To były też czasy, gdy każdy szanujący się demokratyczny, liberalny czy lewicowy publicysta krzyczał – czasami na wyrost, ale najczęściej szczerze – że los uchodźców to najważniejszy test naszego człowieczeństwa i przyzwoitości. Przekonywano nas (słusznie!), że uciekinierom z Syrii, Afryki Północnej czy właśnie Afganistanu należy się pomoc. I że Europa, zamiast zapobiec humanitarnej tragedii, ogląda ją sobie na ekranach smartfonów, komputerów i telewizorów jak jakiś apokaliptyczny reality show.
Sporo się zmieniło. Dziś liberałowie i demokraci są tak przerażeni populistyczną prawicą u władzy, że sami właściwie czują się uchodźcami in spe. I nie sposób zmusić ich, aby poczuwali się do szerszej niż partyjna solidarności. Lewica znalazła sobie zaś inne „proletariaty zastępcze” – osoby, grupy i tożsamości dużo bardziej godne zainteresowania i troski niż ofiary zamorskich wojen. Zmienił się też lokator Białego Domu. Dziś to Joe Biden, a nie Donald Trump, opuszcza Afganistan. Nie słyszymy więc znowu tak często o zdradzie sojuszników i wystawieniu na śmierć cywili, którzy pomagali Amerykanom na miejscu lub próbowali tworzyć w Kabulu społeczeństwo obywatelskie. Głównonurtowa amerykańska prasa wciąż roztacza nad prezydentem ochronny parasol, więc sprawy, które za Trumpa uznano by za skandal i rażące naruszenie praw człowieka, teraz etykietowane są jako „poważne wyzwania” i „trudne momenty”.