Gdyby odgrzebać realne efekty polityczne spod zalewu infantylnych przepychanek o to, kto w jakich warunkach robił sobie selfie pod Białym Domem i kto komu może wydawać instrukcje, obraz wizyt Karola Nawrockiego i Radosława Sikorskiego w Waszyngtonie wyglądałby inaczej. Okazałoby się, że ubiegłotygodniowe wizyty prezydenta i ministra spraw zagranicznych w USA przyniosły szereg pozytywnych efektów.
Problem polega na tym, że forma szyta pod wymogi starć trolli w serwisie X coraz częściej dominuje nad treścią, a charakterologiczne uwarunkowania prezydenta i szefa MSZ mogą sprawić, że ten koguci teatr może im się wymknąć spod kontroli. Trudno zaś sobie wyobrazić gorszy moment na to, by przez kompetencyjne ambicje polityków miały cierpieć nasze interesy na arenie międzynarodowej.
Nawrocki, Tusk, Sikorski: optymalny podział ról
Umiejętnie zarządzana kohabitacja mogłaby nam wręcz pomóc. Niech Karol Nawrocki pozyskuje w naszych interesach Donalda Trumpa i jego ruch MAGA, Donald Tusk – przywódców europejskich, a Radosław Sikorski – dajmy na to – amerykański Kongres i co bardziej tradycyjnych, postreaganowskich republikanów. I w zasadzie w zeszłym tygodniu do pewnego stopnia to zagrało. Gdy Sikorski nagrodą dla kubańskiej dysydentki Berty Soler przekonywał amerykańskiego sekretarza stanu Marco Rubio, dla którego florydzcy Kubańczycy to istotna część elektoratu, że Polsce należy się miejsce w G20, Nawrocki uzyskiwał od Trumpa ważną deklarację, że amerykańskie wojska nie tylko nie opuszczą naszego terytorium, ale wręcz skala ich obecności może zostać zwiększona.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.