Da się wygrać mimo porażki w głosowaniu

Wybory w USA
Wybory w USABloomberg / Al Drago
4 listopada 2024

Dla jednych Kolegium Elektorskie to integralny element demokracji, dla innych – niepotrzebny anachronizm, sprzyjający republikanom. 

W ostatnim ćwierćwieczu dwukrotnie zdarzyło się tak, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został kandydat, który otrzymał mniej głosów w głosowaniu powszechnym. Dwukrotnie dotyczyło to republikanina. Było tak w 2000 r., gdy George W. Bush pokonywał Ala Gore’a, oraz w 2016 r. w starciu Donalda Trumpa z Hillary Clinton. Ostatnim kandydatem Partii Republikańskiej, który wygrał głosowanie powszechne, był George W. Bush 20 lat temu.

Dzieje się tak, bo wyboru prezydenta w USA formalnie dokonuje Kolegium Elektorów, konstytucyjny organ państwowy, od lat 60. XX w. liczący 538 elektorów. By zasiąść za biurkiem Resolute, trzeba w tym organie mieć większość, czyli 270 głosów (teoretycznie możliwy jest remis 269:269; wówczas prezydenta wybiera Izba Reprezentantów, a wiceprezydenta Senat). Gdy Amerykanin idzie głosować, na karcie wyborczej ma przedstawione imiona i nazwiska kandydatów. Ten z polityków, który zdobędzie w danym stanie więcej głosów, wygrywa w nim i uzyskuje w większości przypadków wszystkie głosy elektorskie przypadające w tym cyklu wyborczym na ten stan, co jest nazywane zasadą „zwycięzca bierze wszystko”. Wyjątki stanowią Maine i Nebraska – tam dwa głosy elektorskie są przyznawane kandydatowi, który wygrywa wybory w całym stanie, a pozostałe są rozdzielane zgodnie z wynikami w poszczególnych okręgach.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.