statystyki

Taktyka Erdogana: Wcześniejsze wybory w Turcji

autor: Mariusz Janik04.05.2018, 07:07; Aktualizacja: 04.05.2018, 09:38
Turcja

Ale nic z tego. „Wojna nie polega na tym, by oczekiwać, że wróg nie zaatakuje, ale na tym, by uniemożliwić mu ten atak” – tę mądrość ze „Sztuki wojny” Sun Tzu posiadł niewątpliwie Erdogan. Dokładnie rok temu Sułtan dostał od Turków zielone światło dla zmian – ponad 51 proc. wyborców opowiedziało się w referendum za zmianami w konstytucji wprowadzającymi de facto system prezydencki.źródło: ShutterStock

Z poślizgu wychodzi się, dodając gazu – radzą rajdowcy. Rządzący Turcją Recep Tayyip Erdogan zastosował tę zasadę w polityce: zarządził wcześniejsze wybory.

Czas pozbyć się chorób starego systemu – rzucił prezydent Turcji w trakcie transmitowanego w telewizji orędzia, w którym zapowiedział na 24 czerwca przyspieszone wybory. – Sytuacja w Syrii i wszędzie indziej sprawia, że bezzwłocznie należy przejść do nowego systemu rządów, by silniej kształtować przyszłość kraju – tłumaczył.

Gdy tylko Erdogan – nazywany przez rodaków Sułtanem – zniknął z ekranu, nad Bosforem zawrzało. I cały czas wrze: wybory były planowane dopiero na przyszły rok, opozycja liczyła na to, że do tego czasu uda się jej wzmocnić, a popularność rządzącej Turcją od 16 lat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) osłabnie. Bo wzorcowo rozwijająca się od dekady gospodarka złapała zadyszkę, rządy AKP stają się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zamordystyczne, na wschodnich rubieżach kraju ponownie rozgorzał konflikt z Kurdami, tureckie oddziały walczą w Syrii, a w więzieniach roi się od ludzi, którzy kiedyś byli elitami.

Ale nic z tego. „Wojna nie polega na tym, by oczekiwać, że wróg nie zaatakuje, ale na tym, by uniemożliwić mu ten atak” – tę mądrość ze „Sztuki wojny” Sun Tzu posiadł niewątpliwie Erdogan. Dokładnie rok temu Sułtan dostał od Turków zielone światło dla zmian – ponad 51 proc. wyborców opowiedziało się w referendum za zmianami w konstytucji wprowadzającymi de facto system prezydencki.

Turecka opozycja do dziś jest przekonana, że wyniki referendum są co najmniej dyskusyjne: w dniu głosowania państwowa komisja wyborcza zniosła wymóg użycia oficjalnie oznaczonych urn wyborczych – i w ostatecznym rozrachunku mogło się takich dodatkowych urn pojawić nawet 1,5 mln. Z kolei aktywiści uczestniczący w kampanii przeciw zmianie konstytucji lądowali przed referendum na komisariatach, a dziennikarze w aresztach – wszyscy pod zarzutem „znieważania prezydenta” lub „hańbienia wartości religijnych i wzniecania nienawiści”. Pacyfikowanie oponentów było tym łatwiejsze, że w Turcji obowiązywał – i obowiązuje do dziś – stan wyjątkowy wprowadzony po nieudanej próbie puczu przeciw Erdoganowi latem 2016 r.

– To wszystko jest cywilnym zamachem stanu – krzyczał niedawno w parlamencie lider niegdyś niepodzielnie rządzącej krajem, a dziś opozycyjnej Partii Republikańskiej, Kemal Kiliçdaroglu. Zrelacjonowana przez dziennik „Hurriyet” pyskówka zamieniła się w absurd, gdy republikańscy deputowani zaczęli zarzucać politykom AKP, że w czasie próby wojskowego przewrotu w 2016 r. „ukrywali się” przed puczystami. – Hańba – sapał Erdogan, który obserwował burzliwą debatę, by w końcu demonstracyjnie opuścić budynek parlamentu.

okładka magazyn 4.05

okładka magazyn 4.05

źródło: Dziennik Gazeta Prawna


Pozostało jeszcze 80% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie