluzji.

Efekt jest taki, że obecna debata o FOD to festiwal hiperboli i scenariuszy wyjętych prosto z filmów szpiegowskich. Zgodnie z naturą polskiej polityki ten festiwal ma wiele cech wspólnych z wcześniejszą ofensywą przeciw Antoniemu Macierewiczowi. Wystarczy przypomnieć fragmenty książki Tomasza Piątka, w której autor na poważnie rozważa, czy Donaldowi Trumpowi pomagał tylko rosyjski wywiad wojskowy, czy może także FSB. Publicysta tę współpracę ze służbami Kremla przedstawia nie jako hipotezę, ale jako fakt. Pojawiają się również konkluzje o „wieloletnich powiązaniach Siemiona Mogilewicza (rosyjskiego mafiosa – red.) z prezydentem USA”. W zasadzie po takich doniesieniach Piątek powinien natychmiast zostać poddany programowi ochrony świadków i zeznawać w procedurze impeachmentu Trumpa.

Stosowanie tego typu narracji – czy to wobec FOD, czy Macierewicza – do niczego nie prowadzi. Rodzi jedynie kolejne fantastyczne teorie. Te same osoby, które nie wierzyły we wschodni wymiar byłego szefa MON, odwołują się do spiskowych teorii na temat Kozłowskiej. Z kolei ci, którzy bronią Kozłowskiej, książkę Piątka cytują niczym objawienie. Na jednym tchu wyznawcy teorii o celowym zabójstwie Barbary Blidy przez pisowski reżim będą drwili ze zwolenników tezy o zamachu w Smoleńsku i odwrotnie. Oba te światy działają w porządku wiary, a nie rozumu. Mają swoich kapłanów, kościoły, wyznawców i liturgie. Odprawiając swoje modły, niczego nigdy jednak nie wyjaśnią.