Na unijnej giełdzie nazwisk do obsady najważniejszych stanowisk kandydaci naszego regionu mają duże szanse. Partyjne podziały i krajowe preferencje znacznie jednak komplikują przedwyborczą układankę.

Dynamikę obecnych rozmów kuluarowych o obsadzie stanowisk w UE najlepiej ilustrują podziały między najważniejszymi unijnymi graczami – Francją i Niemcami. W nowym parlamencie Europejska Partia Ludowa według wszystkich sondaży będzie największą siłą. Co będzie dawać dodatkowe argumenty za wywodzącą się z tej frakcji Ursulą von der Leyen. We Francji z kolei liberalny obóz Emmanuela Macrona jest w znacznym odwrocie i trudno oczekiwać, żeby to Paryż dyktował warunki podczas negocjacji. Macron jednak sufluje od kilku tygodni kandydaturę byłego premiera Włoch, jednej z istotniejszych postaci dla europejskich liberałów – Mario Draghiego, co jest odczytywane w Europie raczej jako presja na von der Leyen niż realny wybór. Sam Draghi sprawdził się w roli szefa dość egzotycznej koalicji, ale trudno spodziewać się wysunięcia jego kandydatury przez konserwatywną premier Włoch Giorgię Meloni. Ta może desygnować do KE według ostatnich doniesień swojego zięcia – Francesco Lollobrigidy, obecnego ministra rolnictwa. Z kolei wśród faworytów Macrona są wymieniani minister finansów Bruno Le Maire oraz obecny komisarz ds. rynku wewnętrznego Thierry Breton.

Poza von der Leyen i kuluarowym dołączeniem do giełdy nazwisk Draghiego wśród kandydatów na kluczowe stanowiska jest wymieniany także premier Hiszpanii Pedro Sanchez. Choć mimo ostatnich kryzysów lider hiszpańskich socjalistów zdecydował się pozostać na fotelu premiera, to nie jest tajemnicą, że coraz większym obciążeniem stają się dla niego partie regionalne, które wysuwają kolejne żądania w zamian za poparcie jego koalicji. Sanchez mógłby kandydować chociażby na urząd szefa Rady Europejskiej, który zwyczajowo przypada któremuś z szefów rządów lub państw.

Apetyty środkowoeuropejskie

Niezależnie od rozmów największych graczy ostateczny skład Komisji ma – według deklaracji samej von der Leyen – uwzględniać przyznanie dużej, istotnej teki, najpewniej z obszaru obronności, dla któregoś z państw Europy Środkowo-Wschodniej. Wyraźnym liderem w tym gronie pozostaje szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski, który cieszy się szerokim poparciem. Istotny będzie jednak dokładny podział zakresu obowiązków i uprawnień poszczególnych komisarzy. Polska według naszych informacji jest zainteresowana zarówno teką ds. obronności, jak i ds. rozszerzenia. Jeśli von der Leyen podtrzyma swoją zapowiedź przeznaczenia 100 mld euro na rzecz europejskiego przemysłu zbrojeniowego, wówczas środkami tymi mógłby teoretycznie dysponować komisarz ds. obrony. Tu jednak duet Tusk-von der Leyen może natrafić na przeszkodę w postaci Francji, której obecny komisarz Thierry Breton przez ostatnie pięć lat decydował o kształcie unijnego rynku wewnętrznego i nie jest tajemnicą, że Paryż chciałby to portfolio zachować. Pozostaje jeszcze funkcja szefa unijnej dyplomacji – następcy Josepa Borrella, ale wciąż nie wiadomo, jak dokładnie miałyby wyglądać relacje tych trzech komisarzy w kontekście zwiększania europejskiego potencjału obronnego.

Na tekę ds. rozszerzenia chrapkę mają także Węgrzy, którzy nadzorowali ją w mijającej kadencji. Pozostała część UE patrzy jednak na takie rozwiązanie niechętnie, a w Budapeszcie upatruje głównego hamulcowego rozszerzenia Unii zwłaszcza o Ukrainę. Pozostałe państwa naszego regionu nie zaskakują w swoich wyborach, zwłaszcza kraje bałtyckie. Łotysze stawiają na swojego najbardziej sprawdzonego w boju zawodnika – Valdisa Dombrovskisa, który w minionej kadencji pełnił funkcję wiceszefa KE i należy do jednego z najbardziej lojalnych ludzi wobec von der Leyen. Litwini chcą postawić na Gabrieliusa Landsbergisa – jednego z bardziej wyrazistych w UE szefów dyplomacji. Sęk w tym, że Wilno w tym kontekście jest zainteresowane wyłącznie teką obejmującą politykę zagraniczną, co może stać w kolizji z ewentualnym przyznaniem Polsce portfolio obronnościowego. Tym bardziej że obaj pochodzą z tej samej grupy politycznej (EPL), co może z kolei premiować inną kandydatkę z regionu – premier Estonii Kaję Kallas, która wciąż może liczyć na przychylność wielu unijnych liderów, a jej przynależność do liberalnej frakcji może być jej atutem w negocjacjach.

W nowym rozdaniu może zabraknąć jednej z istotniejszych postaci dla unijnej polityki minionych pięciu lat, a mianowicie Very Jourovej. Według doniesień medialnych rządzący w Pradze sondują poparcie dla takich osób jak Marek Mora (obecnie minister finansów) czy Danuše Nerudová – kandydatka w ostatnich wyborach prezydenckich, która uzyskała trzecią lokatę. Na Słowacji z kolei wszystko będzie zależało od dalszych losów Roberta Ficy po niedawnym zamachu. W gronie najważniejszych kandydatów z Bratysławy jest wymieniany Maroš Šefčovič, z którego doświadczeniem mało kto może się dziś w UE równać. Słowak zasiada w Komisji bowiem od 2009 r. i jest de facto gwarancją uzyskania dla kraju pokaźnego portfolio. Ostateczne rozstrzygnięcia to kwestia drugiej połowy czerwca, kiedy to unijni liderzy po zakończeniu wyborów europejskich usiądą do pierwszych rozmów, które potrwają aż do ostatecznego wyłonienia składu Komisji i kierownictwa pozostałych unijnych instytucji. ©℗

Polska, Litwa i Estonia mają zakusy na stanowisko związane z dyplomacją i obronnością