Przedmiotowo.

A.B.: Któregoś razu rozmawialiśmy z nim o prezydenturze, on że w Warszawie się źle czuł, że przyjeżdżał tu tylko do pracy, że nikogo nie znał. A Henryk Wujec? - zapytałem. A on na to: dwa razy go widziałem, to co to za znajomość.
C.Ł.: Pamiętasz, Andrzej, rozmowę o Marcinie Wolskim?
A.B.: Pracował dla Wałęsy. A Wałęsa mówi nam: w ogóle go nie znałem.
C.Ł.: Mówi też, że poszedł po wyborach prezydenckich do Tadeusza Mazowieckiego, że zgoda, żeby Mazowiecki mu pomógł. Ale ten nie chciał, więc kto miał mu pomóc.
A.B.: – Kto miał mi pomóc? – mówił. - Ja nikogo nie znałem.

Wymieniacie, panowie, prezydentowi Wałęsie kilka nazwisk, on mówi, że nie kojarzy nikogo, potem się okazuje, że to byli ludzie, którzy pracowali z nim przy drugiej kampanii prezydenckiej.

A.B.: Wiele razy mówił nam, że miał zadanie do wykonania. Ludzie, którzy go otaczali, nie byli w tym wszystkim najważniejsi. Z drugiej strony już Lenin mówił, że kadry decydują o wszystkim. Mówiliśmy Wałęsie, że otoczył się ludźmi, którzy dziś na niego plują. Pamiętał Wojciecha Reszczyńskiego, który bez żadnych ogródek powiedział, że skoro Wałęsa przegrał, to on nie chce mieć z nim nic wspólnego.

Teraz w jego otoczeniu są ludzie albo z rodziny, albo tacy, których zna od wielu lat.

A.B.: Zobaczyliśmy, kim się otacza. Jest pani Donata, oddana mu, jest pani profesor Pensonowa, oddana mu do szpiku kości, i jest dyrektor biura - Adam Domiński, który jest zięciem Lecha Wałęsy, a mężem Ani Wałęsy. Wszyscy to wspaniali ludzie, ale boją się wejść do niego do gabinetu. Jedynym, który bez wahania wchodzi, jest Krzysztof Pusz. To dziś jego najbliższy współpracownik.

Mieczysław Wachowski się nie bał.

A.B.: Nie sądzę, by Lech Wałęsa jeszcze kiedykolwiek wpuścił go do siebie do gabinetu.

CAŁY WYWIAD NA DZIENNIK.PL>>>