Reklama
Rośnie liczba incydentów w Zagłębiu Donieckim. Według ukraińskich danych w lutym Rosjanie i ich alianci 180-krotnie otwierali ogień w stronę pozycji wojsk rządowych. To niemal czterokrotnie częściej niż w sierpniu ub.r., najspokojniejszym miesiącu w historii wojny rosyjsko-ukraińskiej. W wyniku ostrzałów zginęło sześciu ukraińskich wojskowych. To tylu, co w ciągu poprzednich sześciu miesięcy razem wziętych. O podobnych tendencjach donosi misja monitorująca Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. W drugim miesiącu 2021 r. obserwatorzy naliczyli 2968 przypadków naruszeń rozejmu, pięciokrotnie więcej niż w sierpniu 2020 r.
Tym danym wciąż daleko do sytuacji sprzed ubiegłorocznego uspokojenia. W lipcu 2020 r. Ukraińcy meldowali o dwukrotnie większej liczbie ostrzałów własnych pozycji. W wyniku działań bojowych stracili wówczas ośmiu żołnierzy, a OBWE donosiła aż o 12,8 tys. udokumentowanych przypadkach naruszenia rozejmu. Tendencja jest jednak na tyle niepokojąca, że po obu stronach frontu słychać głosy o zbliżającej się eskalacji konfliktu trwającego z różnym natężeniem od kwietnia 2014 r. Po obu stronach panuje też zgoda, że wprowadzone 27 lipca 2020 r. pełne zawieszenie broni w praktyce zostało już zerwane.
– Nasze wojska będą odpowiadać na ewentualne zaostrzenie sytuacji na Donbasie. Nie możemy biernie obserwować, jak np. grupy snajperów urządzają sobie tam poligon – mówił w poniedziałkowej rozmowie z DGP Ołeksij Daniłow, sekretarz prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy. Z jego słów wynika, że władze porzuciły pojawiające się rok temu nadzieje, iż uda się doprowadzić do politycznego rozwiązania konfliktu i rozpisania wyborów na terenach okupowanych po uprzednim przekazaniu siłom rządowym kontroli nad całą długością granicy z Rosją. – W obozie koncentracyjnym nie ma wyborów. Będzie można je zorganizować po wyzwoleniu – podkreślał Daniłow.
Polityk tłumaczył zaostrzenie sytuacji zamiarem odwrócenia przez Kreml uwagi od uwięzienia opozycjonisty Aleksieja Nawalnego i opublikowanego przez jego ludzi filmu o rezydencji prezydenta Władimira Putina pod Gelendżykiem. – Szukają wroga zewnętrznego, żeby zachować spokój u siebie – przekonywał. Były prezydent Łeonid Krawczuk, szef ukraińskiej delegacji w mińskiej grupie kontaktowej, w rozmowie z kanałem Dom 2 marca wymienił trzy powody zaostrzenia na froncie: ochłodzenie relacji Rosji z Zachodem, czego symbolem było poniżające potraktowanie szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella w Moskwie, konsekwentną politykę USA wobec Rosji i aktywizację samej Ukrainy.
Ten ostatni powód dotyczy wprowadzenia w lutym sankcji na lidera prorosyjskiej opozycji Wiktora Medwedczuka, osobistego przyjaciela Władimira Putina, oraz zamknięcia powiązanych z nim telewizji, a także z wszczęcia postępowania przeciwko blogerowi Anatolijowi Szarijowi, który buduje własne prorosyjskie ugrupowanie, szukając poparcia wśród młodych wyborców. Do sankcji niemal wprost nawiązał rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. – Widzimy reakcyjne tendencje na Ukrainie. W miarę tego, jak te tendencje się umacniają i zaczynają dominować na ukraińskiej scenie politycznej, bardziej niespokojnie robi się na linii rozgraniczenia – mówił 20 lutego, komentując uderzenie w Medwedczuka.
Za gniewnymi wypowiedziami idą konkretne kroki. W ubiegłym tygodniu samozwańcza Ługańska Republika Ludowa (ŁRL) ogłosiła, że jej siły otrzymały zgodę na niesprowokowane otwieranie ognia po pozycjach przeciwnika. Krawczuk ocenił to jako „groźbę jednostronnego wyjścia Federacji Rosyjskiej z reżimu zawieszenia broni”. W lutym Ukraińcy przeprowadzili kompleksową kontrolę gotowości bojowej jednostek przyfrontowych, a pozycje obronne odwiedzili minister obrony Andrij Taran i głównodowodzący sił zbrojnych Rusłan Chomczak. – Rozumiemy, że separatyści chcą zerwać (rozejm – przyp. red.) – przekonywał prezydent Wołodymyr Zełenski podczas wizyty w przyfrontowej Awdijiwce.
Jednocześnie parlament w Kijowie przyspieszył prace nad ustawą ułatwiającą powoływanie rezerwistów poza oficjalnie ogłoszoną mobilizacją. Trudniej niż dotychczas przebiegają też rozmowy w mińskiej grupie kontaktowej. Ukraińcy oskarżają rosyjską delegację, że wszystkie punkty rokowań podporządkowała jednemu celowi: zmuszeniu Kijowa, by podjął bezpośrednie rozmowy z przedstawicielami Donieckiej i Ługańskiej RL. Ukraina nie zamierza tego robić, bo – jak tłumaczą jej przedstawiciele – oznaczałoby to faktyczne uznanie marionetkowych reżimów za samodzielnych partnerów do rozmów oraz rozmyłoby odpowiedzialność Rosji za agresję.
Prezydent Zełenski zapowiedział wczoraj, że postara się zorganizować szczyt w formacie normandzkim, czyli z udziałem Władimira Putina oraz prezydenta Francji Emmanuela Macrona i kanclerz Niemiec Angeli Merkel. – Jeśli spotkanie się nie odbędzie, znajdę format, żeby spotkać się z każdym z liderów normandzkiej czwórki. Skoro góra nie idzie do Mahometa, to trudno, spotkam się oddzielnie z każdym z nich – mówił w rozmowie z kilkoma ukraińskimi kanałami telewizyjnymi. „Rosja gra na czas, licząc, że nierozwiązany konflikt wcześniej czy później zmusi ukraińskich przywódców do ustępstw” – napisali autorzy opublikowanego niedawno raportu estońskiego wywiadu. ©℗