Polska historia dwóch spraw nas nauczyła. Po pierwsze, że romantyzm jest zły. I po drugie, że romantyzm jest dobry. Zły, bo w politycznym myśleniu romantycznym poświęcenie się i moralne wzmożenie jest ważniejsze od skutku politycznego działania. Dobry, ponieważ w czasach upokorzeń, niewoli i porażek romantyzm przypomina, że „w tym wszystkim” chodzi także o zachowanie, jednak, moralnego wymiaru działań człowieka.
Jak tę cokolwiek ogólną refleksję zastosować do obecnej sytuacji geopolitycznej? Oto, jak za dotknięciem różdżki MAGA, napaść jednego kraju europejskiego na drugi przestaje być moralną tragedią, wywołującą elementarny odruch solidarności z napadniętym. Kto bronił i broni napadniętych, jest głupi, mądry ten, kto w odpowiedniej chwili przydusił napadniętego i ośmieszył go przed całym światem, pochwalając przy tym napastnika.
W obecnej narracji administracji USA, stanowiącej uproszczony i skrócony wariant narracji rosyjskiej, Ukraina jako taka jest krajem niewartym uznania. W tej narracji znika wartość walki w imię niepodległości, obrony podstawowych praw człowieka (życie! wolność! bezpieczeństwo!), nie ma bohaterów świętej sprawy obrony ojczyzny. Jest jakiś „konflikt”, wyjęty z moralnego osądu pojedynek, w którym ktoś przegrywa, ktoś wygrywa, a realizm nakazuje wykorzystać (względną) porażkę słabszego. Na jego szczęście ma on złoża metali ziem rzadkich (nawiasem mówiąc, zbitka słów niczym wyjęta ze „Świtezianki”). Co dla Trumpa znaczyłaby dzisiaj Ukraina, gdyby tych złóż nie miała?
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.