Decyzja Donalda Trumpa o uznaniu przez USA Jerozolimy za stolicę Izraela, nawet jeżeli ma znaczenie głównie symboliczne, niesie za sobą znacznie więcej zagrożeń niż korzyści. Trudno w działaniu amerykańskiego prezydenta dostrzec realną troskę o uspokojenie sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Uznanie największego miasta w kraju za stolicę i przeniesienie tam amerykańskiej ambasady było jedną z obietnic Trumpa w czasie kampanii wyborczej, nie jest więc wielkim zaskoczeniem. Według wczorajszego oświadczenia prezydenta USA jest odzwierciedleniem stanu faktycznego, bo właśnie tam siedzibę mają wszystkie władze Izraela. Nie wpływa również na proces pokojowy między Izraelczykami a Palestyńczykami, nie jest opowiedzeniem się po stronie Izraela, samo zaś przeniesienie ambasady potrwa co najmniej kilka lat. Jednak zakładanie, że ten symboliczny gest nie wpłynie negatywnie na stosunki w regionie, jest nieroztropne.

– Jeśli tak się stanie, skomplikuje to sytuację. Utrudni proces pokojowy, a może go nawet zakończyć – oświadczył Nabil Abu Rudeineh, rzecznik prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa. Z kolei rywalizujące z nim ugrupowanie Hamas zapowiedziało na piątek masowe protesty Palestyńczyków i nie można wykluczyć, że przekształcą się one w trzecią intifadę. Decyzję Trumpa ostro skrytykowały wszystkie państwa muzułmańskie, nawet te, które są sojusznikami Stanów Zjednoczonych, jak Arabia Saudyjska czy Turcja. Zaś swoje zaniepokojenie wyrazili też Unia Europejska, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny i papież Franciszek. Jerozolima jest świętym miastem dla wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, a politycznie jest ona podzielona na część zachodnią – izraelską, i wschodnią – palestyńską, choć ta druga została zajęta i de facto włączona do Izraela. Status Jerozolimy ma być przedmiotem negocjacji pokojowych, które jednak ostatnio utknęły w martwym punkcie. Zadowolenie z decyzji Trumpa, co zrozumiałe, wyraził tylko Izrael, choć potencjalnie może ona sprowadzić na ten kraj sporo kłopotów. – To duży, symboliczny i polityczny sukces dla premiera Benjamina Netanjahu, bo może go wskazywać jako argument, że jego polityka zagraniczna jest skuteczna. Izrael jest przygotowany na to, że w każdej chwili bezpieczeństwo może się dramatycznie pogorszyć, i bierze pod uwagę, że jego relacje z niektórymi państwami muzułmańskimi, np. z Turcją czy Jordanią, się pogorszą. Zarazem liczy na to, że skoro dla państw muzułmańskich sprawa palestyńska jest obecnie na drugim czy trzecim planie, skończy się to tylko na krytyce i nie podejmą one żadnych dalszych kroków – mówi nam Michał Wojnarowicz, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zajmujący się Izraelem.

Skoro niektórzy muzułmańscy przywódcy mówią wprost, że opowiedzenie się przez Stany Zjednoczone po stronie Izraela zatrzyma proces pokojowy albo wręcz może doprowadzić do eskalacji konfliktu, kluczowym pytaniem jest to, dlaczego Donald Trump zdecydował się na ten krok i czy ma świadomość potencjalnych konsekwencji. Część komentatorów wskazuje, że w ten sposób chciał pokazać wyborcom, iż dotrzymuje złożonych obietnic (a dotychczasowe jego osiągnięcia na tym polu są mizerne), poprawić swoje notowania w sondażach, a przede wszystkim odwrócić uwagę od problemów, zwłaszcza od toczącego się śledztwa w sprawie rosyjskich prób wpływania na wynik wyborów prezydenckich. Michał Wojnarowicz wskazuje jednak na inne potencjalne motywacje Trumpa. – Po pierwsze, może to być część jakiegoś – mówiąc jego słowami – dealu, choć wobec tego, że negocjacje pokojowe są zamrożone, a Palestyńczykom ciężko będzie przejść nad sprawą Jerozolimy do porządku dziennego, naprawdę trudno wskazać, co mogłoby być drugą jego częścią. Po drugie, może to być sprawa ambicjonalna, czyli o zerwanie z polityką Baracka Obamy wobec Bliskiego Wschodu. Celem każdego amerykańskiego prezydenta jest zaprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie i Trump nie jest tu wyjątkiem. Uważa, że ze swoim biznesowym backgroundem może jakiś układ wynegocjować – uważa ekspert PISM.

Z drugiej strony wysiłki podejmowane przez administrację Baracka Obamy nie przyniosły żadnych wymiernych efektów, zatem zwolennicy Trumpa argumentują, że może czas na zupełnie nowe podejście. – Administracja Trumpa pokazuje, że gotowa jest odrzucić na bok dotychczasowe ustalenia arabsko-izraelskie i zacząć wszystko od początku. Sądzę, że to naprawdę daje większe szanse rozwiązania niż mniejsze – mówi Danielle Pletka z konserwatywnego think tanku American Enterprise Institute. Problem tylko w tym, że jeśli protesty przeciw uznaniu Jerozolimy przekształcą się – świadomie bądź mimowolnie – w nową intifadę, a takiego scenariusza nie można wykluczyć, ani trochę nie przybliży to rozwiązania.