Twierdzenia Donalda Trumpa, jakoby Iran stanowił bezpośrednie zagrożenie dla „narodu amerykańskiego”, są dość dalekie od prawdy. Owszem, reżim ajatollahów poważnie zagraża narodowi izraelskiemu, dlatego rządowi w Jerozolimie nie należy się dziwić, że konsekwentnie dąży do eliminacji tego wroga, a przynajmniej do jego znaczącego osłabienia. Natomiast z punktu widzenia władz USA powody przyłączenia się do izraelskiej operacji wojskowej są bardziej złożone.

To oczywiście tradycyjna presja bardzo silnego lobby żydowskiego w Stanach Zjednoczonych, a także wpływ środowiska tzw. chrześcijańskich syjonistów, stanowiących ważną część zaplecza ruchu MAGA. Dla nich eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie jest krokiem ku „czasom ostatecznym”, a wsparcie dla agresywnej polityki Izraela realizacją biblijnych proroctw. Ale to także odciągnięcie uwagi pozostałej części opinii publicznej od nieskuteczności administracji Trumpa w innych obszarach – poczynając od ślimaczących się negocjacji w sprawie obiecanego pokoju w Ukrainie, aż po znacznie istotniejsze elementy wewnętrzne. Wybory połówkowe, które mogą kosztować republikanów utratę kontroli nad Kongresem, są coraz bliżej. Tymczasem sondaże nieodmiennie wskazują, że większość wyborców (w tym nawet republikańskich) wcale nie podziela buńczucznych ocen prezydenta o „kwitnącej gospodarce”.

Czego nie załatwi bombardowanie Iranu?

Oczywiście, są i cele wyższej rangi. Zgodnie z ogłoszoną niedawno Strategią Bezpieczeństwa Narodowego USA chciałyby móc skupić się na Indo-Pacyfiku oraz Ameryce Łacińskiej, a to wymaga wcześniejszego uporządkowania sytuacji na Bliskim Wschodzie. Tyle że tego nie zapewni ani samo bombardowanie Iranu, ani nawet zmiana rządzącej nim ekipy – co do tego złudzeń nie ma chyba nawet polityk tak skłonny do ulegania myśleniu życzeniowemu jak Donald Trump.

Efektowne naprężenie muskułów wobec Wenezueli nie tak dawno przyniosło mu chwilowy oddech od problemów. Teraz postanowił spróbować powtórki – co jest skądinąd zrozumiałe, także w kontekście braku postępu w negocjacjach toczonych z władzami Iranu w Genewie. Użycie siły wiele osób w USA i poza nimi przyjmie z akceptacją, nawet jeśli jest ono wątpliwe z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Dla swoich zwolenników Trump jest przecież symbolem silnego lidera, którego nie ograniczają takie drobiazgi jak paragrafy.

Krótkoterminowym skutkiem ataków będzie więc konsolidacja elektoratu wokół prezydenta i odsunięcie na plan dalszy jego bardziej realnych problemów niż irański program nuklearny i balistyczny. Cóż, zapewne i tak wrócą, i to ze zdwojoną siłą. Skutkiem ubocznym zaś będzie między innymi oddech także dla Władimira Putina, bo znowu zszedł Amerykanom z linii strzału i może sobie pozwolić na nieco więcej. To zapewne nie przypadek, że akurat w sobotę rano, gdy amerykańskie i izraelskie pociski spadały na Teheran, Moskwa wypuściła do światowych agencji prasowych przecieki, że „coraz częściej nie widzi powodu, by kontynuować pod przewodnictwem USA rozmowy pokojowe z Ukrainą, chyba że Kijów zasygnalizuje, iż jest gotowy oddać terytorium”.

Reżim w Teheranie jest słaby, ale jeszcze nie upadł

Realny i długofalowy skutek, a do tego pozytywny, ataku militarnego – dla USA, dla Bliskiego Wschodu i dla świata – nastąpiłby tylko wtedy, gdyby reżim w Iranie rzeczywiście upadł. Amerykanie raczej nie zdecydują się w tym celu na operację lądową, ale Trump wyraźnie liczy (albo przynajmniej udaje, że liczy) na samych Irańczyków. „Gdy skończymy, przejmijcie władzę. (...). Ameryka wspiera Was z przeważającą i dewastującą siłą. Nadszedł czas na wzięcie losu w swoje ręce. (...). To jest czas na działanie, wykorzystajcie go” – zaapelował.

To nie jest całkiem pozbawione sensu. Reżim z wielu powodów jest najsłabszy w swej historii. Ale jednocześnie wciąż dysponuje rozbudowanym i sprawnym aparatem przemocy, a nastroje antyamerykańskie i antyizraelskie są bardzo silne nawet wśród ludzi, dalekich od popierania rządów religijnych lub dotkniętych coraz większymi problemami bytowymi. Nieuniknione w wyniku bombardowań straty w infrastrukturze i ofiary cywilne tylko te nastroje podgrzeją. Liberalnie nastawiona część irańskiego społeczeństwa ma też w pamięci represje po poprzednich falach protestów, na które Zachód nie zareagował de facto w żaden skuteczny sposób. Ba, nawet nie zdobył się na tak zmasowaną akcję propagandową, jak w obronie Palestyńczyków.

Społeczny bunt w najbliższym czasie nie jest więc całkiem wykluczony, ale trudno zakładać, by miał okazać się skuteczny. Nawet jeśli – co dosyć prawdopodobne – w ostatnich miesiącach wywiady izraelski i amerykański usilnie pracowały nad tym, by przygotować dla owego buntu pewne instytucjonalne ramy i zaplecze. A samo odstrzelenie Najwyższego Przywódcy (o ile się uda) oraz ewentualnie grona kilkudziesięciu jego współpracowników i generałów – co Amerykanie zapowiadają – też nie rozwiązuje problemu. Reżimy takie jak irański mają sporą zdolność zapełniania luk kadrowych, a rakiety same w sobie nie pozbawiają ich ani zaplecza społecznego, ani finansowego.

Co dalej z Iranem?

W tej sytuacji najbardziej realistyczny scenariusz jest niestety taki, że po kilkudniowych atakach Amerykanie odtrąbią sukces, racząc świat opowieściami o rzuceniu Teheranu na kolana. Uzasadnią to listą uszkodzonych obiektów i zabitych funkcjonariuszy reżimu oraz brakiem symetrycznej odpowiedzi (bo Irańczycy nie zdołają lub kunktatorsko nie będą chcieli reagować zbyt mocno). Chiny, Indie i państwa europejskie, kierowane w kwestii tego konfliktu akurat dość podobnymi interesami politycznymi i ekonomicznymi, będą tymczasem lać oliwę na wzburzone fale, apelować o powrót do dyplomacji, a w końcu bomby przestaną spadać. I wrócimy do pata. Do następnego razu.