Celem otwarcia nowego frontu na Charkowszczyźnie nie był sam marsz na Charków. Oczywiście gdyby się okazało, że ukraińska obrona leży i można podejść blisko metropolii, najeźdźcy skorzystaliby z okazji.

Łatwo jednak nie było i realizowany jest teraz wariant realistyczny. Jest budowany pas „ziemi w ogniu”, który będzie oddzielał państwo Władimira Putina od – m.in. – Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego Dienisa Kapustina vel Nikitina. Organizacja współpracująca z wywiadem wojskowym HUR od wielu miesięcy dokonywała rajdów zbrojnych w obwodach biełgorodzkim i kurskim. W tym pierwszym próbowała budować wirtualną republikę ludową – odpowiednik separatystycznych parapaństw na Donbasie – Ługańskiej i Donieckiej Republik Ludowych. Oczywiście Kapustin nie był w stanie na trwałe zawojować istotnych obszarów. Jego rajdy ośmieszały jednak Władimira Putina. Nawet jeśli Biełgorodzka Republika Ludowa pozostawała tworem z Instagrama.

Drugim celem otwarcia nowego frontu jest odciąganie uwagi. Rosjanie liczyli, że do obrony Wołczańska zostaną ściągnięte jednostki np. spod Konstantyniwki i Czasiw Jaru, co ułatwi zdobycie tego drugiego miasta, postrzeganego jako brama do znacznie większych kąsków – Słowiańska i Kramatorska. Jak przy każdym starciu w wojnie po 24 lutego 2022 r., nic nie okazało się jednak czarno-białe. Rezultaty rysują się raczej w odcieniach szarości. Choć akurat tym razem ta szarość nie sprzyja przede wszystkim Kijowowi.

W ciągu kilku dni Rosjanie na północny wschód od Charkowa wykroili teren o szerokości ok. 60 km i głębokości 6–10 km. Kontrolują od 9 do 13 wsi. To wszystko udało się siłami ok. 2 tys. żołnierzy. Czyli kontyngentem niewystarczającym do tego, aby pomaszerować na Charków, ale też odpowiednio małym, by skompromitować ukraińską obronę. Aby ten obraz nie był taki przykry dla Kijowa, od kilku dni jest budowana narracja, że na Charkowszczyznę rzucono co najmniej 30 tys. żołnierzy rosyjskich. Ta liczba to jednak propaganda.

Jak przekonuje szef HUR, kolejnym ruchem Rosjan może być teraz otwarcie frontu w obwodzie sumskim. Kyryło Budanow mówi o spodziewanym „potężnym uderzeniu”. A lokalne władze ewakuują cywilów w pasie przygranicznym o szerokości 10 km.

Wiosną 2024 r. Rosjanie grają przeciw Ukrainie klasycznie. Najpierw spinowali do zachodniej prasy wersje o tym, jak bardzo pragnęli pokoju w 2022 r., czyli tuż po rozpoczęciu inwazji i w czasie rozmów prowadzonych na Białorusi i w Turcji. Teraz – aby potwierdzić swoją „dobrą wolę” – próbują otwierać nowe odcinki frontu i okupować kolejne tereny Ukrainy. Kreml z jednej strony przekonuje świat, że jest gotów na kompromis, zaś z drugiej kontynuuje politykę przesuwania granic. Kijów z tego układu wychodzi podwójnie stratny. Nawet jeśli jakimś cudem Wołodymyr Zełenski zgodziłby się na pertraktacje (co jest mało prawdopodobne. Tak samo zresztą jak mało realna jest wola Rosjan do rozmów), siadałby do stołu ze słabymi argumentami. Pas „ziemi w ogniu” na Charkowszczyźnie stał się nową kartą przetargową Kremla. W wypadku rozmów wycofanie się z niego będzie prezentowane jako „wielkie ustępstwo”. Trzymając część Wołczańska, Rosjanie dalej będą próbowali zdobyć Czasiw Jar i przesuwać się na zachód od Awdijiwki. Zajęcie Donbasu jest dla nich sprawą kluczową. Charkowszczyzna to funkcja polityki wobec niepodbitych terenów obwodu donieckiego, a nie cel sam w sobie.

Zamęczanie Ukrainy polega zresztą nie tylko na wojnie, lecz także na korzystaniu ze wszystkich niemożności państwa – nieskutecznej mobilizacji, ujawnianej korupcji (niedawno w ministerstwie rolnictwa, ale też przy przetargach na umocnienia przy granicy z Rosją) czy też domniemanych problemach z legitymizacją władzy samego Wołodymyra Zełenskiego. 20 maja, czyli wczoraj, skończyła się jego kadencja. Na razie ustawa o reżimie prawnym stanu wojennego zabrania przeprowadzania wyborów, referendów i zmian w konstytucji. Zełenski formalnie pełni urząd do czasu zakończenia wojny i zaprzysiężenia głowy państwa wybranej w warunkach pokoju. Prawie 70 proc. Ukraińców zgadza się, że powinien on pozostać na stanowisku do odwołania stanu wojennego (sondaż KMIS przeprowadzony w lutym). Nie sposób jednak przewidzieć, jak będzie wyglądało to poparcie, jeśli wojna będzie się przedłużała. Według ustawy o reżimie prawnym stanu wojennego w czasie W nie można zmieniać konstytucji. Można jednak zmienić ustawę o reżimie prawnym stanu wojennego.

Z tych wszystkich problemów zdaje sobie sprawę Władimir Putin. Gra na czas. Przy czym Ukraina nie jest pozbawiona pola do manewru i możliwości polepszenia swojej pozycji. Ale, aby ten manewr mogła wykonać, musiałaby dostać od Zachodu zielone światło dla podjęcia próby wyizolowania Krymu. Czyli dla użycia pocisków manewrujących do zniszczenia mostu Kerczeńskiego i zdjęcia ograniczeń USA dla działań przeciwko Flocie Czarnomorskiej. Ukraina nie wygra z Rosją w takim stylu jak Ołeksandr Usyk z Tysonem Furym. Ciągle ma jednak duże możliwości zyskiwania punktów. ©℗