Unia może stać się hegemonem wolnego handlu i dzięki stosunkom gospodarczym stworzyć nowy sojusz liberalnych państw, które mają dość populistycznego merkantylizmu. Już teraz przyczynkiem do budowy takiej koalicji może stać się umowa handlowa z Mercosurem, czyli Wspólnym Rynkiem Południa, zrzeszającym państwa Ameryki Południowej. Po latach negocjacji w końcu możliwe jest powstanie ogromnej strefy wolnego handlu. Porozumienie to wielka okazja dla unijnych eksporterów, ale nie tylko. Umowa zakłada także zwiększenie współpracy w zakresie surowców krytycznych. Ameryka Południowa obfituje w ich złoża, a kraje UE pilnie potrzebują ich dla swojego przemysłu i rozwoju nowoczesnych technologii. Kraje Mercosuru są ważnymi dostawcami miedzi, litu czy grafitu.
Rolnictwo, wbrew obawom, przetrwa
Niestety, procedowanie tej umowy pokazuje, jak bardzo politycy boją się o głosy wybranych grup interesów zamiast myśleć o rozwoju Europy. Główni kandydaci na prezydenta Polski oraz posłowie różnych opcji wypowiadali się i głosowali przeciwko umowie z Mercosurem. Nawet politycy uważani za globalistów, jak Emmanuel Macron czy Donald Tusk, myśleli o stworzeniu mniejszości blokującej w Radzie UE, mającej zaprzepaścić wieloletnie negocjacje. Dlaczego tak się dzieje? W dużej mierze opór polityków można przypisać skuteczności lobby rolniczego, które twierdzi, że zwiększona konkurencja zniszczy europejskie rolnictwo.
Tymczasem podobne obawy pojawiały się już wcześniej w kontekście liberalizacji handlu z Ukrainą, podpisania umowy CETA o wolnym handlu z Kanadą czy wejścia krajów Europy Środkowej i Wschodniej do UE. W żadnym z tych przypadków katastrofa nie nastąpiła, europejskie rolnictwo przetrwało i się rozwija, a konsumenci zyskali dostęp do szerszej gamy produktów po niższych cenach. Mimo tych doświadczeń politycy nadal wieszczą tragiczny koniec rolnictwa. A jak jest w rzeczywistości? Zgodnie z tym, co wykazuje sama Komisja Europejska, liberalizacja w zakresie produktów rolno-spożywczych nie będzie całkowita.
Dla części towarów zastosowano kwoty, w ramach których import podlega niższym cłom lub całkowitemu zwolnieniu z tego podatku. Co więcej, unijne standardy sanitarne obowiązują też zagranicznych producentów, a umowa przewiduje również klauzule środowiskowe. Wzrośnie więc konkurencja dla europejskiego rolnictwa, ale nie zaszkodzi rolnikom tak, jak straszą politycy. Jednocześnie poprawią się warunki konsumentów. Niestety, politycy bardziej troszczą się o rolników stanowiących 4 proc. ogółu pracujących w UE (w przypadku Polski 8 proc.), niż o całe społeczeństwo.
Na wolnym handlu korzystają wszyscy
Lęk przed wolnym handlem wydaje się jeszcze mniej uzasadniony, gdy spojrzymy na poglądy ekonomistów. Zwykle trudno im się zgodzić w sprawach politycznych, a nawet przy podobnych założeniach metodologicznych potrafią latami spierać się o szczegóły. Jedną z kwestii, co do których ekonomiści są niemal całkowicie zgodni, jest poparcie dla wolnego handlu. W tym zakresie nawet zwolennik bardziej aktywnego państwa, jakim jest Paul Krugman, jest w stanie zgodzić się z wolnorynkowcem Vernonem Smithem. Natomiast na polskim podwórku orędownikami wolnego handlu są zarówno znany z liberalnych poglądów Leszek Balcerowicz, jak i działacz związkowy Piotr Szumlewicz.
Zrozumienie przewag komparatywnych, roli międzynarodowego podziału pracy czy złożoności światowych procesów gospodarczych nieuchronnie prowadzi do uznania wolnego handlu za optymalne rozwiązanie dla społeczeństwa. Protekcjonizm łatwo jest kontrować: można przekonywać na gruncie teorii i empirii, że wolny handel jest rozwiązaniem, z którego korzystają wszystkie strony. Co więcej, poprawa zachodzi nie tylko we wskaźnikach makroekonomicznych. Badanie ekonomistów Davida Fajgelbauma i Amita Khandelwala pokazuje, że to najbiedniejsi najbardziej zyskują na wolnym handlu. Analiza Agustína Velásqueza wykazuje, że nawet zwiększenie czasu wolnego częściowo zawdzięczamy handlowi międzynarodowemu.
W kontekście samych porozumień zawieranych przez UE można udowodnić, że poprzednia kontrowersyjna umowa – CETA z Kanadą – nie zniszczyła europejskich gospodarek, jak wieściły wówczas siły populistyczne w rodzaju Kukiz'15 czy Partii Razem, a raczej je wzmocniła. Za porozumieniem z Ameryką Południową stoją z kolei prognozy ekonomistów z London School of Economics, które wskazują, że dzięki umowie do 2032 r. PKB Unii i Mercosuru zwiększy się odpowiednio o 0,1 proc. i 0,3 proc.
Unia Europejska będzie bezpieczniejsza
O umowie z Mercosurem powinniśmy rozmawiać w jeszcze jednym wymiarze – geopolityki i bezpieczeństwa. Dyskusje o wolnym handlu trwają niemalże od początków ekonomii. Pokolenia badaczy wykazywały, że trudno znaleźć lepsze rozwiązanie dla obu stron. Tymczasem przeciwnicy umowy straszą utratą bezpieczeństwa żywnościowego, opierając się na mitach dotyczących nierównych norm dla żywności, choć pod względem sanitarnym produkty z Ameryki Południowej mają spełniać te same wymagania, co produkty europejskie. Ignoruje się też fakt, że sektor rolno-spożywczy pozostanie dalej pod znaczącą ochroną; import będzie ograniczony, a rolnicy wciąż będą otrzymywać dotacje. Twierdzenie, że Europa, w tym Polska, mogą stracić bezpieczeństwo żywnościowe, opiera się na absurdalnych założeniach. Rolnictwo do funkcjonowania potrzebuje importu, ponieważ bez paliwa i nawozów nie będzie działać skutecznie. Scenariusz utraty bezpieczeństwa żywnościowego zakłada sytuację, w której nie można importować żywności, a surowce tak. Czy coś takiego jest możliwe?
Samowystarczalność może być wręcz niebezpieczna w czasach złożonych łańcuchów dostaw. Jak zauważył ekonomista oraz polimat Tyler Cowen w „Why Liberal Cosmopolitans Should Worry About Supply Chains” (Dlaczego liberalni kosmopolici powinni się martwić o łańcuchy dostaw), współczesna gospodarka światowa jest siecią bardzo złożonych relacji, które trudno w całości poznać. Rozszerzając „Wykorzystanie wiedzy w społeczeństwie” Friedricha von Hayeka z mikroekonomii na cały świat, wykazuje, że neomerkantylizm jest podejściem błędnym. Lokalna produkcja również może napotkać problemy, a zamknięcie się na towary zagraniczne tylko je powiększy. Z tekstu Cowena płynie niezwykle ważny przekaz: jeśli chcemy być bezpieczni, musimy dywersyfikować nasze łańcuchy dostaw. Implikacją takiego poglądu nie powinno być tylko snucie planów o produkcji krajowej i autarkii, ale czynne działanie na rzecz nowych kontraktów handlowych.
Umowa UE z Mercosurem jest idealnym przykładem takiego podejścia. Podczas debaty w Polsce nadmiernie skupiamy się na hipotetycznych stratach rolnictwa, które jest już i tak bardzo uprzywilejowanym sektorem, czego najwyraźniejszym przykładami są KRUS i lepsze warunki emerytalne. Nie dostrzegamy jednak szansy wynikającej z tego, że Ameryka Południowa jest bogata w złoża surowców krytycznych, jak niob, tantal czy krzem. W ostatnich latach debata na ich temat stała się kluczowa dla myślenia o przyszłości gospodarczej i konkurencyjności UE. Właśnie te surowce odgrywają duże znaczenie w rozwoju nowych technologii, które pozwolą przeprowadzić transformację energetyczną i cyfrową. Wejście w życie umowy i zacieśnienie relacji gospodarczych pozwoli nam na zwiększenie ich dostaw. Rozwiązanie to wydaje się konieczne, aby Unia była mniej zależna od Rosji, Chin i krajów afrykańskich. Zmagające się z problemami, ale wciąż demokratyczne kraje Ameryki Południowej są dla nas lepszymi partnerami.
Europa musi odbudowywać swoją pozycję na świecie
Kultywowanie demokracji i pokojowych relacji na świecie również może stanowić argument za doniosłą rolą umowy o wolnym handlu. Żyjemy w niepewnych czasach. Za Atlantykiem władzę przejął autorytarny populista, a za naszą wschodnią granicą toczy się wojna, rozpoczęta przez antyludzką dyktaturę snującą marzenia o mocarstwowości. W takiej sytuacji Europa powinna postawić na samodzielny rozwój i odbudowę swojej pozycji. By to osiągnąć, musi jednak rozwijać sieć nowych sojuszników. Wymiana handlowa może tu odegrać ważną rolę. Już od wieków różni myśliciele, od Monteskiusza i jego „doux commerce” (słodkiego handlu) przez Frédérica Bastiata po współczesnych nam Toma Palmera i Johana Norberga, zauważali, że może ona skutecznie przekonać kraje do pokojowej współpracy.
Przez zaniedbania państw Zachodu Chiny zwiększyły własną obecność w krajach Ameryki Łacińskiej, często inspirując autorytarnych i populistycznych polityków, co wynika z raportu Center for Strategic and International Studies, który zbadał sytuację w tym regionie. Jednak demokrację również można importować. Wykazali to Marco Tabellini i Giacomo Magistretti w tekście z 2024 r. „Economic Integration and the Transmission of Democracy” (Integracja gospodarcza i przekazywanie demokracji). Wniosek z niego jest prosty: zwiększona integracja między demokracjami umacnia system demokratyczny na świecie. Dostawy surowców od demokratycznych partnerów do Europy są stabilniejsze, gdy ci partnerzy są dla niej również sojusznikami politycznymi.
O ile badano już wpływ dystansu geopolitycznego na handel pomiędzy krajami, rzadko odwracano interakcję. Logicznym wydaje się wniosek, że wraz z wzajemnymi zależnościami gospodarczymi kraje powinny być bardziej skłonne do kooperacji politycznej. Takie też wnioski płyną z badania „International Friends and Enemies” (Międzynarodowi przyjaciele i wrogowie), w którym wykazano, że zwiększenie współzależności gospodarczej ma pozytywny wpływ na zbliżenie polityczne. W czasie wzmocnionej rywalizacji mocarstw handel staje się ważniejszym niż kiedykolwiek narzędziem kształtowania ładu międzynarodowego. Gdy Stany Zjednoczone zamykają się na zagranicę, a Chiny próbują interwencjonistycznie ją podbić, potrzebny jest czempion wolnego handlu, który nowymi umowami będzie promował demokrację i pozyskiwał sojuszników. Unia Europejska ma szansę się nim stać. Pozostaje tylko pytanie, czy podejmie tę rękawicę i zostanie ambitnym graczem, czy też wybierze narodowe partykularyzmy, a lokalni politycy postawią na krótkowzroczną taktykę zwiększania poparcia.