Trudno jednak zanegować, że krok po kroku żegnaliśmy lata „błędów i wypaczeń” w europejskiej polityce wschodniej, a logika, którą kierowały się instytucje UE ostatecznie okazywała się klarowna i konsekwentna: pogodzić możliwie stanowcze działania wobec agresora i wsparcie dla jego ofiary – z równie istotną w okolicznościach wojennych zasadą jedności. Jak rzadko kiedy widzieliśmy, że Bruksela, Waszyngton i cały niemal główny nurt euroatlantyckiej dyplomacji stają się sprzymierzeńcami Polski w wywieraniu nacisku na „hamulcowych”, by mentalny odwrót od Moskwy realizowały szybciej, a przynajmniej w nim nie przeszkadzały.
Dziś można odnieść wrażenie, że zmęczenie rosyjską agresją wchodzi na dobre na salony, i to bynajmniej nie tylko te berlińskie, wiedeńskie czy budapesztańskie. Dyskusja o limitach cenowych stała się tego najlepszą ilustracją. Żeby było jasne: jest naturalne i zrozumiałe, że państwa szeroko pojętego Zachodu chcą chronić swoich obywateli, swój biznes i swoje „krytyczne” aktywa przed kosztami, związanymi pośrednio lub bezpośrednio z rosyjską agresją. Nie ulega wątpliwości, że takie działania są wręcz konieczne – także w imię naszej zbiorowej odporności jako państw uznawanych przez Moskwę za „nieprzyjazne” i potrzebnej w okresie wojennym politycznej stabilności. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się mieszanie porządków, pojawia się argumentacyjny chaos, ginie klarowna jak się zdawało hierarchia priorytetów, a do wspólnego mianownika dopisywane są chyłkiem partykularne cele.