Na wydarzenie w Końskich należy spojrzeć z nieco innej perspektywy. Może się bowiem okazać, że piątkowa debata stanie się jednym z argumentów do zakwestionowania wyników głosowania przez sędziów z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego – pisze dziennikarz DGP Marek Mikołajczyk.
Gdy piszę te słowa, minęło kilkadziesiąt godzin od zakończenia debaty, a właściwie dwóch debat, które odbyły się w piątek w Końskich. Kurz opadł, emocje nieco przygasły, więc pora wrócić do ostatnich wydarzeń z nieco chłodniejszą głową.
Debata w Końskich. Dyskusje odbyły się dwie
Pierwsze z przedsięwzięć, organizowane na koneckim rynku przez Republikę, wPolsce24 i Telewizję Trwam, z prawdziwą debatą miało niewiele wspólnego. Przybyło na nie czterech – a w zasadzie pięcioro – kandydatów na prezydenta (Joanna Senyszyn weszła na scenę mocno spóźniona, ale z przytupem).
Zasady dyskusji klarowały się na bieżąco, nieco pogubieni prowadzący nawet nie starali się zachowywać pozorów, że panują nad przebiegiem dyskusji – szczególnie że całemu wydarzeniu przyglądał się tłum, który nie ukrywał swoich sympatii politycznych. Skończyło się to tym, że wypowiedziom Karola Nawrockiego towarzyszyły oklaski, Szymon Hołownia zmagał się z gwizdami, a Joanna Senyszyn z okrzykami „precz z komuną”. W mocno stand-upowym przedsięwzięciu dobrze zaprezentował się Krzysztof Stanowski, który dość szybko wyczuł konwencję i potrafił się do niej dopasować. Nie szczędził krytycznych słów wobec kontrkandydatów, podkreślał absurdy ich obietnic wyborczych i – co z jego perspektywy jest chyba najważniejsze – po prostu dobrze się bawił. Jeśli jednak ktoś włączył pierwszą z debat, licząc na merytoryczną dyskusję o sprawach dla Polski najważniejszych, mógł się nieco zawieść.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.