Pierwszy szczyt amerykańsko-rosyjski, odkąd prezydentem został Joe Biden, był krótszy, niż zapowiadano. Nikt nie spodziewał się przełomu i taki przełom nie nastąpił. – Żadnych iluzji nie było – mówił potem Władimir Putin.
Biały Dom, pamiętając, że prezydent Rosji zwykł się spóźniać, wymógł, by tym razem to on przyjechał jako pierwszy. Zadziałało: rozmowy w XVIII-wiecznej willi La Grange w Genewie rozpoczęły się z jedynie półgodzinnym opóźnieniem. Kremlowskie media podkreślały, że spotkanie odbywa się na prośbę USA, jednak im mniej czasu pozostawało do szczytu, tym bardziej tonowały nastroje. Powtórki z resetu z czasów Baracka Obamy nikt w Moskwie nie oczekiwał. Zbyt wiele sprzeczności pojawiło się od tamtej pory w dwustronnych relacjach.