statystyki

Szahaj: Człowiek przedsiębiorstwo

autor: Andrzej Szahaj03.02.2017, 07:17; Aktualizacja: 03.02.2017, 10:02
Andrzej Szahaj filozof polityki, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Andrzej Szahaj filozof polityki, profesor zwyczajny Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniuźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pewne idee i metafory niepostrzeżenie obejmują we władanie nasze umysły i zaczynają kierować naszym działaniem. Z czasem stają się dla nas tak oczywiste, że przestajemy zauważać ich sztuczność. Naturalizują się, tzn. zaczynają być postrzegane jako oczywistość i przybierają postać niewidocznego tła naszego myślenia. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy jakaś ideologia – pojmowana jako całościowy system postrzegania świata, oceniania i wyznaczania celów godnych realizacji – uzyskuje pozycję dominującą w obszarze przekonań danej wspólnoty.

Reklama


Idea, która jest przedmiotem moich refleksji w tym tekście, stanowi istotny fragment takiej właśnie ideologii. Idzie o ideę postrzegania człowieka jako przedsiębiorstwa, którym on sam musi starannie zarządzać, jeśli chce osiągnąć cele, w danym momencie historycznym i w danej wspólnocie uznane za oczywiste. O sile tej idei świadczy fantastyczny sukces przemysłu poradników oraz doradztwa personalnego, w tym tzw. coachingu. Półki w księgarniach uginają się do książek, w których znajdujemy przepisy na to, jak uczynić siebie lepszym, ale nie w sensie lepszego człowieka jako takiego (doskonalszego moralnie), lecz w sensie bardziej atrakcyjnego towaru na rynku. Te publikacje są znakiem naszych czasów, w których urynkowieniu ulegają wciąż nowe dziedziny życia, coraz więcej rzeczy zamienionych zostaje w towar. Następuje ekonomizacja naszej egzystencji, w tym m.in. sensie, że zasady ekonomii wolnorynkowej zostają rozciągnięte na sfery życia dotąd rozpatrywane w innej perspektywie (życie rodzinne i uczuciowe, edukacja uniwersytecka, sztuka), nauka ekonomii zaś zyskuje status supernauki, uniwersalnego klucza dla zrozumienia wszystkich aspektów życia osobistego i społecznego. Imperializmowi rynku towarzyszy zatem imperializm ekonomii jako nauki uniwersalnej. Wszystko to powoduje, że nasz horyzont aksjologiczny i światopoglądowy niezwykle się spłaszcza i trywializuje.

Filozofia na miarę czasów

Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak zaplecze filozoficzne owego postrzegania świata na wzór wolnego rynku i człowieka na wzór przedsiębiorstwa. A dotyczą one tego, kim jest człowiek, jakie są cele ludzkiego życia oraz jakie są relacje pomiędzy jednostką a jej otoczeniem (innymi ludźmi). Człowiek jawi się w tej perspektywie przede wszystkim jako pracownik sprzedający siebie i swoje umiejętności na rynku kapitalistycznym. Jest towarem, który ma tym większą wartość, im okazuje się atrakcyjniejszy dla ewentualnych nabywców. Wykorzystuje całego siebie, a nie jedynie jakąś swoją część do tego, aby wydajnie pracować. A to oznacza, że jest gotów sięgać wciąż głębiej w samego siebie, by odkryć dotąd niezauważone potencjały efektywności działania. Nie boi się „pracy emocjonalnej”, jak to określa wybitna socjolożka Arlie Hochschild, a zatem wykorzystywania nie tylko przymiotów swego umysłu czy ewentualnie ciała w procesie pracy, lecz także swoich emocji. W tym sensie chce stać się pracownikiem doskonałym, który nie pozostawia sobie już żadnej intymności, w całości oferując siebie na rynku pracy.

Aby sięgnąć do tych emocjonalnych rezerw, potrzebuje czasem przewodnika duchowego, którym w dzisiejszych czasach staje się coach, osobisty trener, wskazujący, gdzie ukryły się rezerwy i na czym polegają blokady wewnętrzne niepozwalające podnieść swojej wartości (użyteczności) na rynku pracy. To coach staje się dziś głównym funkcjonariuszem systemu trubokapitalizmu wyciskającego z ludzi wszystko, co tylko da się wycisnąć w imię efektywności ekonomicznej (to nie znaczy, że intencja działania wielu trenerów personalnych nie jest szlachetna, chodzi jedynie o to, że ich obiektywna funkcja w systemie jest taka, jaka jest, czego najczęściej nie dostrzegają). Cały zaś przemysł doradczo-psychologiczny nazwać można awangardą procesu wynajdywania w ludziach możliwych do skapitalizowania potencjałów zwanych często „rozwojowymi”, co jest o tyle mylące, że chodzi tu wyłącznie o rozwój działania człowieka – przedsiębiorstwa.


Pozostało jeszcze 61% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Reklama

Komentarze (1)

  • j.(2017-02-03 19:17) Zgłoś naruszenie 10

    Tak się już utarło, że teraz się liczy tylko własna firma, bo jeśli pracujemy na etacie przecież jesteśmy "nieudacznikami", a ja to jeszcze jestem "darmozjad", bo jako urzędnik żyję na koszt podatników! To nic, że wykonuję odpowiedzialną pracę w urzędzie, bez którego nie może istnieć żadne państwo i że się nie obijam, a wręcz przeciwnie nieraz zostaję po godzinach, tyle jest pracy i nikt mi za to nie zapłaci. Teraz panuje taka moda, że dostający pensje z budżetu to darmozjady i tyle! Wszędzie się daje za przykład ludzi, którzy doszli do fortun tzw. "ciężką pracą”. A ja nic z tego nie rozumiem, bo ciężką pracą to się dochodzi do chorób zawodowych (w mojej pracy umysłowych), a nie do fortun. Nie rozumiem też tych ludzi, dlaczego, choć mają miliony, ciągle im mało?... Ale to teraz jest niemalże jak religia, że to jest podobno całkiem normalne, że człowiek chce mieć więcej, że się "rozwija" i dochodzi tą "ciężką pracą" do kolejnych milionów itd. Jakiś psycholog się wypowiadał w TV o sposobie funkcjonowania ludzi bogatych, że oni jakby żyją w innym świecie, itd. ale... nic z tego nie zrozumiałem! Moim zdaniem pogoń za wszelką cenę za dobrami materialnymi tylko zubaża człowieka, w jego najgłębszym wymiarze, bo w życiu nie jest najważniejsze, żeby np. mieć złoty zegarek, albo jakąś super „brykę”, jacht, pałac, albo może nawet odrzutowca, tylko coś zupełnie innego. Ponadto kapitalizm w naszym, polskim wydaniu, aż się roi od zjawisk co najmniej wątpliwych etycznie. Do mnie np. wydzwaniają przedstawiciele organizatorów tzw. „pokazów” przeważnie „wyrobów zdrowotnych”. Moja mama chodziła na te pokazy i zostawiła mi w spadku stertę do niczego nie potrzebnych rzeczy kupionych na „pokazach” i... nie spłacony kredyt, bo jak tylko poszła na „pokaz”, to tak nią zamanipulowali, że kupiła coś absolutnie niepotrzebnego za kilka tys. zł. zaciągając kolejny kredyt. Oj, chyba nie jeden pałac został wybudowany za pieniądze zarobione na tych pokazach, ale... ci, którzy tym kręcą nie są w przeciwieństwie do mnie, pracującego na etacie, „nieudacznikami”, tylko wzięli sprawy w swoje ręce i doszli do wszystkiego „ciężką pracą”, no nie? Jeśli poprzednia władza stawiała nam za przykład do naśladowania osobników w typie bazarowego cwaniaczka, którzy sobie doskonale w III RP poradzili, to nie ma co się dziwić, że teraz rządzą populiści! Ale problem jest nie tylko Polski, bo cały kapitalistyczny świat chyba zabrnął w jakiś zaułek i nie wie, jak z tej matni wyjść, a obiecujący z kolei gruszki na wierzbie (bo oni wbrew pozorom wcale nie mają panaceum na te patologie!) będą... wygrywać następne wybory...

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Reklama