Ukraińscy politycy i eksperci przewidują, że szybko nie dojdzie do rozmów dyplomatycznych, które mogłyby doprowadzić do zawieszenia broni. Ukraińcy prowadzą kontrofensywę na północ od Kijowa i próbują trwale odbić Irpień, Buczę i Hostomel, do których wcześniej weszli Rosjanie. Jak podawano wczoraj, w Irpieniu ponownie ustanowiono posterunki policji, choć tych informacji nie byliśmy w stanie zweryfikować. Z kolei armia rosyjska niemal przez cały czas ostrzeliwuje te tereny z artylerii.
Walki trwają też na trasie żytomierskiej, która jest postrzegana jako brama do stolicy i kierunek, z którego pójdzie kolejne uderzenie. Według opublikowanej wczoraj analizy wywiadu brytyjskiego Rosjanie przegrupowują siły i szykują się do dużej ofensywy na stolicę. „Pole bitwy na północy Ukrainy pozostaje w dużej mierze statyczne, a siły rosyjskie są prawdopodobnie w okresie przegrupowania przed wznowieniem działań ofensywnych na dużą skalę” – czytamy. Rosjanie próbują też połączyć siły spod Charkowa z tymi, które atakują Mariupol i odciąć Ukraińców na wschodzie kraju. Wciąż podejmują też próby obejścia Mikołajowa na drodze do Odessy. Wrócił też temat ataku z użyciem broni masowego rażenia. Mówił o tym w japońskim parlamencie Wołodymyr Zełenski. – Rosja przygotowuje się do przeprowadzenia ataków z użyciem broni chemicznej w Ukrainie – ostrzegł. Postępów w rozmowach pokojowych z Rosją nie widać.
– Na razie wiadomo tylko tyle, że mogłyby się one odbyć w Izraelu. Zarówno Rosja, jak i Ukraina są co do tego zgodne – mówi DGP szef Fundacji Strategii Narodowych Taras Berezoweć. – To w zasadzie jedyne punkty wspólne, które obie strony wypracowały. Na szybkie zawieszenie broni nie ma co liczyć – dodaje. Hennadij Maksak z ośrodka analitycznego Ukraiński Pryzmat uzupełnia, że celem numer jeden Kremla wciąż pozostaje kapitulacja stolicy. – Najpierw Władimir Putin chce zbudować na wschodzie i południu Ukrainy to, co nazywa Noworosją, a następnie chce zmusić Kijów do poddania się – przekonuje w rozmowie z nami. Takiego wariantu nie przewiduje jednak ani sam Maksak, ani wojskowi, z którymi rozmawialiśmy. – Bóg nad nami czuwa. Najpierw był mróz, a teraz mamy błoto. Ich technika utyka w polu – mówi Ołeksandr Ałfiorow, oficer w sztabie pułku Azow. – Będziemy się bronić. Nie ma mowy o żadnej kapitulacji – dodaje.
Reklama
Ludzie z Azowa bronią nie tylko Kijowa. Przez cały czas są również w Mariupolu. Jak przekonują źródła DGP, ich sytuacja jest fatalna, miasto jest wciąż równane z ziemią, ale obrońcy nie myślą o złożeniu broni. To będzie walka do końca, do ostatniego żołnierza. Azowowcy są dla Rosjan w tej chwili najbardziej znienawidzonym wrogiem. Jak przekonują nasze źródła, panuje przekonanie, że poddanie nie wchodzi w grę przede wszystkim dlatego, że żołnierze pułku mają świadomość, iż zostaną natychmiast rozstrzelani. Według Maksaka realnym wariantem na teraz jest okopanie się obydwu stron i wieloletnia wojna pozycyjna. To jednak w praktyce oznacza brak możliwości rozwoju Ukrainy i wytracanie zasobów. Jewhenija Krawczuk, posłanka Sługi Narodu, przekonuje DGP, że Ukraina jest gotowa iść na ustępstwa, ale nie będzie handlować swoim terytorium. – Możliwa jest neutralność, ale z gwarancjami poważnych państw: USA, Wielkiej Brytanii czy Turcji – komentuje. – Jeśli ktoś chce, byśmy uznali utratę Krymu i Donbasu, nie może liczyć na nasze ustępstwa. Nie uznamy tych części Ukrainy za Rosję. To niemożliwe – dodaje.
Jak przekonuje Krawczuk, ważniejsze niż rozmowy o szczegółach porozumień pokojowych są dyskusje o konkretnej pomocy, którą państwa zachodnie są w stanie dostarczyć. Jej zdaniem najważniejsza jest obrona przeciwlotnicza. W zasadzie każdy, z kim się rozmawia w Kijowie, podkreśla, że Rosjanie mają problemy przede wszystkim dlatego, że Ukraińcy zostali uzbrojeni w javeliny, NLAW, stingery i pioruny. Alarmy w stolicy są włączane kilka razy dziennie. Część pocisków lecących na miasto udaje się strącić. Pewna liczba przedziera się jednak przez obronę. Od kilku dni spadają one również w centralnych dzielnicach. Regularnie ostrzeliwany jest prawobrzeżny rejon szewczenkiwski. Przed wojną to miejsce tętniło życiem. Są tu uniwersytety i eleganckie restauracje, które dziś pozostają puste. Od szóstej rano do 15 ogłoszono wczoraj w sumie cztery alarmy lotnicze. W kilku przypadkach doszło do ataków, których obrona nie zdołała wyłapać. ©℗