Szef amerykańskiej dyplomacji wezwał również libańskich przywódców do nieangażowania się w konflikty w regionie. Potwierdził jednocześnie zobowiązania USA dotyczące wsparcia sił zbrojnych tego kraju, ale podkreślił, że "nie widzi różnicy" między Hezbollahem jako partią polityczną (będącą w koalicji rządowej) a jego zbrojnym ramieniem (uznawanym przez Waszyngton za organizację terrorystyczną).

Tillerson zapewnił też, że nie prosił Libanu, by ten ustąpił w sporze z Izraelem w sprawie morskiej granicy. "Szukamy rozwiązania" - zaznaczył.

Liban ceni pokój na swojej południowej granicy, a USA powinny odgrywać "skuteczną rolę" w rozwiązywaniu sporów między naszym krajem a Izraelem - powiedział z kolei libański prezydent Michel Aoun.

Prezydent, sojusznik polityczny Hezbollahu, wezwał USA by "pracowały nad powstrzymaniem Izraela przed atakami na suwerenność Libanu" na morzu i w przestrzeni powietrznej. Dodał, że Bejrut "trzyma się granic uznanych przez społeczność międzynarodową" i odrzuca izraelskie roszczenia do spornej części Morza Śródziemnego.

Libański pałac prezydencki zaprzeczył medialnym doniesieniom, iż Tillerson musiał czekać w rezydencji w Baabdzie na spotkanie z Aounem. W mediach udostępniono nagranie, na którym widać siedzącego sekretarza stanu USA a obok stoi puste krzesło. Według pałacu prezydenckiego Tillerson przyjechał "kilka minut przed czasem, a spotkanie rozpoczęło się o czasie".

Wizyta amerykańskiego sekretarza stanu do Libanu zbiega się z narastającym konfliktem między tym państwem a Izraelem. Przedmiotami sporu pozostaje libański przetarg na poszukiwanie gazu i ropy w akwenie, do którego prawa rości sobie również Izrael. Obawy państwa żydowskiego budzą również zwiększające się wpływy szyickiego Hezbollahu w regionie. Według niektórych raportów organizacja ta może obecnie wystrzeliwać w kierunku Izraela nawet 10-krotnie więcej pocisków rakietowych niż w trakcie drugiej wojny libańskiej w 2006 roku - poinformował "The Jerusalem Post".

Z krytyką Bejrutu spotyka się również wykorzystywanie przez Izrael libańskiej przestrzeni powietrznej do przeprowadzania nalotów w Syrii. W sobotę syryjska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła izraelski samolot wielozadaniowy F-16. MSZ w Damaszku oświadczyło we wtorek, że jeśli w przyszłości Izrael zaatakuje terytorium Syrii, to czekają go "kolejne niespodzianki".

Minister obrony Izraela Awigdor Lieberman powiedział w środę, że Izrael ma zamiar "kontynuować naloty na irańskie pozycje w Syrii". Przemawiając na konferencji w Tel Awiwie porównał obecność irańskich sił zbrojnych w pobliżu izraelskich granic do kryzysu kubańskiego. Zaznaczył, że jego państwo nie zamierza "eskalować sytuacji, ale jest gotowe na wojnę".

Iran i Hezbollah są sojusznikami syryjskiego prezydenta Baszara el-Asada.

Stany Zjednoczone są bliskim sojusznikiem Izraela; państwo żydowskie jest największym odbiorcą pomocy wojskowej od USA. W 2016 roku kraje te podpisały dziesięcioletnią umowę o współpracy militarnej opiewającą na 38 mld USD. W poniedziałek minister obrony USA James Mattis stwierdził, że Izrael "ma pełne prawo do swojej obrony".

Od 1948 roku między Libanem i Izraelem wielokrotnie dochodziło do konfliktów zbrojnych. Państwo żydowskie nigdy nie podpisało traktatu pokojowego ze swoim północnym sąsiadem.

Podczas trwającej od niedzieli podróży po Bliskim Wschodzie Tillerson był już w Egipcie, Kuwejcie, Jordanii i Libanie. Na jej zakończenie pojedzie do Turcji. Waszyngton i Ankarę dzieli stosunek do kurdyjskich Ludowych Jednostek Samoobrony (YPG) w Syrii; Turcja wzywa USA do zaprzestania wspierania tych oddziałów. Tillerson powiedział w czwartek, że Stany Zjednoczone "nigdy nie dostarczały broni ciężkiej" YPG i dlatego nie muszą niczego odbierać.